Tag: relacje rodzinne

Tatuś -10

Pierwsze wspomnienie, jak ustalił po konsultacjach z matką pochodzi z czasów, gdy miał około dziesięć miesięcy. To niemożliwe, ale jest. Stoi w łóżeczku, które ma okrągłe szczebelki pomalowane białą, olejną farbą dzięki czemu w dotyku są gładkie, śliskie i w pierwszym momencie lekko chłodne. Patrzy na pokój, ale nie ma kliszy z tym widokiem. Na następnym zdjęciu jest twarz tatusia, tuż przed jego twarzą. Tatuś widocznie klęka lub kuca. Czuje, jak ręce tatusia obejmują jego dłonie i po chwili następuje bardzo bolesny ucisk. Nie może wyrwać rączek. Płacze i po chwili tatuś zwalnia ucisk i znika z pola widzenia. Siada bezwładnie w łóżeczku i płacze dłużej niż bolą rączki.

Dzieci często zaskakują dorosłych trafnością swoich wypowiedzi, które nie wiadomo skąd biorą. Może to podsłuchane rozmowy dorosłych, a może w dziecięcych główkach nie zepsutych jeszcze obłudą dorosłych rodzą się całkiem celne komentarze do bieżącej sytuacji. Kiedyś wypowiedział zdanie, które zaciążyło na całej historii jego doświadczeń z tatusiem, a ponieważ wypowiedział je bardzo wcześnie, zanim zdarzyły się rzeczy dobre, to może przez to zdanie to, co dobre nie zdarzyło się wcale. Zastanawiał się często, kiedy tatuś zaskakiwał go nowym pomysłem, że to może właśnie dlatego, że wypowiedział tamto zaklęcie. Było one tak zaskakujące, że w całej rodzinie i wśród znajomych powtarzano je z podziwem dla malca, który coś takiego wymyślił. Śmiano się przy tym i tatuś również się śmiał. Kiedy miał dwa lata powiedział do tatusia: „Kiedy umrzesz, nie przyjdę na twój pogrzeb.” I dotrzymał słowa.

Niezależnie od pory roku matka wystawiała jego łóżeczko na taras i ustawiała tak, że widział niebo. Pięknie było zimą. Czuł na policzkach chłód nocy, a w środku było cieplutko. Czasem niebo było aż białe od naprawdę świecących gwiazd. Wstrzymywał wtedy oddech, żeby nie spłoszyć tego widoku i panowała wielka cisza. Słyszał bicie swego serduszka i mówił w myślach do niego „Cicho, cicho, widzisz jak czasem jest pięknie.” I zasypiał. Śniło mu się, że gwiazdy można dotknąć i dotykał ich, ale tak delikatnie, żeby nie popsuć ich światełka. Ale czasem miał sen, że gwiazdy od niego się odsuwają a on w końcu, rozżalony zadawał pytanie „Dlaczego?” a wtedy tracił równowagę i spadał coraz szybciej, aż gwiazdy zmieniały się w świecące smugi, których dotknięcie bolało. A gdzieś w tle słyszał śmiech tatusia i budził się przerażony. Otwierał oczy i widok przynosił mu ukojenie.

Photo credit: Foter.com

Tatuś -9

W domu zdarzały się różne przygody, czasem śmieszne, czasem nie. Rodzice dbali o dom w miarę swoich możliwości, ale nigdy nie stać ich było na urządzenia mieszkania w sposób przyjazny. Dzieci raczej nie pomagały im w tych staraniach. Pewnego razu rodzice kupili nowy żyrandol. Śliczna konstrukcja złożona z trzech ramion zwróconych do góry i jednej lampy zwróconej w dół. Żyrandol zapalało się na dwa sposoby: albo włączało się dolne światło albo naraz wszystkie i robiło się bardzo jasno. Następnego dnia po jego zamontowaniu został z bratem sam w domu, rodzice gdzieś poszli. W takich momentach chłopcy rozpoczynali coś w rodzaju zabawy. Tym razem zabawa polegała na strzelaniu do siebie z łuku i unikaniu trafienia. W pewnym momencie odebrał łuk bratu i tak nieszczęśliwie nim machnął, że stłukł dolny klosz żyrandola. Prawie nie stłukł, tylko trochę wyszczerbił. Zabawa byłą skończona. Zaczęło się nieprawdopodobnie przewlekające się czekanie na powrót rodziców. Pierwsza wróciła matka. Powiedział jej, co się stało. Matka siedziała w kuchni i cicho płakała. Przestała, gdy wszedł do domu tatuś i podała mu coś do jedzenia. Po posiłku, jak to miał w zwyczaju, poszedł do pokoju położyć się na kanapie. Włączył światło i dopiero jak położył się i poprawiał pozycję spoglądając jednocześnie w sufit, zauważył że coś nie tak. Zamarł w bezruchu i przez chwilę przyglądał się szkodzie. Zerwał się, wpadł do kuchni i wydarł się:

  • Kto to, kurwa, zrobił? Któryś z tych twoich popierdolonych synków? Odpowiadaj, kurwo!

  • Ja – stał w drzwiach kuchni, ale tatuś nawet na niego nie spojrzał. Pochylał się dalej nad matką i jakby chciał ją uderzyć wrzeszczał dalej, a ona siedziała w bezruchu z opuszczoną głową:

  • Wychowałaś sobie tych niedojebków, którym chlać nie warto dawać. Odpowiadaj szmato, co masz do powiedzenia? Umiesz tylko milczeć i ryczeć, krowo!

  • Ja to zrobiłem, ja – prawie krzyknął, choć przeraził się, że krzyknął do tatusia ale musiał ratować matkę.

  • Ty? – tatuś popatrzył ze zdziwieniem, prawie się uśmiechnął, ale zaraz rozgniewał się ponownie, ponieważ jego atak wytracił impet, okazja do dalszego dręczenia matki przepadła.

  • Nawet nie wiesz, kurwo, co się dzieje w domu – pchnął głowę matki tak, że o mało nie spadła z krzesła, przeszedł obok niego, trzasnął drzwiami, zapadła cisza.

Matka siedziała i płakała, on stał w drzwiach kuchni i domyślał się, gdzie jest brat. Nie wiedział, co zrobić i tak stał.

Matka często opowiadała mu o swoich trudnych doświadczeniach z tatusiem i chociaż nie rozumiał jej niektórych skarg, bardzo jej współczuł i chciał jej pomóc i dręczył się myślami, co powinien dla niej zrobić. Nie wiedział, co to seks, ale matka przekonała go swoim cierpieniem, że to musi być coś wyjątkowo paskudnego, do czego zmusza ją tatuś. W zasadzie nie był zdziwiony, bo jeśli tatuś czegoś żądał, to to musiało być paskudne. Seks musiał być wyjątkowo brzydki, skoro matka tak uporczywie nie chciała tego robić, mimo że tak cierpiała. Rodzice nie zawsze kłócili się. Czasem nie odzywali się do siebie i wtedy stawał się ważny, ponieważ przekazywali sobie informacje przez niego. Mógł wówczas ratować matkę. Ona mówiła głośno, tak żeby tatuś w pokoju słyszał:

  • Powiedz swojemu ojcu, że obiad gotowy. Szedł do pokoju i mówił:

  • Tatusiu, mamusia zaprasza cię na obiad – a on odpowiadał tak głośno, żeby ona w kuchni słyszała:

  • Powiedz swojej matce żeby sobie w dupę wsadziła swój obiad – a on szedł do kuchni i mówił:

  • Tatuś powiedział, że nie jest głodny.

