Blog

Aktualności, artykuły, opowiadania, bajki i inne twory literackie powiązane z tematyką psychologii

Tatuś – 1

Przeprowadzili się niedawno. Miasto to betonowy, szary labirynt wąwozów zrobionych z dziupli poukładanych jedna na drugiej. Początkowo mylił się i skręcał nie w tą bramę, co należy i kiedy, nie rozpoznawał oczekiwanych szczegółów, wpadał w panikę. Wybiegał na ulicę, patrzył na numer domu. Zrozumienie błędu przynosiło mu chwilową ulgę. Mógł podjąć ponowną próbę odnalezienia drogi do domu. Z czasem nauczył się bać się wchodzenia do każdej obcej bramy. A kiedy musiał już wejść, zawsze wstrzymywał oddech i raczej skradał się niż wchodził. Zawsze.
Brama kamienicy jest tajemnicza. Tunel prowadzący do jednej lub wielu klatek schodowych. Ciemna, brudna, pusta, choć czasem w kącie stoi sikający pijak. Czasem coś się poruszy, może szczur, może kot. Należy przez nią przejść i wejść na klatkę schodową, Ale to nie takie proste. Brama potrafi zatrzymać człowieka na wiele lat.
Staw w pobliskim parku był odkryciem. Kucał na brzegu, patrzył na małe rybki uwijające się przy dnie. Cierniki (Gasterosteus aculeatus) potrafią pływać do tyłu. Niektóre ryby, jak na przykład pielęgnice też potrafią pływać do tyłu, większość ryb – nie. Cierniki są bardzo rezolutne w obronie własnego terytorium a w okresie godowym samce przybierają przepiękne kolory. Brzuszek staje się czerwony, grzbiet opalizująco zielony. Samice są smutno szare. Przychodził przy każdej okazji i oglądał wybraną rybkę. Dowiedział się, że cierniki są blisko spokrewnione z konikami morskimi Hippocampus i Phyllopteryx tworząc razem rząd ciernikokształtnych (Gasterosteidae). Miał pewność, że ona jest oswojona i go lubi. Któregoś dnia zniknęła, ale on i tak przychodził, czekał. Cierniki poza okresem godowym nie zajmują stałych terytoriów. Kiedy młode rozpływają się w toni wodnej samiec porzuca terytorium, traci barwy i intensywnie poszukuje pożywienia, ponieważ głodował w czasie opieki nad gniazdem. Nad stawem spieszył się patrzeć, bo wiedział, że za chwilę zawoła go matka zniecierpliwiona tym, że gapi się w wodę zamiast bawić się: “Synku, Wojtusiu, kochanie.” Nie rozumiał, jak ma się bawić, wstydził się kiedy wołała na niego “Wojtusiu”. A ryby były takie piękne kiedy wpływały w zarośla mchu wodnego (Fontinalis sp.) w swoich tajemniczych sprawach.
Pod koniec lata poszedł do szkoły. Gromada obcych dzieci, stanie na czarnym dziedzińcu szkoły wysypanym ubitą szlaką w czasie długotrwałej uroczystości rozpoczęcia nauki. To był paskudny dzień. W dusznym gorącu nie poruszał się ani jeden listek na kasztanach (Aesculus hippocastanum L.) stojących za betonowym płotem. Bał się, że upadnie, kręciło mu się w głowie, zbierało na wymioty. Nie słyszał, co mówią obcy ludzie i nie rozumiał, czego od niego chcą. Zerkał na matkę, widział jej łzy i był przekonany, że zaraz zrobią z nim coś strasznego.
– Synku, pięknie wyglądałeś w nowym garniturku, bardzo się wzruszyłam – mówiła później. Domyślił się, że płakała, bo była z niego zadowolona. Matka często płakała.
Była zadowolona przez następne lata, kiedy zakładał garniturek i szedł do szkoły. Garniturek do kompletu miał białe koszule, codziennie zmieniane i granatową aksamitkę wiązaną w luźną kokardkę. Tylko on tak chodził ubrany do szkoły, co dla matki było nieustającym powodem do dumy. On odczuwał to zgoła inaczej, zwłaszcza po spotkaniach z chłopakami ze starszych klas. Bolało, ale najbardziej bolała odmienność od wszystkich innych uczniów. Powoli ich poznawał i poznawała ich jego matka. O niektórych mówiła źle i tych miał unikać. W końcu zostało trzech, a inni nie przeszli kwalifikacji. Najgorszy był Wiesiek, bo miał brata chuligana, który w końcu poszedł do więzienia. Z Wieśkiem spotykał się po kryjomu, ale matka prawie zawsze to odkryła i płakała. On umierał wtedy i obiecywał, że nigdy się z nim nie spotka. Ale to było później, w starszych klasach.
