Blog

Aktualności, artykuły, opowiadania, bajki i inne twory literackie powiązane z tematyką psychologii

Tatuś – 2

Do szkoły chodził coraz chętniej, chociaż na lekcjach nudził się. W końcu został prymusem. Odnajdował różne tajemnice tego budynku. Jednym z miejsc, które chętnie odwiedzał, był strych z jego misterną konstrukcją więźby dachowej. Zimą na strychu było bardzo zimno, za to latem – bardzo gorąco. Pachniało wówczas rozgrzanym drewnem. Przez maleńkie okienka wpadało trochę światła. Strych był porządnie uprzątnięty ale na środku leżała spora kupa piachu. Nigdy nie dowiedział się dlaczego na strychu leży piach.

Później dostał pod opiekę magazyn pomocy biologicznych. To był raj. Spędzał tam każdą przerwę, oglądał różne plansze, makiety, słoje z preparatami i odstawiał je na miejsce. Nie pamiętał skąd pojawiło się nieduże akwarium i wpuścił do niego ryby. Wielkopłetw wspaniały (Macropodus opercularis) z rodziny guramiowatych jest naprawdę wspaniały. Należy do ryb labiryntowych, oddychających powietrzem atmosferycznym, pobieranym znad powierzchni wody. Jeżeli rybie labiryntowej odetnie się dostęp do powietrza, ginie uduszona. Jeżeli natomiast wyjmie się ją z wody i zabezpieczy przed wyschnięciem skóry, przeżyje kilka godzin, na przykład – czas transportu. Wielkopłetw buduje gniazdo z piany, jaką wytwarza z własnej śliny. Pilnuje gniazda, opiekuje się ikrą i potomstwem. Wielkopłetwy sprowadzono do europejskich akwariów w 1869 roku. Wtedy, w szkole ryby nie rozmnażały się. Było fascynujące stać blisko szyby i oglądać majestatyczną rybę unoszącą się w bezruchu pod powierzchnią wody.

Do magazynu przychodziła dziewczynka. Była mała i śliczna. Była córką jednej z nauczycielek, pani Białek. Miała na imię Kasia i nie wiedzieć czemu spędzała z nim cały wolny czas. Niekiedy przychodziła jej mama. Nie robili niczego ważnego, a przynajmniej niczego nie zapamiętał poza jej obecnością.

Przeczuwał istnienie wielkiego świata, ale jego własny był bardzo mały. Ograniczał się do jego ulicy, drogi do szkoły, co zamykało się w jednym kwartale. Wyjście dalej, to był park ze stawem. To była wyprawa, ponieważ musiał dwukrotnie przejść przez jezdnię, a matka upominała, że to jest niebezpieczne. Czasem chodził do parku bez wiedzy matki. Nie żeby się bał jej reakcji, ale nie chciał jej martwić.

Pewnego razu tam, na ulicy zobaczył swego ojca. Ojciec uderzył człowieka. Kopnął go. Człowiek upadł. Wszystko stało się tak szybko, że zanim zrozumiał, co się dzieje, po drugiej stronie ulicy, na drugim planie, zobaczył mamę Kasi. Przyglądała się przez chwilę scenie a później długo patrzyła prosto w jego oczy. Mama Kasi znała jego ojca, który teraz na tej ulicy jeszcze raz kopnął leżącego i poszedł sobie, nie zauważając go. Mama Kasi też poszła w swoją stronę. Człowiek na chodniku podniósł się po chwili i lekko zataczając się skręcił w najbliższą bramę. Gapie rozeszli się i na ulicy było znów prawie zwyczajnie. Zawsze, jak tędy przechodził, zastanawiał się, czy przechodnie pamiętają, co zrobił jego ojciec. Poszedł do parku i kiedy pochylał się, łzy cicho pluskały wpadając do wody. Mama Kasi nigdy nic nie powiedziała o jego ojcu i zdarzeniu na ulicy, nie zabroniła Kasi dalej przychodzić do jego magazynku, za co był jej bardzo wdzięczny.

W szkole było coraz piękniej. Ogródek szkolny należał do miejsc szczególnych ze względu na niewielki basen wypełniony starą, krystalicznie czystą wodą. Na dnie basenu rozkładały się liście wierzby płaczącej (Salix sepulcralis), która tworzyła cienisty parasol nad całym zbiornikiem. W wodzie rósł las moczarki (Elodea canadensis), a jak się posiedziało w bezruchu jakiś czas, to można było zobaczyć traszki grzebieniaste (Tritarus cristatus), które tam mieszkały. Z traszkami zdarzyła się jeszcze jedna przygoda. Okazało się, że niedaleko jest jeszcze większy i ładniejszy park z małą sadzawką. Właśnie tam mieszkały traszki (Tritarus vulgaris). Te piękne zwierzęta są bezbronne wobec człowieka. W wodzie i na lądzie poruszają się dość wolno. Złapał dwie i przyniósł do domu i wpuścił do wcześniej przygotowanego akwarium. Cały wieczór przyglądał się im, chociaż one siedziały przerażone w kącie i nie ruszały się. W nocy zniknęły.