Czuwał nad ich nieodzywaniem się i tak mijały dni, tygodnie, miesiące. Najdłuższe ciche dni trwały dwa lata.

Tatuś bywał miły. Zaproponował mu, że nauczy go gry w szachy. To był fascynujący, nowy świat. Według niektórych badaczy w szachy grano już sześć tysięcy lat temu na terenie Mezopotamii, ale do dzisiaj nie znaleziono rozwiązania gry, to znaczy takiej strategii rozegrania partii , która gwarantuje wygraną. Gra jest grą formalną o sumie zerowej, a uczestnicy gry, dwaj gracze, dążą do doprowadzenia do mata czyli sytuacji, w której zagrożony król nie może za pomocą jakiegokolwiek ruchu uniknąć tego zagrożenia. Możliwy jest również pat, kiedy to gracz nie może wykonać ruchu, z powodu blokady jego bierek, zwanych czasem figurami. Zwykły mecz to trzy partie rozegrane po kolei. Niekiedy partia szachów jest rozgrywana przez wiele dni, chyba że gracze ustalą limit czasu na zastanowienie przed następnym ruchem. Najlepsi szachiści grają w szachy z najlepszymi komputerami. Jak na razie nie ma pewności, kto gra lepiej.

Grał chętnie i uczył się szybko. Przegrywał coraz trudniej a partie trwały coraz dłużej. Znalazł książkę o szachach i dużo czytał. Dowiedział się o klasycznych gambitach i śledził partie rozegrane przez mistrzów. Wygrał. Tatuś pochwalił go. Następną partię również wygrał. Tatuś milczał i rozpoczęli trzecią partię. Był z siebie dumny, bo widział, że wygrał. Cokolwiek tatuś by nie zrobił, przegrał. Siedział dumny z siebie i czekał na ostatni ruch. Zupełnie stracił czujność. Żeby się chociaż nie uśmiechnął. Tatuś długo siedział pochylony nad szachownicą, powoli podniósł głowę i spojrzał na niego ciężkim wzrokiem spod opuszczonych powiek. Było za późno żeby cokolwiek zrobić. Tatuś szerokim gestem, z rozmachem zrzucił wszystkie figury z planszy aż rozsypały się po całym pokoju. Ostatni pion zawahał się przez chwilę i ustał. I to chyba tatusia rozzłościło najbardziej. Zerwał się, chwycił deskę, uniósł wysoko nad głowę i trzasnął nią z całej siły o podłogę. Rozleciała się. Siedział w bezruchu, a tatuś kopnął resztki szachownicy i bez słowa wyszedł. Niestety, nigdy więcej nie zagrali.

Photo credit: Foter.com

Tatuś -8

W głębi, za stawem były różne zabudowania, rozmaicie wykorzystywane. O przeznaczeniu większości nic nie wiedział. Trochę bał się tam zbliżać, więc nie chodził w to miejsce zbyt często. Trochę na uboczu, wysunięta do przodu, skierowana szczytem do stawu stała opuszczona, stara szopa zbita ze spróchniałych desek. Jej półotwarte drzwi kusiły żeby wejść, ale wewnątrz było ciemno. Pociągnął ją za rękę, a ona roześmiana wbiegła do środka. Zobaczył ją w cieniu, pod przeciwległą ścianą, w ciemności. Przekraczał świetliste kurtyny złotego kurzu wirującego w słońcu, odmierzone przez szpary w deskach ściany, jedna po drugiej. Aż zobaczył ją całkiem wyraźnie. Podała mu ręce. Widział jej matowobrązowe szeroko otwarte oczy. Ciemne na obrzeżach i jasne wokół źrenicy. Będzie poszukiwał takiego spojrzenia przez wiele lat, może do końca życia. Zapamiętał jej włosy, roztrzepane, bezładnie opadające na ramiona. Kropla upadła niechcący. Miał pięć lat. Mieszkała po sąsiedzku, widywał ją często, ale nigdy więcej nie spotkał. Wielokrotnie chodził w tamto miejsce i kiedy jej nie było, nie czuł rozczarowania. Wystarczyło tam być a przeżyte uczucie wracało natychmiast.

Po lekcjach lubił chodzić blisko murów domów. Przyglądał się szczelinom w murze, odpadającym, pozwijanym na brzegach, płatom starej farby. Poznawał rysy i zacieki na tynkach. Odnajdywał w nich kształty, których inni nie widzieli. Widział niejasne zarysy ludzi ustawionych w dziwacznych pozach i wykonujących tajemnicze gesty. Czasem nie udawało się odkryć kształtu i taki rysunek był najciekawszy. Zdarzało się, że przystawał i rozmyślał, kto chce powiedzieć coś, czego on nie umie odczytać. To zainteresowanie ścianami domów dawało mu schronienie przez wzrokiem przechodniów. Odczuwał niepokój za każdym razem, kiedy jego spojrzenie spotkało się ze wzrokiem kogoś obcego. Niepokoiło go, że obcy zobaczy w jego oczach coś, czego nie powinien widzieć, że obcy skradnie mu tajemnicę. Nie sprawiał problemów wychowawczych, ale kiedy matka miała do niego o coś pretensje, mówiła: „Patrz mi w oczy, słyszysz, masz mi patrzeć w oczy.” Był przekonany, że kiedy patrzyła mu w oczy, to dowiadywała się w ten sposób wszystkiego i on miał tylko potwierdzić to, co i tak widziała. Każde składanie wyjaśnień odczuwał jako zbędną, upokarzającą torturę. Tatuś korzystał ze wzroku inaczej, stwierdzał najczęściej, że nie może na niego patrzeć lub, że chce mu się rzygać jak na niego patrzy.

Narysował krowę na parapecie. Krowa (Bos taurus, category Holstein) to ładna krowa, łaciata. Należy, jak inne krowy do rodziny krętorogich. Bydło pochodzi od tura i zostało udomowione około sześć, siedem tysięcy lat temu w Azji. Zalicza się do przeżuwaczy i ma charakterystyczną budowę układu pokarmowego. Na świecie jest 1,3 miliardów sztuk krów, byków, cielaków i jałówek.

  • No, choć zobacz, co on narobił – tatuś był nieoczekiwanie miły dla matki.

  • Och, Wojtusiu, dlaczego pomazałeś parapet, masz to natychmiast zmyć – matka patrzyła na tatusia swym psim wzrokiem, jakby chciała zapytać: „Dobrze, dobrze mu powiedziałam.”

Tatuś przystawił sobie krzesło do parapetu i udawał, że czegoś pilnie wypatruje przez okno, więc ścierał swój rysunek w niewygodnej pozycji, bo bał się dotknąć tatusia. Kiedy skończył, tatuś poszedł sobie. Może akurat zobaczył to, co chciał.