Kierownik był miłym starszym panem. Miał siwe wąsy i zawsze w ręku nosił pęk kluczy. Te klucze były trochę tajemnicze i trochę straszne. Uczył kaligrafii i może czegoś jeszcze. Z czasem patrzył na niego z coraz większym smutkiem. Ostatni raz spotkał go, kiedy był już gdzie indziej.
Dzień dobry, Panie Kierowniku – przez chwilę spojrzenie pełne pytania, przypomnienie i pełne radości i zaraz – troski, spojrzenie.
Co pan porabia? – uważny wzrok Kierownika trochę go speszył. Powiedział do niego „pan”. Zauważył to natychmiast, nabrał głębiej powietrza, wyprostował się.
Studiuję.
A to dobrze, bardzo dobrze – powiedział i poszedł sobie, lekko przygarbiony, jeszcze starszy pan z siwymi wąsami. To było w delikatesach.
Największym szczęściem była pani wychowawczyni – była piękna. Zapamiętał ją, jak wchodzi do klasy w jasnej powiewnej sukience w kwiaty. Jest wiosenny dzień i boczne promienie przedpołudniowego słońca wydobywają z tła czarnej tablicy jej sylwetkę. Sukienka jest niebieska prawie jak jej oczy. Ktoś otworzył drzwi i jej sukienka powiewa w przeciągu. Ma jasne, wysoko upięte włosy ale wymykające się kosmyki żyją własnym życiem. Wiją się za uchem, nad czołem, na szyi. Patrzył na jej odsłonięte ucho i delikatną, smukłą szyję. Nad obojczykiem dostrzega delikatne pulsowanie. Wówczas ogarnął go niezwykły smutek, trochę podobny do tego, który odczuwał zaglądając w niedostępny świat ryb w stawie, ale o wiele silniejszy. Nie znosił jak go chwaliła, bo mówiła do niego jakby niczego nie rozumiał. Przykre, nie do zniesienia były chwile, kiedy rozmawiała z jego matką i mówiły o nim, jakby go nie było. Ale zawsze patrzył. Pani odeszła po dwóch a może trzech latach nauki. Nowa pani była zupełnie inna.
Szkoła mieściła się w ponurej dzielnicy, w której mieszkał. Było niedaleko i nie musiał przechodzić przez jezdnię, więc od pierwszego dnia chodził do niej sam i sam wracał do domu. Droga do szkoły była dłuższa i smutniejsza niż powrotna. Powoli, wraz z upływem czasu nastąpiła zmiana i nawet chętnie zostawał po lekcjach odwlekając powrót. Dość często wracał do domu z matką. Miała zwyczaj przychodzić pod koniec dnia nauki, dowiadywała się o postępy syna i zabierała go. Chciała trzymać go za rękę, czego bardzo wstydził się, więc wymyślał różne preteksty, żeby się uwolnić i wstydził się jeszcze bardziej, bo wiedział, że ona wie, że to preteksty. Robił to jednak dalej, bo wiedział, że prowadzenie za rękę dotyczy dzieci a on wstydził się być dzieckiem.
Matka wypytywała go, co działo się w szkole, a on opowiadał bardzo dokładnie i wstydził się tego opowiadania. Razem wracali ze szkoły i szli do przedszkola po młodszego brata Marka, mijając po drodze dom. Najchętniej poszedłby do domu, bo wstydził się chodzić po ulicy z matką i bratem. Ale droga powrotna była już do wytrzymania, bo nie próbowała trzymać go za rękę zajęta młodszym synem. Mógł iść trochę z boku i udawać, że idzie osobno.
