Blog

Aktualności, artykuły, opowiadania, bajki i inne twory literackie powiązane z tematyką psychologii

Wakacje w Łodzi

Zaczyna się. A jak nie teraz, to zaraz zacznie się gorączka planowania, rezerwowania, kupowania, wyjażdżania, wytrzymywania, wracania, odpoczywania, odzyskiwania równowagi psychicznej i fizycznej. Wakacje tuż, tuż. I zanim po raz kolejny zwariujemy, mimo corocznych obietnic, że tym razem będzie inaczej, zanim znowu będziemy szukać atrakcyjnego wyjazdu, zostańmy w domu. A jeśli jechać, to tutaj, do nas, do środka Polski, do Łodzi. Tutaj będą wakacje naszego życia. Tutaj jest wszystko, co piękne, straszne, wzruszające, autentyczne i brudne. Wszystko.

Sentymentalna podróż do odległego dzieciństwa i niesentymentalna podróż w głąb wieków – zamiast włóczyć się w poszukiwaniu cieniów bogów w trzcinowej łodzi z papirusu gdzieś w cieniu piramid, tutaj ciągle dźwięczy w pustych ruinach śródmieścia echo słynnej dewizy Borowieckiego1 „Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic…”

W śródmieściu stoi duży, pusty budynek, dawniej hotel. Wystarczy odciąć prąd, wodę i będzie pięknie. Złomiarze usuną kable i będzie jak trzeba. To, co metalowe i da się zdemontować również pójdzie na złom. Koniecznych jest kilka przeróbek. Koniecznie trzeba założyć poziome siatki ochronne tworzące rodzaj „choinki”, tak, żeby największa siatka była na najniższym poziomie. I muszą być lekko skośne w kierunku wieżowca. Każdy, kto wyskoczy z budynku, spadnie na siatkę, a po niej na niższe piętro. Można też w tych konstrukcjach zrobić przesmyki międzypiętrowe i wówczas amator silnych wrażeń może wyskoczyć z górnego piętra i stoczyć się aż na parter, nie robiąc sobie krzywdy. Trzeba wybić kilka okien, już teraz, przed wakacjami a nie czekać, aż wybiją te okna młodzi łódzcy wyczynowcy z klubu „kto wyższe okno wybije”. A to dlatego, żeby można palić ogniska przy pełnym przewiewie. Będzie to piękny widok z odległości kilku kilometrów – malowniczy, nieregularnie płonący wieżowiec.

Obok, parę kroków, jest drugie co do wielkości, łódzkie przejście podziemne2. Konstrukcja jeszcze stoi, chociaż już widać skutki ruchów podłoża – miejsca łączeń konstrukcji rozsunęły się o kilka centymetrów, schody już nie są takie równe. Nie naprawiać. Ten obiekt jest już gotowy. Podziemne sklepy wyprowadziły swoją działalność gdzie indziej. Zamurowane obskurnym murem wnęki okienne to jest dokładnie to, co buduje klimat miejsca. Można zalać to przejście wodą, ale nie za dużo, jakieś 50 – 70 cm. I obiekt w pełni gotowy. Dalej stoją opuszczone kamienice, które jeszcze budzą zainteresowanie tych, którzy chcą coś zniszczyć. Nie przeszkadzać, poczekać z tydzień i następne obiekty gotowe. Dalej jest to, co zostało po komunikacyjnym sercu miasta – dworcu kolejowym. Kupa gruzów powiększa się sennie z miesiąca na miesiąc. Całość jest ogrodzona, co zupełnie niezrozumiałe. Jaka miała być funkcja tego płotu. Przecież niczego nie chroni ani w jedną ani w drugą stronę. Martwa strefa rozszerza się w swoim własnym tempie w głąb miasta. Wewnętrznej strefy marazmu nie ma co chronić, bo marazm w całym mieście jest podobny. Ten płot działa trochę tak, jak tama na rzece, ale zbudowana z ażurowej konstrukcji. Ale skoro jest, zostawić, podkreśla autentyzm miejsca. I tak, kto będzie chciał, to przy odrobinie wysiłku, przelezie.

Do kompleksu wypoczynkowego należy włączyć pobliski park – nieduży, żadna strata. I tak nie można pójść tam na spacer, a to ponieważ donikąd nie prowadzi, dalej ruiny, a poza tym tubylcy zaczepiają przechodniów3.