Po latach, w innych okolicznościach poczuł coś podobnego. To był czas otwartej wojny z tatusiem, który trochę pomieszkiwał, a czasem wyprowadzał się na jakiś czas i nie wiadomo było kiedy znowu się pojawi. Wojtek wyjechał na wakacje, pozostawiając matkę w domu samą, bezpieczną. Jeździł autostopem i był wolny. Akurat złapał dobry kurs i postanowił wpaść do domu. Było bardzo wcześnie rano i już w przedpokoju wiedział, że jest źle. Zobaczył męskie buty, obok butów matki a kiedy otworzył drzwi do dawnego pokoju rodziców zobaczył matkę śpiącą w objęciach tatusia. Tatuś obudził się i spojrzał z triumfem, ale on wyraźnie widział jego skulony ze strachu cień. Wyszedł nie zamykając drzwi. Łatwo złapał kolejny samochód i pojechał daleko. Do dziś nie wiadomo, czy wrócił.

Photo credit: Foter.com

Tatuś – 7

Stolarnia mieściła się w przestronnej piwnicy, a na środku wsparty na czterech grubych nogach wielki stół. Blat stołu był wyposażony w różne pomocnicze urządzenia pozwalające unieruchomić drewno na czas obróbki w dowolny sposób. Tatuś majsterkował wytwarzając różne przedmioty: stoły, stołki. Zrobił nawet samochód, cały z drewna, nawet koła miał drewniane. Miał go dostać, ale tatuś mówił ciągle, że samochód nie jest jeszcze gotowy. Wyobrażał sobie, jak będzie nim jeździł. Podziwiał złożoność układu kierowniczego, bo samochód miał skręcać. Głaskał gładko wypolerowane profile maski samochodu, przyglądał się ławeczce, na której usiądzie. Nie wiedział, jak samochód będzie się poruszał, ale miał zaufanie do mądrości tatusia. Przez miesiąc o niczym nie myślał, tylko o nowej zabawce. Pewnego dnia samochód zniknął. Kiedy zapytał tatusia, gdzie podział się jego samochód, tatuś ze zdziwieniem zapytał, jaki samochód. W stolarni najpiękniejsze było to, że w kącie leżała spora kupa wiórów. Można było się na nich położyć, leżeć na miękkim, pachnącym materacu, i zagarniać na siebie wióry, aż się prawie całkiem zakopać. Do stolarni zaglądał coraz rzadziej, a kiedy wyprowadzili się do miasta, wcale nie żałował.

Naprzeciw kamienicy, w której mieszkali był sklep ze sprzętem radiowo-telewizyjnym. Stawał czasem przed wystawą i zaglądał do sklepu, patrzył na ekrany włączonych telewizorów. W końcu u niego w domu pojawił się telewizor. Wieczorami siadali przed odbiornikiem i oglądali. Najpierw matka czytała w gazecie, co będzie i oglądali. Jak przychodził tatuś to mogło być tak, że dalej oglądali program razem. Ale często było i tak, że tatuś w trakcie trwania programu wyłączał odbiornik i kazał robić co innego. Nauczył się, że trzeba pilnie patrzeć, bo w każdym momencie telewizor może być wyłączony, ale taka napięta uwaga mocno go męczyła. Telewizja rozwijała się w tym czasie dość szybko i ciągle przybywało atrakcyjnych programów, których oglądanie można było przerwać w najciekawszym momencie. Obszar udręki stale się zwiększał. Odkrył, że może siedzieć przed wyłączonym telewizorem i oglądać ruchy odbite w martwym ekranie, a jeszcze później nauczył się patrzeć w wyłączony telewizor i czekać, na coś, co pojawi się samo. Matka czasem przyłapywała go na takim siedzeniu przed telewizorem, więc przestał przypatrywać się ekranowi, a tylko zerkał i wiedział, że jak pojawi się to ważne, to on tego nie przegapi.

Miał radio. Radio było stare, lampowe. Zaglądał do niego i przyglądał się tajemniczym ognikom i konstrukcjom wewnątrz szklanych walców. Przyglądał się kondensatorom i opornikom i plątaninie różnokolorowych kabelków, które łączyły te wszystkie części w tak wyrafinowany sposób, że wystarczyło nacisnąć klawisz i płynął dźwięk. Nie próbował nauczyć się funkcji i parametrów poszczególnych części, nie chciał poznać konstrukcji aparatu. Przyglądał się radiu włączonemu i wyłączonemu. Chciał zrozumieć magię fali radiowej, która raz wyemitowana płynie przez wieczność, a on za pomocą tego urządzenia może przechwycić część tej fali i zamienić na słyszalne, drgające powietrze. W lepszym słyszeniu pomógł mu Sławek. Matka nic nie mówiła o Sławku ponieważ go się bała, przychodził rzadko, może był u niego ze trzy razy. Sławek miał bujne, kręcone włosy i nosił fryzurę podobną do fryzury króla elektrycznej gitary. Później i on dowie się kto to był król, ale teraz Sławka lubił, bo Sławek sam skonstruował gramofon, słuchał prawdziwej muzyki i grał na gitarze. Po paru latach zmarł przedawkowując heroinę. Razem przerobili radio tak, że można było podpiąć do niego drugi głośnik i uzyskać efekt pseudostereo. Słuchał muzyki głośno, ale jak przychodził tatuś, to słuchał po cichu i za zamkniętymi drzwiami. Któregoś razu włączył radio, a ono nie grało, było ciemne i głuche, martwe. Łatwo znalazł przyczynę. To kabel zasilający był przecięty, ale tak sprytnie, że tuż za tylną ścianką i dlatego nie zorientował się od razu. Po naprawieniu odbiornika nigdy nie włączał go, kiedy tatuś był w domu, bo bał się, że jak on odkryje, że radio jest naprawione, to popsuje je jeszcze bardziej.

Jaka była pierwsza przeczytana samodzielnie książka, nie pamiętał. Czytał całe dnie i wieczory. Nareszcie ktoś do niego mówił i chociaż często niewiele rozumiał, to wsłuchiwał się w brzmienie słów, ich kształt, a czasem znaczenie. Nikt nie pomagał mu w doborze lektur, więc wczytywał się w łatwe przygody różnych awanturników na krańcach świata ale czasem odbijał się od tajemniczych słów w podręcznikach akademickich. Wieczorami tatuś gasił światło, więc lektura była przerwana, ale mógł ją rozpocząć na nowo, rano. Budził się o świcie i sprawdzał, czy jest na tyle widno, że można rozpoznać litery. Spoglądał na tekst, szukał najwłaściwszego ustawienia książki względem światła i kiedy było jeszcze zbyt ciemno, leżał i czekał. Zimą, w najkrótsze dni nie można było czytać rano. Jego łóżko było ustawione pod oknem w ten sposób, że jak leżał na wznak, to widział skrawek nieba odcięty z jedne strony górną krawędzią okna a drugiej – szczytem kamienicy po przeciwnej stronie ulicy. To były dobre chwile. W domu było cicho i chociaż nie słyszał żadnych innych dźwięków poza oddechem brata, czuł że dom śpi, jeszcze się nie zaczęło. Wreszcie było dość światła i zaczynał czytać. Od pewnej chwili trzeba było zachować czujność, bo zbliżała się godzina, kiedy do pokoju wchodziła matka i budziła ich do szkoły. Chował wtedy książkę, udawał głęboki sen. Najpierw budziła brata i wtedy mógł obserwować ją spod przymkniętych powiek. Wtedy po raz pierwszy zobaczył cień, towarzyszącą jej postać.

