Blog

Aktualności, artykuły, opowiadania, bajki i inne twory literackie powiązane z tematyką psychologii

Tatuś – 5

Czas zimowych świąt jest zawsze wyjątkowy. W jego domu był to czas wyjątkowy i uroczysty. Matka robiła wielkie porządki w kuchni. Nie wiadomo po co wyciągała wszystko z szafek i myła, a następnie wycierała do sucha i wkładała z powrotem. Uprzednio myła szafki wewnątrz. Wykonywała przy tym różne gesty i wydawała z siebie różne westchnienia, które miały świadczyć o tym, jak bardzo jest zapracowana, zmęczona i osamotniona w swym trudzie. Pomagał jej więc, od kiedy pamiętał i robił, co umiał. Na początku tylko wycierał naczynia, a z czasem nauczył się myć, wycierać, myć szafki wewnątrz, zmywać podłogę w kuchni, cyklinować i pastować parkiet, odkurzać dywany, myć okna, wbijać gwoździe, malować ściany, przykręcać kontakty, naprawiać dolno- i górnopłuki, gwintować rury, mieszać zaprawę murarską, naprawiać zamki i szklić szyby, wymieniać uszczelki, prasować i szyć, piec ciasto i mięsiwa, kroić makaron domowej roboty i kleić pierogi. Okazał się pojętnym uczniem.

Tatuś nie brał udziału w przygotowaniach świątecznych. Nie było go.

Przed świętami przywozili węgiel. Do piwnicy schodziło się schodami, które miały wysokie stopnie. Ciemność rozświetlały sprytnie rozstawione świece. Pierwsza na zakręcie schodów, druga na zakręcie korytarza, korytarz zakręcał w lewo, trzecia przy otwartych drzwiach komórki, czwarta wewnątrz na półce. Węgiel przywoził wóz zaprzęgnięty w dwa potężne holenderskie konie. Węglarze zrzucali węgiel na podwórko i stał przy tym węglu czekając na matkę. Przynosiła dwa wiadra i znosił z nią węgiel do piwnicy. Najpierw po jednym wiaderku. Trzymał je oburącz przed sobą i schodził po schodach w rozkroku. Później, jak był większy brał dwa wiadra, ale wtedy musiał się pochylać, żeby nie uderzyć głową o sklepienie korytarza. A później, kiedy był jeszcze większy wrzucał węgiel do piwnicy sam i z dumą meldował matce, że skończył. Robota trwała trzy, cztery godziny. To nic dla młodego człowieka.

Węgiel paliło się w kaflowym piecu, wysokim jak szafa. Piec był wmontowany w ścianę między pokojami w taki sposób, że prawie cały stał w dużym pokoju, ale jego tył grzał mniejsze wnętrze. Lubił rozpalać ogień. Na pogniecioną gazetę układał szczapy drzewa, od najdrobniejszej do najgrubszej, a na to drobne węgielki. Podpalał wszystko zapałką i patrzył jak powstawał ciąg powietrza, cug, uginający płomienie w głąb pieca. Dorzucał grubsze kawałki węgla i patrzył, jak spalone okruchy spadają przez ruszt i zamierają w kupkę popiołu. Zamykał drzwi pieca zawsze z ociąganiem, zasmucony niemożnością dalszego oglądania ognia. Boki pieca rozgrzewały się leniwie i w pokojach robiło się ciepło.

Tatuś nie uczestniczył w gospodarowaniu węglem.

Najbardziej lubił dzień kiedy ubierało się choinkę. Najśliczniejsze bombki były takie z wgłębieniem w kształcie reflektorka. Zaglądał tam i widział przesuwające się, niezrozumiałe kształty, jak w swoich snach. Bombki wieszał na zimnej choince i ona ożywała. Igły były chłodne, jeszcze pachniały mrozem. Dopiero jak zrobiły się ciepłe, zaczynały umierać. Pamiętał piosenkę o choince:

O Tannenbaum, o Tannenbaum,

Wie grün sind deine Blätter!

Du grünst nicht nur zur Sommerzeit,

Nein auch im Winter, wenn es schneit.

O Tannenbaum, o Tannenbaum,

Wie grün sind deine Blätter!

I szeptał ją cichutko, tak żeby nie spłoszyć refleksów wewnątrz reflektorka bombki. Przychodził tatuś, i odzywał się do matki po miesiącach milczenia i robiło się błogo.