Matka troszczyła się o dom. Zapamiętał ją jako wiecznie zmęczoną, zafrasowaną kobietę dźwigającą siatki pełne zakupów. Starała się urozmaicić jedzenie, chociaż na ogół każda potrawa była gotowana na dwa lub trzy dni. Niekiedy pojawiało się coś niezwykłego do jedzenia. Tak było z flakami. Matka przyniosła do domu wielki płat czegoś szarobiałego, pokrytego jakby mchem, co wyglądało jak stara duża zepsuta piłka. To były właśnie flaki. Matka mówiła, że gotowanie flaków to żmudna procedura, ponieważ muszą być myte, wielokrotnie gotowane, potem pocięte w zgrabne paseczki i dopiero ugotowane jeszcze raz i przyprawione. Myła je więc i chyba nawet raz zagotowała. Przerwała pracą nad nimi kiedy przyszedł ojciec, musiała gdzieś wyjść i zabrała dzieci ze sobą, bo przeczuwała, że ojciec może być zły.

Wrócili po jakimś czasie. Dom był pusty. Odetchnęła z ulgą i poszła do kuchni. Po chwili zawołała dzieci i oświadczyła ze zdumieniem i grozą, że flaki zniknęły. Nie zastanawiając się nad irracjonalnością polecenia zarządziła poszukiwanie flaków w całym domu. Znalazły się, a właściwie znalazła się ich odrobina, co pozwoliło domyślać się, co stało się zresztą. Okazało się, że w muszli klozetowej pływa skrawek poszukiwanych flaków. Po śladach, takich jak pozostawiony na brzegu wanny nóż można było zrekonstruować przebieg wydarzeń. Prawdopodobnie było tak: po ich wyjściu z domu ojciec wyjął cały płat flaków z garnka, poszedł z nim do łazienki i tam mozoląc się ciął go na kawałki i systematycznie spuszczał z wodą do kanalizacji, dbając by nie zapchać rur. Nigdy nie udało się ustalić, dlaczego to zrobił.

Tomek był jednym z tych, którzy przeszli pozytywnie przez weryfikację matki, ale dla niego nie był nigdy zbyt ważny poza jednym wypadkiem, który został w jego pamięci na zawsze. Na podwórku, gdzie mieszkał Tomek prowadzone były prace ziemne, ale po południu robotnicy szli do domu i wykopie pojawiali się oni, poszukiwacze przygód i skarbów. Znalezisko było niebanalne. Kopiąc małymi szpadlami w ścianie wykopu wydobyli księgi. Były to stare księgi zapisane obcym pismem. Niektóre rozlatywały się w ręku nie dając się otworzyć, niektóre poprzerastane było plątaniną korzeni, ale niektóre – dwie lub trzy były w całkiem dobrym stanie. Pewnie niektóre zniszczyli nieumiejętnym obchodzeniem się. Podzielili się łupem i zabrali do domów. Przyniósł do domu woluminy, co było nie lada wyczynem, bo były wielkie i ciężkie. Postanowił odczytać je, ale zadanie okazało się za trudne. Zapamiętał równe wiersze zblakłego atramentu na pożółkłych kartach. Na jakiś czas stracił entuzjazm do pracy wobec niedającej rozwiązać się zagadki i zapomniał o swoim skarbie. Kiedyś chciał do nich wrócić, ale nie mógł znaleźć ksiąg. Matka powiedziała mu, że wyrzuciła je, ponieważ zagracały mieszkanie. Później rozpoznał to pismo przypadkiem. Oglądał w muzeum stare hebrajskie druki i przypomniał sobie księgi z dzieciństwa. To było to samo pismo.

Photo credit: Foter.com

Comments for this post are closed.

Bohumil Hrabal, Auteczko, przekład Jakub Pacześniak, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.

Opowiadanie rozpada się na dwie części, pierwsza to rozdziały 1 – 6, poświęcone kotom w Kersku i rzezi, jaką urządził …

Mój, raj tuż za rogiem.

Kiedy spotkałam Florę Tristan właśnie „[…] wracała do hotelu krętymi, brukowanymi uliczkami Auxerre, zobaczyła …

Sens bez zasad

Dwie rzeczy: jedna przypowiastka; oraz scena w filmie Skazani na Shawhank. 1. Przypowiastka z książki Anthony’ego …