Wyobrażał sobie, że słowa to miłe zwierzątka, które mają łapki takie jak szop pracz (Procyon lotor z rodziny szopowatych), ale są znacznie mniejsze i baraszkują sobie w sianku, wygrzewają w słonku i to im wystarczy do życia. Futerka mają w różnych odcieniach bieli i szarości a niektóre są całkiem czarne. Czasem zmieniają kolory, w zależności od tego, jak są ustawione. W dobrej prozie chętnie łapią się za rączki i uśmiechają się. A w złej poukładane są tak, że jest im niewygodnie, a odcienie futerek nie pasują do siebie. W poezji zwierzątka zachowywały się zagadkowo i często nie rozumiał ich zachowania.

 

 

Photo credit: Foter.com

Tatuś – 6

Brat był dzieckiem bardzo żywiołowym. Zaprowadzony na plac zabaw musiał być pilnowany przez niego i matkę, bo nie było wiadomo, gdzie zaraz przerwie zabawę w piaskownicy i gdzieś pobiegnie, nie oglądając się za siebie i nie reagując na wołanie. Musiał za nim biegać i przyprowadzać go do matki, a ona mówiła do brata, jak jej z nim ciężko i pytała, „dlaczego nie jesteś taki jak Wojtuś?” Brat słuchał nieuważnie. Po chwili szedł się bawić do piaskownicy albo znowu gdzieś biegł i trzeba go było znowu złapać i matka znów skarżyła się, że nie jest taki, jak Wojtuś. Jemu to trochę pochlebiało. Pewnego razu brat, a miał wówczas nie więcej niż cztery lata, pokłócił się w piaskownicy. Wojtuś widział całą scenę, ale nie zdążył zareagować. Brat zaczął szarpać się z innym dzieckiem, wyrywali sobie wiaderko do stawiania babek z piasku. Brat puścił wiaderko, chwycił szpadelek i zadał dziecku silny cios w głowę. Dzieciak upadł wrzeszcząc wniebogłosy, a spod ręki przyciśniętej do głowy polała się dość obficie krew. Brat obrócił się i zaczął napierać piasek do wiaderka, ale nie zdążył zrobić babki. Wybuchła ogólna awantura, a matka pokrzywdzonego dziecka zwymyślała jego matkę. To był koniec spaceru. W domu matka lamentowała nad swoim nieszczęśliwym życiem, zmarnowaną młodością, nieudanym małżeństwem, dziećmi, które sprawiają same kłopoty i że pójdzie sobie w cały świat. Brat zachowywał się tak, jakby nie rozumiał sytuacji. A on najbardziej przeraził się tego pójścia w cały świat, bo zupełnie nie rozumiał, co to znaczy, chociaż ona powtarzała tę groźbę coraz częściej. Wiedział, że zawiódł ją całkowicie.

Po drugiej, południowej stronie miasta stały rozległe lasy, ale zupełnie inne niż jego las. Podstawę drzewostanu stanowiła tam sosna (Pinus sylvestris z rodziny Pinaceae). Zbawienny wpływ sosny na organizm człowieka dostrzeżono już dawno i między innymi zalecano spacery po nagrzanych słońcem, pachnących żywicą lasach sosnowych. Mikroklimat tych lasów inspirował ludzi, by stawiać w nich lub na ich obrzeżach domy letniskowe, wypoczynkowe i zakłady lecznicze. Do takiego zakładu leczniczego wysłany został brat. Nie umiał sobie przypomnieć, co było powodem takiej decyzji, ale pobyt tam miał trwać co najmniej trzy miesiące, a może pół roku. Miał wtedy może pięć lat a może trochę więcej.

Pojechali do niego w niedzielę tramwajem w trójkę: tatuś, matka i on. Do ośrodka szło się leśną piaszczystą drogą, trochę pod górę. Piasek był czysty, żółty a boki kolein osypywały się cichutko. Piasek nasypywał się do butów i trzeba było co jakiś czas zatrzymać się, usiąść i go wytrzepać. Spotkali brata przed budynkiem. Ściskali go mocno, siedzieli na ławce, rozmawiali a brat płakał i prosił, żeby go zabrać do domu. Bo tutaj jest pani, którą dzieci nazywają Siostra Marchewa i on strasznie się jej boi, a ona bije dzieci, krzyczy i grozi zamykaniem w piwnicy. Jego właśnie zaprowadziła do ciemnej piwnicy i powiedziała, że go tam zamknie, jeśli będzie wrzeszczał w kąpieli, a woda była taka gorąca, a po niedobrym jedzeniu, które musiał zjeść zwymiotował i wtedy Siostra Marchewa go zbiła. Matka słuchała i płakała razem z nm, a tatuś przysłuchiwał się obojętnie. Brat został. W drodze powrotnej tatuś zrobił matce awanturę, że wychowuje syna na mazgaja i szmatę jak ona sama. Wrócili osobno.

Po kilku wizytach brat przestał prosić o powrót do domu. Pamięta, jak stał na tle wielkiego, starego budynku. Szare tynki z ciemnymi otworami okien. Zakład był architektonicznie niezwykle ciekawy: wykusze, kolumienki, wieżyczki wieńczące fasadę, co tworzyło tajemniczą aurę. Ubrany był w nie swoje ubranie: szara bluzka, szare rajtuzy i dziecięcy, niedoprany fartuszek z płótna z niebieskobladym szlaczkiem na krawędzi. Stał w bezruchu przed matką i tatusiem ze spuszczoną głową i milczał. Nie odezwał się w czasie całej wizyty. Był wtedy taki mały.

Po powrocie z leczenia do domu matka zauważyła zmianę w zachowaniu brata. Całymi godzinami bawił się jednym klockiem, nie odzywając się. Grzecznie wykonywał polecenia, a po jakimś czasie zaczął się odzywać zmienionym, cichym głosem.

Życie codzienne toczyło się głównie w kuchni i dużym pokoju. Mniejszy pokój, jako że gorzej ogrzewany stał zwykle pusty i ciemny. Brat nigdy tam nie wchodził pierwszy. Bał się ciemności, a żeby zapalić światło trzeba było zrobić dwa kroki w ciemność. Pewnego razu tatuś wrócił późno. Matka rozpłakała się, że miał wrócić wcześniej i pomóc jej. Chociaż nigdy nie dotrzymywał słowa, ona zawsze robiła taką samą scenę. Tatuś wściekł się, a to znaczyło, że będzie niedobrze. I było. Wojtuś stał w drzwiach między pokojami, patrzył i słuchał, jak tatuś wrzeszczy na matkę i obrzuca ją obelgami, i zauważył w małym pokoju ruch. W najciemniejszym miejscu, pod stołem, przy samej ścianie siedział jego brat. Kolana miał podciągnięte pod brodę, obejmował rękoma nogi i mocno się trząsł. To było niedługo po jego powrocie.