Później były życzenia i uściski, które musiał udawać. Matka chciała, żeby w wigilię było dobrze i składanie życzeń uważała za ważny element świąt. Nie umiał składać życzeń i nie chciał. Stał i milczał. Nie byli z niego zadowoleni. Nie życzył tatusiowi niczego dobrego i raczej sobie chciałby życzyć sobie innego tatusia, ale wiedział, że tego powiedzieć nie może, bo tatuś będzie zły. Bąkał coś pod nosem i to chyba było niedobre i złościło tatusia i pewnie dlatego pod jakimkolwiek pretekstem tatuś przerywał wigilię i wychodził. Trochę czuł się winny, że popsuł tatusiowi wigilię, ale było dobrze i po cichu cieszył się. Matkę nawet lubił, ale nie lubił jak go dotyka. A ona przy życzeniach dotykała go i całowała. Chciał wytrzeć to miejsce ale wiedział, że matce będzie przykro więc czekał i robił to dopiero wtedy, gdy wychodziła do kuchni. I chociaż na jego twarzy nie było żadnego śladu, czuł ulgę, kiedy dokładnie się wytarł. Otrzymywał prezenty, tego jest pewien, ale żadnego nie zapamiętał.

Zapamiętał życzenia tatusia:

  • I życzę ci, synu, żebyś jednak wyrósł na porządnego człowieka, bo jak na razie to nie ma widoków. Nawet do kopania rowów się nie nadajesz, bo potrzebujesz jeszcze dwóch, co by ci sznurek rozciągnęli, żebyś kopał równo – a matka śmiała się głośno i złożyła mu swoje życzenia:

  • A ja ci życzę, żebyś pod płotem nie zdechł albo do więzienia nie trafił – i ta myśl prześladowała ją i ona nią jego, przez najbliższe pięćdziesiąt lat. Przynajmniej próbowała zarazić go takim obrazem przyszłości.

Uroczysta kolacja zaczynała się od zupy grzybowej, letniej i bez smaku. Jadł ją z zapałem myśląc, że jeśli będzie grzeczny, to kolacja potrwa dłużej. Zwykle w okolicy smażonego karpia, który był drugą potrawą wybuchała awantura.

Zapachy świąt są niezwykłe. Zapach świeżo upieczonego ciasta miesza się z zapachem umytej podłogi, nowej, na ten czas specjalnie uprasowanej koszuli, pomarańczy i cytryn, zmienionej pościeli. Wdychał te zapachy dyskretnie, bojąc się trochę, czy matka nie zapyta, jak przed rokiem: „Czy nie jest ci duszno, synku.”

Zasypiał przy uchylonych drzwiach. Patrzył uporczywie w szparę do pokoju obok, gdzie stała choinka. Widział podłogę matowo rozświetloną lampkami rozwieszonymi na drzewku. W pokoju było ciepło i jakoś jasno. Czasem, jak tatuś zostawał cały wieczór, słyszał „Pierdol się, ty kurwo.” I trzaśnięcie drzwiami.

Danio pręgowane to ruchliwa rybka (Danio rerio syn. Brachydanio rerio). Doprowadzenie jej do dorosłości i zdolności rozrodczych jest łatwe. Trudne jest przygotowanie akwarium tarliskowego, bo owe rybki są niezwykle zainteresowane pożeraniem własnej ikry. Trzeba przygotować ruszt ikrowy, co polega na tym, że nad dnem zbiornika umieszcza się ramkę z sztywno naciągniętą siatką, przez którą przelecą ziarna ikry, ale nie przedostanie się tam rybka. Zrobił to wszystko. W dniu wigilijnego święta jego danio odbyły tarło i złożyły tysiąc ziarenek ikry. Odłowił tarlaki, a one chętnie wróciły do akwarium ogólnego. Ikra pokrywała całe dno zbiornika tarliskowego. Może urodzi się tysiąc rybek. Następnego dnia, w pierwszy dzień świąt odkrył, że ikra jest biała, martwa. Tatuś wyłączył ogrzewanie. Lubił, jak tatuś po awanturze wychodził w wigilię z domu.