Razem, biorąc pod uwagę kamienice po stronie zachodniej ulicy Kilińskiego, gotowy, rozległy kompleks o unikalnej wartości architektonicznej, widowiskowej, rekreacyjnej. Nie ma w Europie takiego miejsca, które powstało bezcelowo, bez sensu, bezmyślnie, które ma taką skalę i codziennie się rozrasta, bo otoczone jest umierającym miastem. Park Krugera ze swoimi sztucznie introdukowanymi zwierzakami to nic. Rezerwat Masai Mara to też podróbka, a to ze względu na tubylców, którzy, podobno, jak dostają sygnał, że nadjeżdżają turyści – chowają telefony komórkowe, ściągają t-shirt’y, adidasy, zakładają stroje ludowe i chwytają, z należytą ostrożnością, włócznie pożyczone z muzeum. Tutaj tubylcy autentyczni jak ich odmienny stan świadomości. Brudni, biedni, mamroczący swoje standardowe żebry: „Może, szefie, papieroska…” albo piękne, predeliryczne: Może, dwadzieścia, dwadzieścia groszy, dwadzieścia groszy… mnie brakło… poratuj…”

Młodzi ludzie w wieku nastu lat marzą o przygodzie życia. Na zawsze pozostają wspomnienia tamtych wieczorów, przy gitarze śpiewanej pieśni, nie zawsze najlepszych posiłków – chleb z dżemem truskawkowym, nieznane ścieżki, zapierające dech w piersi horyzonty, słońce i wiatr. Uścisk dłoni i to pierwsze poważne spojrzenie. I ta całkiem inaczej piękna, już niedziecięca miłość. I ten uroczy, odważny i silny po męsku, na zawsze „on”.

Łódź ma takie miejsce. Zakwaterowanie – wspomniany hotel. Bez wody i prądu, jako dodatkowa uciecha. Dla uporczywie czystych dwie reliktowe łazienki dyskretnie ukryte w podziemiu, za dodatkową opłatą. Wyprawy w ruiny z możliwością penetracji piwnicznych ciemnic pełnych szczurów, wszy i pcheł. Głodne, bezpańskie psy i inne zwierzęta powracające do miejsca, z którego wypędziło je miasto4. Zapach grzyba naciekającego na ścianach trzech pięter5. Sanitariaty w podwórkach z dołami kloaczymi, gdzie po powierzchni półpłynnego gówna pełzają białe larwy6. Jedna kamienica to tajemnice na dwa, trzy dni zwiedzania. Wycieczki tematyczne w rodzaju: Flora i fauna miejska w warunkach wtórnego zdziczenia; Adaptacja człowieka do warunków postindustrialnego wysypiska śmieci; Degradacja kompleksów miejskich – wspierająca rola władz7. Wszystko już czeka. A wieczorem ogniska i cienie pełgające po osmalonym suficie jak zorze polarne gdzieś nad Tsavo. I pieśni własne, żadne tak skamieniałe kultury Samów czy innych.

A jak jeszcze komuś będzie mało wstrząsających wrażeń, to ostatniego dnia wycieczka w okolice reprezentatywnego placu Łodzi, koniecznie wieczorem – fontanna, nowiutka. Wystarczy, że jest. Wstrząs jest nieuchronny. W otoczeniu modernistycznych, geometrycznych podziałów pojawia się krzywy, sardoniczny uśmiech wariata, a pionowe strumienie wody szczerzą kły. Z tego architektonicznego szaleństwa wydobywa się chichot na melodię Verdiego8. Witajcie w Łodzi.

Comments for this post are closed.

Otoczenie fizyczne a moje życie – miejskie migawki z „kosmitami” w rolach głównych

Po raz pierwszy na otaczającą mnie przestrzeń zwróciłam uwagę jadąc autobusem. Zawsze siedziałam (taki ze mnie cham!), …

Palenie wbrew wszystkiemu

Swojego pierwszego papierosa zapaliłem w gimnazjum, zarzuconego podczas picia piwa w parku. Po pierwsze – robię coś …

Barbie

Strychowiec. Tak nazywaliśmy w naszym domu pokój na piętrze ze skośnym sufitem. W strychowcu stała deska do prasowania, …