Brat nigdy nie stał się ważną dla niego postacią. Zaledwie kilka razy zaistniał wyraźniej. Chodził do tej samej szkoły podstawowej, tego samego liceum, ukończył te same studia a później jego losy potoczyły się innymi drogami.

 

 

Photo credit: Foter.com

Tatuś – 5

Czas zimowych świąt jest zawsze wyjątkowy. W jego domu był to czas wyjątkowy i uroczysty. Matka robiła wielkie porządki w kuchni. Nie wiadomo po co wyciągała wszystko z szafek i myła, a następnie wycierała do sucha i wkładała z powrotem. Uprzednio myła szafki wewnątrz. Wykonywała przy tym różne gesty i wydawała z siebie różne westchnienia, które miały świadczyć o tym, jak bardzo jest zapracowana, zmęczona i osamotniona w swym trudzie. Pomagał jej więc, od kiedy pamiętał i robił, co umiał. Na początku tylko wycierał naczynia, a z czasem nauczył się myć, wycierać, myć szafki wewnątrz, zmywać podłogę w kuchni, cyklinować i pastować parkiet, odkurzać dywany, myć okna, wbijać gwoździe, malować ściany, przykręcać kontakty, naprawiać dolno- i górnopłuki, gwintować rury, mieszać zaprawę murarską, naprawiać zamki i szklić szyby, wymieniać uszczelki, prasować i szyć, piec ciasto i mięsiwa, kroić makaron domowej roboty i kleić pierogi. Okazał się pojętnym uczniem.

Tatuś nie brał udziału w przygotowaniach świątecznych. Nie było go.

Przed świętami przywozili węgiel. Do piwnicy schodziło się schodami, które miały wysokie stopnie. Ciemność rozświetlały sprytnie rozstawione świece. Pierwsza na zakręcie schodów, druga na zakręcie korytarza, korytarz zakręcał w lewo, trzecia przy otwartych drzwiach komórki, czwarta wewnątrz na półce. Węgiel przywoził wóz zaprzęgnięty w dwa potężne holenderskie konie. Węglarze zrzucali węgiel na podwórko i stał przy tym węglu czekając na matkę. Przynosiła dwa wiadra i znosił z nią węgiel do piwnicy. Najpierw po jednym wiaderku. Trzymał je oburącz przed sobą i schodził po schodach w rozkroku. Później, jak był większy brał dwa wiadra, ale wtedy musiał się pochylać, żeby nie uderzyć głową o sklepienie korytarza. A później, kiedy był jeszcze większy wrzucał węgiel do piwnicy sam i z dumą meldował matce, że skończył. Robota trwała trzy, cztery godziny. To nic dla młodego człowieka.

Węgiel paliło się w kaflowym piecu, wysokim jak szafa. Piec był wmontowany w ścianę między pokojami w taki sposób, że prawie cały stał w dużym pokoju, ale jego tył grzał mniejsze wnętrze. Lubił rozpalać ogień. Na pogniecioną gazetę układał szczapy drzewa, od najdrobniejszej do najgrubszej, a na to drobne węgielki. Podpalał wszystko zapałką i patrzył jak powstawał ciąg powietrza, cug, uginający płomienie w głąb pieca. Dorzucał grubsze kawałki węgla i patrzył, jak spalone okruchy spadają przez ruszt i zamierają w kupkę popiołu. Zamykał drzwi pieca zawsze z ociąganiem, zasmucony niemożnością dalszego oglądania ognia. Boki pieca rozgrzewały się leniwie i w pokojach robiło się ciepło.

Tatuś nie uczestniczył w gospodarowaniu węglem.

Najbardziej lubił dzień kiedy ubierało się choinkę. Najśliczniejsze bombki były takie z wgłębieniem w kształcie reflektorka. Zaglądał tam i widział przesuwające się, niezrozumiałe kształty, jak w swoich snach. Bombki wieszał na zimnej choince i ona ożywała. Igły były chłodne, jeszcze pachniały mrozem. Dopiero jak zrobiły się ciepłe, zaczynały umierać. Pamiętał piosenkę o choince:

O Tannenbaum, o Tannenbaum,

Wie grün sind deine Blätter!

Du grünst nicht nur zur Sommerzeit,

Nein auch im Winter, wenn es schneit.

O Tannenbaum, o Tannenbaum,

Wie grün sind deine Blätter!

I szeptał ją cichutko, tak żeby nie spłoszyć refleksów wewnątrz reflektorka bombki. Przychodził tatuś, i odzywał się do matki po miesiącach milczenia i robiło się błogo.

Później były życzenia i uściski, które musiał udawać. Matka chciała, żeby w wigilię było dobrze i składanie życzeń uważała za ważny element świąt. Nie umiał składać życzeń i nie chciał. Stał i milczał. Nie byli z niego zadowoleni. Nie życzył tatusiowi niczego dobrego i raczej sobie chciałby życzyć sobie innego tatusia, ale wiedział, że tego powiedzieć nie może, bo tatuś będzie zły. Bąkał coś pod nosem i to chyba było niedobre i złościło tatusia i pewnie dlatego pod jakimkolwiek pretekstem tatuś przerywał wigilię i wychodził. Trochę czuł się winny, że popsuł tatusiowi wigilię, ale było dobrze i po cichu cieszył się. Matkę nawet lubił, ale nie lubił jak go dotyka. A ona przy życzeniach dotykała go i całowała. Chciał wytrzeć to miejsce ale wiedział, że matce będzie przykro więc czekał i robił to dopiero wtedy, gdy wychodziła do kuchni. I chociaż na jego twarzy nie było żadnego śladu, czuł ulgę, kiedy dokładnie się wytarł. Otrzymywał prezenty, tego jest pewien, ale żadnego nie zapamiętał.

Zapamiętał życzenia tatusia:

  • I życzę ci, synu, żebyś jednak wyrósł na porządnego człowieka, bo jak na razie to nie ma widoków. Nawet do kopania rowów się nie nadajesz, bo potrzebujesz jeszcze dwóch, co by ci sznurek rozciągnęli, żebyś kopał równo – a matka śmiała się głośno i złożyła mu swoje życzenia:

  • A ja ci życzę, żebyś pod płotem nie zdechł albo do więzienia nie trafił – i ta myśl prześladowała ją i ona nią jego, przez najbliższe pięćdziesiąt lat. Przynajmniej próbowała zarazić go takim obrazem przyszłości.

Uroczysta kolacja zaczynała się od zupy grzybowej, letniej i bez smaku. Jadł ją z zapałem myśląc, że jeśli będzie grzeczny, to kolacja potrwa dłużej. Zwykle w okolicy smażonego karpia, który był drugą potrawą wybuchała awantura.