Przed przeprowadzką mieszkali pod miastem. To było ładne miejsce. Tam też był staw, ale ryby były bardziej dzikie albo inne, albo jeszcze nie patrzył w wodę. Tam było wielkie drzewo, jak później ustalił, dąb (Quercus robur). A w dębie, wysoko, prawie u nasady wzniosłej, szeroko rozgałęzionej korony, była dziupla. Konary wijące się powyżej niej były grube, pogięte w sposób znamionujący wielką siłę ale i jakby wielkie wysilenie, graniczące z cierpieniem. Dziupla była wielka, ciemna. Niczego w niej nie widział a mogło być wszystko. Patrzył w tę dziuplę i tracił poczucie czasu. Stał zaczarowany i przeżywał grozę patrzenia. Nie wymyślał niczego, nie fantazjował na temat zawartości dziury. Patrzył w jej mrok i doświadczał potęgi tajemnicy. Kiedy patrzył w dziuplę właściwie nie myślał. Cały był patrzeniem i doznawaniem tego nieogarnionego niewiadomego, które obejmowało go we władanie niepodzielnie. Przy każdej sposobności wymykał się, żeby patrzeć i doznawać powolnego połknięcia przez tajemnicę. Nikomu o tym nie mówił, bo nie umiałby opowiedzieć, czego doświadcza. Nie mówił również dlatego, że miał niejasne przeczucie, że robi coś złego. To wkrótce potwierdziło się. Matka odkryła, gdzie znika, co nie było znowu takie trudne, bo dąb stał na skraju lasu i widać go było z okna mieszkania. Matka wychodziła przed dom i wołała go, a on nie słyszał. Szła po niego, lekko go trącała a on odwracał na nią niewidome oczy i dopiero po chwili rozpoznawał ją. Ponieważ ta scena powtarzała się, matka była coraz bardziej zniecierpliwiona i zachowywała się coraz bardziej zdecydowanie. Trącała go coraz mocniej, wypowiadała skargi w rodzaju „Co ja mam z tym chłopakiem?” lub „ Nie możesz być jak inne dzieci?” Było mu bardzo smutno, że sprawia mamie przykrość. Czasem nawet próbował być jak inne dzieci. Obok mieszkały rodziny z dziećmi. One bawiły się razem i nieraz podchodził do nich i może bawiłby się z nimi, ale dzieci bawiły się w błocie, w piasku, w wodzie nad stawem. Brudziły ręce, brudziły twarze i ubrania. On wiedział, że nie wolno brudzić rąk, więc nie mógł się z nimi bawić. Stał i patrzył się na ich zabawy a matka chwaliła go, że przyszedł do domu taki czyściutki, nie tak, jak tamte kocmołuchy. Nigdy nie jadł niczego rękoma, nauczył się bardzo sprawnie posługiwać się sztućcami, czym nieraz zadziwiał otoczenie. Kiedyś, po latach, jakiś przygodny lekko podpity klient w jakimś przygodnym barze długo obserwował z narastającym obrzydzeniem, jak jadł kurczaka i w końcu powiedział „Kończ pan tę preparację”.
Dąb był utrapieniem matki ale i jego. Musiał pójść patrzeć w dziuplę, a matka ciągle musiała go stamtąd odprowadzać. Wymyślił bardzo sprytne rozwiązanie kłopotu. Siedział w domu i patrzył na drzewo z daleka. Znał jego każdy szczegół, mógł więc wyobrażać sobie dziuplę i być tam, a matka nie denerwowała się. Jednak po pewnym czasie zaniepokoiło ją, dlaczego tak ciągle siedzi w oknie i znowu było niedobrze. Czasem zapominał o dziupli i wtedy matka była zadowolona. Ale nigdy nie mogła być całkiem spokojna, bo do niej wracał. Cały las przesiąkał tajemnicą dziupli. Trwało to dwa lata. Przeprowadzka zamknęła sprawę. Przez czas nauki w różnych szkołach i inne zajęcia nie był w lesie, zapomniał o nim, aż kiedyś pojechał na wycieczkę, do zupełnie innego lasu. Spacerował długo, zmęczony przysiadł na zwalonym pniu i poczuł to. Jakby z głębi mroku między konarami drzew coś było i patrzyło na niego uporczywie. Odnalazł tajemnicę i odtąd zawsze, kiedy wchodził do lasu czekał, aż ją poczuje tak, jak wtedy, kiedy stał nieruchomo i patrzył w ciemność dziupli.