Matka gotowała i jak to w kuchni, zawsze czegoś brakuje, akurat wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebne. Niespodziewanie okazuje się, że nie ma soli albo mąki, albo musztardy, oleju. Prawdę mówiąc może zabraknąć wszystkiego. Jak już podrósł, a matka była zbyt zajęta, posyłała go do sklepu. Kupował więc tę jedną czy dwie brakujące rzeczy. Szczególnie chętnie chodził do piekarni, w której pracowali starzy piekarze. Ona, stale ze zmarszczonym czołem ale dobrotliwie uśmiechnięta. On, wielki i gruby, zamaszystym ruchem wykładał gorące bochenki na półki robiąc przy tym dużo rumoru. Bochenki padały na deski i pierwszy jeszcze się turlał i podskakiwał a już leciał następny. Piekarz miał chore, lekko przymknięte oko i obwisłą dolną wargę i kiedy spoglądał na klienta, wydawało się że kpiarsko daje do zrozumienia, że rozumiemy się przecież, że to wszystko przecież na niby. Oprócz chleba w piekarni można było kupić świetny, kwaśny barszcz. Piekarz nalewał barszcz w charakterystyczny sposób. Najpierw energicznie mieszał we wiadrze, waląc łychą po wewnętrznej stronie boków naczynia a następnie wyciągał daleko przed siebie słoik, który trzeba było przynieść ze sobą i z wysoka nalewał strumień gęstego, mętnego białawego płynu. Nigdy nie uronił kropelki.

Wracał do domu roztargniony i często stawał przed wystawami sklepów i zakładów rzemieślniczych na jego ulicy. Na wystawie krawca na drewnianym trójnogu stał manekin bez głowy i bez rąk i maszyna do szycia. Patrzenie na te przedmioty było przerażające, ale pociągało. Później przeczytał tabliczkę i zapamiętał jedno słowo „cech”. I zrobiło się jeszcze bardziej tajemniczo, bo co to „cech”. Później odkrył, że piekarz też należy do „cechu”, bo do cechu się należy. Lubił też zaglądać przez dziury na skład złomu, gdzie piętrzyły się góry pogiętego żelastwa rzuconego w zupełnym nieładzie. Patrzył i nie umiał odkryć, co to znaczy. Nagle spostrzegał, że zgubił resztę. Chodził więc i rozpaczał, jak wróci do domu i tak mijały godziny. Wiedział, że musi przecież wrócić i wracał. Matka ciężko opadała na krzesło, podpierała czoło ręką tak, że nie widział jej twarzy i płakała. Stał i czekał aż przestanie.

Dowiedział się, że Marek uciekł z domu i pewnego dnia, a nie szedł do szkoły, też uciekł z domu. Wyszedł zamykając za sobą cichutko drzwi i zbiegł po schodach. Stanął na ulicy i poczuł, że dobrze jest uciec. Włóczył się ulicami odchodząc coraz dalej od domu. Po pewnym czasie zaczęły go boleć nogi. Posiedział w parku, zmarzł i poszedł dalej, ale nogi bolały znowu. Wędrówka podobnymi do siebie ulicami stawała się coraz bardziej monotonna. Chciało mu się jeść i pić, marzł. Chciał być w ciepłym domu, przy gorącym piecu, jednak postanowił, że wytrwa. Po kolejnej godzinie czy dwóch głód ustał a pragnienie jednak nie. Poprzedniego dnia padał śnieg i gdzieniegdzie leżały całkiem duże kupy białego puchu. Zjadł trochę wzorem wędrowców z północy. Po chwili było jeszcze gorzej. Ogarnęły go nudności, więc przestraszony schował się w krzakach i tam długo wymiotował. Powrót do domu był przesądzony. Kiedy w końcu tam trafił było już ciemno. Nie słyszał, co mówiła matka. Było coś o tym, że jutro albo tuż, tuż wigilia, a on niczego nie umie uszanować, nawet jej ciężkiej pracy. Widział jej łzy i uśmiech tatusia, który z rozbawieniem oglądał całą scenę. Zrozumiał że ma iść umyć się i pójść spać. Nigdy więcej nie uciekał z domu. Ból, głód i strach to wielcy nauczyciele.

 

 

Photo credit: Foter.com

Comments for this post are closed.

Noc jest najciemniejsza w nocy

„Noc jest zawsze najciemniejsza tuż przed świtem”. Ciekawe powiedzenie. Pokrzepiające, szczególnie w jakimś …

Jest w Polsce miasto

Jest w Polsce miasto Ł – Łask, Łomża, Łódź albo Radom, Włocławek, Opoczno albo jeszcze inaczej nazwane, miasto …

Pociąg do władzy

W pociągu relacji miasteczko miasteczko przez miejscowości i wsie jechał chłopiec ze szkoły do domu. Jego bilet był …