Zapachy świąt są niezwykłe. Zapach świeżo upieczonego ciasta miesza się z zapachem umytej podłogi, nowej, na ten czas specjalnie uprasowanej koszuli, pomarańczy i cytryn, zmienionej pościeli. Wdychał te zapachy dyskretnie, bojąc się trochę, czy matka nie zapyta, jak przed rokiem: „Czy nie jest ci duszno, synku.”

Zasypiał przy uchylonych drzwiach. Patrzył uporczywie w szparę do pokoju obok, gdzie stała choinka. Widział podłogę matowo rozświetloną lampkami rozwieszonymi na drzewku. W pokoju było ciepło i jakoś jasno. Czasem, jak tatuś zostawał cały wieczór, słyszał „Pierdol się, ty kurwo.” I trzaśnięcie drzwiami.

Danio pręgowane to ruchliwa rybka (Danio rerio syn. Brachydanio rerio). Doprowadzenie jej do dorosłości i zdolności rozrodczych jest łatwe. Trudne jest przygotowanie akwarium tarliskowego, bo owe rybki są niezwykle zainteresowane pożeraniem własnej ikry. Trzeba przygotować ruszt ikrowy, co polega na tym, że nad dnem zbiornika umieszcza się ramkę z sztywno naciągniętą siatką, przez którą przelecą ziarna ikry, ale nie przedostanie się tam rybka. Zrobił to wszystko. W dniu wigilijnego święta jego danio odbyły tarło i złożyły tysiąc ziarenek ikry. Odłowił tarlaki, a one chętnie wróciły do akwarium ogólnego. Ikra pokrywała całe dno zbiornika tarliskowego. Może urodzi się tysiąc rybek. Następnego dnia, w pierwszy dzień świąt odkrył, że ikra jest biała, martwa. Tatuś wyłączył ogrzewanie. Lubił, jak tatuś po awanturze wychodził w wigilię z domu.

Matka gotowała i jak to w kuchni, zawsze czegoś brakuje, akurat wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebne. Niespodziewanie okazuje się, że nie ma soli albo mąki, albo musztardy, oleju. Prawdę mówiąc może zabraknąć wszystkiego. Jak już podrósł, a matka była zbyt zajęta, posyłała go do sklepu. Kupował więc tę jedną czy dwie brakujące rzeczy. Szczególnie chętnie chodził do piekarni, w której pracowali starzy piekarze. Ona, stale ze zmarszczonym czołem ale dobrotliwie uśmiechnięta. On, wielki i gruby, zamaszystym ruchem wykładał gorące bochenki na półki robiąc przy tym dużo rumoru. Bochenki padały na deski i pierwszy jeszcze się turlał i podskakiwał a już leciał następny. Piekarz miał chore, lekko przymknięte oko i obwisłą dolną wargę i kiedy spoglądał na klienta, wydawało się że kpiarsko daje do zrozumienia, że rozumiemy się przecież, że to wszystko przecież na niby. Oprócz chleba w piekarni można było kupić świetny, kwaśny barszcz. Piekarz nalewał barszcz w charakterystyczny sposób. Najpierw energicznie mieszał we wiadrze, waląc łychą po wewnętrznej stronie boków naczynia a następnie wyciągał daleko przed siebie słoik, który trzeba było przynieść ze sobą i z wysoka nalewał strumień gęstego, mętnego białawego płynu. Nigdy nie uronił kropelki.

Wracał do domu roztargniony i często stawał przed wystawami sklepów i zakładów rzemieślniczych na jego ulicy. Na wystawie krawca na drewnianym trójnogu stał manekin bez głowy i bez rąk i maszyna do szycia. Patrzenie na te przedmioty było przerażające, ale pociągało. Później przeczytał tabliczkę i zapamiętał jedno słowo „cech”. I zrobiło się jeszcze bardziej tajemniczo, bo co to „cech”. Później odkrył, że piekarz też należy do „cechu”, bo do cechu się należy. Lubił też zaglądać przez dziury na skład złomu, gdzie piętrzyły się góry pogiętego żelastwa rzuconego w zupełnym nieładzie. Patrzył i nie umiał odkryć, co to znaczy. Nagle spostrzegał, że zgubił resztę. Chodził więc i rozpaczał, jak wróci do domu i tak mijały godziny. Wiedział, że musi przecież wrócić i wracał. Matka ciężko opadała na krzesło, podpierała czoło ręką tak, że nie widział jej twarzy i płakała. Stał i czekał aż przestanie.

Dowiedział się, że Marek uciekł z domu i pewnego dnia, a nie szedł do szkoły, też uciekł z domu. Wyszedł zamykając za sobą cichutko drzwi i zbiegł po schodach. Stanął na ulicy i poczuł, że dobrze jest uciec. Włóczył się ulicami odchodząc coraz dalej od domu. Po pewnym czasie zaczęły go boleć nogi. Posiedział w parku, zmarzł i poszedł dalej, ale nogi bolały znowu. Wędrówka podobnymi do siebie ulicami stawała się coraz bardziej monotonna. Chciało mu się jeść i pić, marzł. Chciał być w ciepłym domu, przy gorącym piecu, jednak postanowił, że wytrwa. Po kolejnej godzinie czy dwóch głód ustał a pragnienie jednak nie. Poprzedniego dnia padał śnieg i gdzieniegdzie leżały całkiem duże kupy białego puchu. Zjadł trochę wzorem wędrowców z północy. Po chwili było jeszcze gorzej. Ogarnęły go nudności, więc przestraszony schował się w krzakach i tam długo wymiotował. Powrót do domu był przesądzony. Kiedy w końcu tam trafił było już ciemno. Nie słyszał, co mówiła matka. Było coś o tym, że jutro albo tuż, tuż wigilia, a on niczego nie umie uszanować, nawet jej ciężkiej pracy. Widział jej łzy i uśmiech tatusia, który z rozbawieniem oglądał całą scenę. Zrozumiał że ma iść umyć się i pójść spać. Nigdy więcej nie uciekał z domu. Ból, głód i strach to wielcy nauczyciele.

 

 

Photo credit: Foter.com

Tatuś – 4

Grzeczni chłopcy słuchają rodziców a on był grzecznym chłopcem. Szaleństwo ogarnęło wszystkich i każdy chodził na przerwie z torebką oranżady w proszku. Oblizywało się palec i taki mokry wkładało do torebki. Proszek przyklejał się do palca i można go było oblizać czując w buzi słodkokwaśny musujący smak oranżady. Wszyscy mieli żółte języki ale nie on. Matka wytłumaczyła mu, że oranżada w proszku jest niezdrowa, a takie jej jedzenie jest niehigieniczne, więc nie jadł oranżady i tylko on miał inny język. Po latach, kiedy miał własne pieniądze i przestał słuchać matki, poszedł do sklepu i zapytał:

  • Czy jest oranżada w proszku – to jeden z najradośniejszych momentów w jego życiu, kupuje oranżadę w proszku. Robi to, co chce i chociaż narobi dużo głupstw, wie, że żyje.

  • Jest – mówi znudzona, lekko obrażona ekspedientka.

  • Poproszę.

  • Ile? I sięga na półkę.

  • Wszystko. Wykłada na ladę chyba ze sto torebek.

  • Może dać panu reklamówkę?