Ojciec przychodził później albo bardzo późno. Jak przychodził prosto z pracy, mogło być dobrze albo strasznie, jak przychodził bardzo późno – było strasznie. Ale mógł wrócić wcześniej i wtedy trzeba było szybko zorientować się, czy będzie dobrze. Jak mogło być dobrze, należało się radośnie przywitać, żeby nie zrobiło się źle. Jak było źle, trzeba było zachować czujność i szybko zorientować się, co robić.
Wtedy latem przed pierwszym pójściem do szkoły ojciec już był w domu. Było źle, bardzo źle. Coś powiedział do matki, a ona krzyknęła. Powiedział, że najpierw potłucze i połamie wszystko, a później ją zabije. Zaczął wyjmować talerze i rzucać nimi o podłogę. Skorupy rozsypywały się po całej kuchni. Chodził po nich, z trzaskiem pękały na mniejsze. Dzieci uciekły do pokoju. Starszy słuchał kolejnych odgłosów i w momentach ciszy wyobrażał sobie, że teraz tatuś zabija mamusię, jak obiecał, chociaż nie wiedział, co sobie wyobrażać. Z ulgą wsłuchiwał się w huk kolejnych niszczonych przedmiotów. Jeszcze nie teraz. Wszedł do kuchni.
Podłoga zasłana była grubą warstwą kawałków potłuczonych talerzy, misek, szklanek, kubków. Kredens miał urwane, dyndające na jednym zawiasie drzwiczki. Matka stała z opuszczonymi rękoma a po jej policzkach ciekły łzy. Ojciec siłował się z jakimś przedmiotem, a ponieważ nie szło mu, rzucił nim z rozmachem o podłogę. Na wszystkie strony prysnęły kawałki potłuczonych wcześniej naczyń. Wówczas stanął przed nim i powoli opadł na kolana. Czuł, jak szkło kaleczy go, przecina skórę. Powiedział:
Tatusiu, nie zabijaj mamusi.
I stał się cud. Ojciec przestał. Ojciec wzruszył się. Ojciec pogłaskał go uspokajająco po głowie, przytulił jego głowę niezręcznie do uda.
Dobrze – zabrzmiało czule. Odwrócił się i wyszedł.
W milczeniu zabrali się z matką do mozolnego sprzątania. Przez cały czas pracowali nie odzywając się do siebie. Później też nigdy nie mówili o tym. Kilka miesięcy był spokój.
Pierwsze podwórko otoczone było murem. Po przejściu przez bramę miało się po prawej stronie oficynę, równie wysoką jak ta frontowa i poprzeczna w głębi. Po lewej stronie do wysokiego muru przyklejona była mała jednopiętrowa chałupka z drewnianymi schodami prowadzącymi na piętro. Dalej przechodziło się przez bramę w oficynie poprzecznej i roztaczał się rozległy widok na drugie podwórko. Po prawej stały komórki, po lewej – nic, może siatka, a za nią sąsiedzi uprawiali warzywa. Płaszczyzna podwórka wybetonowana była trylinką – sześcioboczną kostką o średnicy około czterdziestu centymetrów. Ktoś pokazał mu, że w komórkach obok zwykłych prywatnych składzików na rzeczy zbędne znajdują się kible. Zwykłe kible z dziurami, na których można usiąść. Zajrzał do dziury i po chwili, jak wzrok przyzwyczaił się do mroku, zobaczył białe, mniej więcej dwucentymetrowe wijące się na mazi rozkładającego się gówna, robaki. Wyszedł stamtąd szybko.
Na pierwszym piętrze poprzecznej oficyny ktoś głośno krzyczał. Po chwili dołączył kobiecy głos. Coś huknęło. O szybę uderzył talerz. Rozlany rosół spływał po szybie, ale niektóre nitki makaronu pozostały, przyklejone. Patrzył na ten makaron, zsuwający się robakowatym ruchem.

 

Photo credit: Foter.com

Comments for this post are closed.

Mój, raj tuż za rogiem.

Kiedy spotkałam Florę Tristan właśnie „[…] wracała do hotelu krętymi, brukowanymi uliczkami Auxerre, zobaczyła …

Sens bez zasad

Dwie rzeczy: jedna przypowiastka; oraz scena w filmie Skazani na Shawhank. 1. Przypowiastka z książki Anthony’ego …

Noc jest najciemniejsza w nocy

„Noc jest zawsze najciemniejsza tuż przed świtem”. Ciekawe powiedzenie. Pokrzepiające, szczególnie w jakimś …