Wraca do domu, wygodnie sadowi się na swoim krześle i oddziera brzeg torebki. Oblizuje palec i mokry wkłada do środka. Kryształki oranżady przyklejają się do palca. Ostrożnie wkłada do ust i smakuje… Oranżada w proszku smakuje jak ma się dwanaście lat, później już nie. Wyrzucił cały kupiony zapas.

Tatuś nie lubił jego królika (Oryctolagnis cuniculus). Związki człowieka z królikiem można prześledzić od czasów biblijnych. Księgi Kapłańska i Powtórzonego Prawa wymieniają królika jako zwierzę nieczyste. Feniccy żeglarze natknęli się na króliki na półwyspie Iberyjskim i omyłkowo biorąc je za góralki nazwali je i-shepan-ham. Błędnie użyta fenicka nazwa królika stała się podstawą dla łacińskiej nazwy prowincji rzymskiej – Hispanii. Starożytny geograf Strabon napisał w 3 tomie swojego dzieła Geographica hypomnemata określił Hiszpanię jako „krainę królików”. Pliniusz Starszy w swej Historia naturae pisze o pladze królików na Balearach oraz o zniszczeniach w umocnieniach miasta Tarragona dokonanych przez króliki kopiące swoje nory w wałach miasta. Mięso królików było na tyle lubiane przez Rzymian, że introdukowali oni króliki na terenie całego Imperium Rzymskiego. Dobór sztuczny królików rozpoczął się w średniowieczu we francuskich klasztorach. Mnisi byli zainteresowani królikami, ponieważ uważali nowo narodzone zwierzęta jak też królicze płody za zwierzęta wodne, których mięso mogło być spożywane w czasie Wielkiego Postu. Początkowo dobór był ukierunkowany na wielkość i łagodność zwierząt. W XVI pojawiły się pierwsze rasy kolorowe. Jednym z pierwszych przykładów królików hodowanych dla ich futra przedstawia obraz Hansa Hoffmanna Hare z 1587. W 1700 istniało już 7 ras kolorowych. W XIX wieku, kiedy pojawiło się powszechne upodobanie zwierząt, miłośnicy królików rozpoczęli pokazy królików w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych. Tworzono i modyfikowano rasy dla potrzeb widowisk, odchodząc od ras, które były stworzone w celu dostarczania pokarmu, futra lub wełny. Pojawienie się królików, jako zwierząt trzymanych w domach rozpoczęło się w Epoce wiktoriańskiej. Udomowione króliki stawały się popularne jako zwierzęta pokazowe i maskotki.1

Kiedy królik po raz kolejny przegryzł kabel, tatuś rzucił królikiem o ścianę, kazał matce ugotować go i on musiał go zjeść przyprawionego w warzywach. Mimo pewnego niesmaku, związanego z tym, że królik był niedosolony, zjadł go do ostatniego kawałka.

Ryż preparowany to było coś niezwykłego. Kupowało się to w wypchanych przezroczystych torbach i jadło garściami. Ziarna były podłużne, lekkie i suche, przez co przyklejały się do podniebienia. Wszystkie dzieci jadły ryż preparowany. Ale on nie, ponieważ matka powiedziała, że to jest niezdrowe, a dzieci muszą być karmione tym, co zdrowe, żeby dobrze się rozwijały. Kiedyś, jak nikt nie patrzył wyjął z kosza na śmieci opakowanie, w którym ktoś nieuważny porzucił kilka ziaren ryżu. Zjadł je ukradkiem.

1Wykorzystano artykuł z Wikipedia.pl, 18.07.09

 

 

Photo credit: Foter.com

Tatuś – 3

Pierwszy raz w życiu został sam z ojcem kiedy miał trzy lata. To były dni pełna napięcia. Matka miała urodzić dziecko. Przygotowania były w pełnym toku, brał w nich aktywny udział. Gdzieś widział dziecko w koronie i dla tego dziecka, które miało pojawić się w rodzinie, szykował papierowe korony. Matka miała pojechać do szpitala, urodzić to dziecko. Nie bardzo wiedział na czym to polega, ale rozumiał, że dziecko wyjdzie z brzucha mamy. Jak, tego nie mógł się dowiedzieć. Słowo „szpital” nie było dobre, nie wiedział, czy się bać czy nie trzeba. Pewnego dnia matki nie było. Chyba pojechała, bo mieszkali wtedy za miastem. Został z ojcem. Nie zapamiętał z tego okresu nic poza jednym epizodem, a właściwie sceną bez początku i końca. Szedł drogą z ojcem, chociaż ojciec szedł dziwnie zataczając się i przystając. Musiało być lato, bo na polu stało dojrzałe żyto. W pewnym momencie tej wędrówki ojciec niebezpiecznie zbliżył się do krawędzi drogi, potknął o kępę trawy i zniknął. Był trochę zdziwiony, dlaczego ojciec zniknął, więc postanowił go poszukać. Wydawało mu się, że ostatni ruch ojca to był krok w kierunku zboża. Rozchylił kłosy, zrobił jeden, dwa kroki i zobaczył ojca leżącego na wznak. Lekko chrapał. Przyglądał się przez chwilę i wrócił na drogę. Stał lub kucał i czekał, aż ojciec się obudzi. Wiedział, że ojcu nie należy przerywać snu. Wiedział, że nie może usiąść, żeby nie zabrudzić ubranka. I rzeczywiście, po jakimś czasie dały się słyszeć szelest, kaszlnięcie, odgłosy ruchu i po chwili spośród kłosów wychyliła się głowa ojca. Miał potargane włosy, z trudem wstał, rozejrzał się dokoła. Wszystko było dobre, otrzepał ubranie, energicznie poprawił fryzurę i poszli.

Kajtek okazał się niegrzecznym kundlem. Mały piesek, który ciągle ujadał, podskakując w miejscu przy każdym szczeknięciu. Ktoś kiedyś obciął mu ogon, więc zawzięcie i energicznie machał kikutem, jak był zadowolony. Jego czarna sierść lśniła i była śliska w dotyku. Miał duże czarne oczy i gorący język, kiedy lizał po twarzy. Ulubioną zabawą Kajtka były pozorowane walki. On przewracał Kajtka na plecy i szarpał na wszystkie strony, a Kajtek warczał, kopał, gryzł. A po zabawie sapał zmęczony i uśmiechał się. Wtedy był czas na głaskanie, przytulanie. Kajtek popełnił zbrodnię i właściwie nie wiadomo, jak tego dokonał. Zjadł cały garnek bigosu, chociaż w takim małym psie nie mógł pomieścić się duży garnek bigosu. Pomieścił się. Mało tego, garnek był wylizany do czysta. Tatuś kazał wyrzucić Kajtka z domu.

Wieczorem matka poszła z nim i Kajtkiem do parku. Kiedy nie było przechodniów matka przywiązała smycz do ławki, wyłożyła Kajtkowi jedzenie i cicho powiedziała „Choć, Wojtusiu, on tutaj zostanie, aż ktoś go znajdzie i zabierze do domu.” Pociągnęła go za rękę i poszli. Milczał całą drogę. Zdradził Kajtka. W domu tak długo prosił tatusia o zgodę na powrót Kajtka, że ten w końcu zgodził się, ale nie dlatego, że zrobiło mu się żal Kajtka, ale że Wojtuś tak ładnie prosił. Tatuś wypowiedział swoje „Tak” z szerokim uśmiechem władcy, cezara, który daruje życie pokonanemu gladiatorowi w zgiełku wiwatującego tłumu. Poszli więc z matką do parku, gdzie przy ławce siedział Kajtek i grzecznie czekał. Ucieszył się bardzo, jego całe ciało od kikuta ogona poczynając wytańcowywało radość. Język lizał Wojtusia po policzku z nadzwyczajną szybkością. Wrócili do domu razem, ale mimo licznych przygód i radosnych chwil Wojtuś nigdy nie pozbył się dręczącego niepokoju, czy Kajtek wie o jego zdradzie.

Chyba po trzeciej klasie wyjechał na kolonie. Pomysł od początku nie wzbudzał jego entuzjazmu. Nie rozumiał, co to jest „kolonie”. Nie rozumiał pakowania się i zabierania różnych rzeczy ze sobą gdzieś, gdzie miał być z innymi dziećmi. Po przyjeździe na miejsce wstydził się otworzyć walizkę przy innych chłopcach w pokoju. Walizka była zielona, z żyłkowaną fakturą pokrywy, z ciemnymi okuciami na rogach. Inni mieli podobne, ale jemu wydało się, że jego walizka jest jakaś inna. A kiedy już musiał rozpakować się, to jego mydelniczka okazała się przedmiotem szczególnie wstydliwym i przez cały pobyt ukrywał ją, owijając w ręcznik. W mydelniczce trzymał rozmoknięte mydło i ciągle myślał jak je ukryć przed innymi.

Jedną z atrakcji kolonijnych były wycieczki z grupą do miasteczka, które, jak się później okazało było małą satelitarną mieściną w pobliżu jego miasta. Był tam kiosk z cukierkami i sklepik z napojami. Tam też kupowało się widokówki, które trzeba było wysyłać do rodziców. Nie wiedział, co ma napisać i wysyłał kartki ze swoim imieniem napisanym na samym środku miejsca do korespondencji. Pani nie była zadowolona, ale tylko wzruszała ramionami i mówiła, żeby w końcu wrzucił tę kartkę do skrzynki pocztowej, chociaż to jest bez sensu. Wpychał więc ten kartonik z niezrozumiałym zdjęciem jakiejś nieznanej budowli dbając, żeby nie włożyć palców w szczelinę skrzynki, bo bał się, że go coś wciągnie całego do środka. Pewnego dnia odłączył się od grupy i poszedł do domu. Uciekł z kolonii!

Drzwi otworzył mu tatuś. Kazał mu stać w przedpokoju do powrotu matki z pracy. „Niech twoja matka zdecyduje, co z tobą zrobić.” Stał i czekał, a tatuś siedział przy oknie w kuchni i ani razu na niego nie spojrzał. Chciało mu się jeść, pić, usiąść i przestać się bać. Tego samego dnia odwieźli go na kolonie, a pani do końca turnusu nie wybaczyła mu jego wybryku.

 

Photo credit: Foter.com

Tatuś – 2

Do szkoły chodził coraz chętniej, chociaż na lekcjach nudził się. W końcu został prymusem. Odnajdował różne tajemnice tego budynku. Jednym z miejsc, które chętnie odwiedzał, był strych z jego misterną konstrukcją więźby dachowej. Zimą na strychu było bardzo zimno, za to latem – bardzo gorąco. Pachniało wówczas rozgrzanym drewnem. Przez maleńkie okienka wpadało trochę światła. Strych był porządnie uprzątnięty ale na środku leżała spora kupa piachu. Nigdy nie dowiedział się dlaczego na strychu leży piach.

Później dostał pod opiekę magazyn pomocy biologicznych. To był raj. Spędzał tam każdą przerwę, oglądał różne plansze, makiety, słoje z preparatami i odstawiał je na miejsce. Nie pamiętał skąd pojawiło się nieduże akwarium i wpuścił do niego ryby. Wielkopłetw wspaniały (Macropodus opercularis) z rodziny guramiowatych jest naprawdę wspaniały. Należy do ryb labiryntowych, oddychających powietrzem atmosferycznym, pobieranym znad powierzchni wody. Jeżeli rybie labiryntowej odetnie się dostęp do powietrza, ginie uduszona. Jeżeli natomiast wyjmie się ją z wody i zabezpieczy przed wyschnięciem skóry, przeżyje kilka godzin, na przykład – czas transportu. Wielkopłetw buduje gniazdo z piany, jaką wytwarza z własnej śliny. Pilnuje gniazda, opiekuje się ikrą i potomstwem. Wielkopłetwy sprowadzono do europejskich akwariów w 1869 roku. Wtedy, w szkole ryby nie rozmnażały się. Było fascynujące stać blisko szyby i oglądać majestatyczną rybę unoszącą się w bezruchu pod powierzchnią wody.

Do magazynu przychodziła dziewczynka. Była mała i śliczna. Była córką jednej z nauczycielek, pani Białek. Miała na imię Kasia i nie wiedzieć czemu spędzała z nim cały wolny czas. Niekiedy przychodziła jej mama. Nie robili niczego ważnego, a przynajmniej niczego nie zapamiętał poza jej obecnością.

Przeczuwał istnienie wielkiego świata, ale jego własny był bardzo mały. Ograniczał się do jego ulicy, drogi do szkoły, co zamykało się w jednym kwartale. Wyjście dalej, to był park ze stawem. To była wyprawa, ponieważ musiał dwukrotnie przejść przez jezdnię, a matka upominała, że to jest niebezpieczne. Czasem chodził do parku bez wiedzy matki. Nie żeby się bał jej reakcji, ale nie chciał jej martwić.

Pewnego razu tam, na ulicy zobaczył swego ojca. Ojciec uderzył człowieka. Kopnął go. Człowiek upadł. Wszystko stało się tak szybko, że zanim zrozumiał, co się dzieje, po drugiej stronie ulicy, na drugim planie, zobaczył mamę Kasi. Przyglądała się przez chwilę scenie a później długo patrzyła prosto w jego oczy. Mama Kasi znała jego ojca, który teraz na tej ulicy jeszcze raz kopnął leżącego i poszedł sobie, nie zauważając go. Mama Kasi też poszła w swoją stronę. Człowiek na chodniku podniósł się po chwili i lekko zataczając się skręcił w najbliższą bramę. Gapie rozeszli się i na ulicy było znów prawie zwyczajnie. Zawsze, jak tędy przechodził, zastanawiał się, czy przechodnie pamiętają, co zrobił jego ojciec. Poszedł do parku i kiedy pochylał się, łzy cicho pluskały wpadając do wody. Mama Kasi nigdy nic nie powiedziała o jego ojcu i zdarzeniu na ulicy, nie zabroniła Kasi dalej przychodzić do jego magazynku, za co był jej bardzo wdzięczny.

W szkole było coraz piękniej. Ogródek szkolny należał do miejsc szczególnych ze względu na niewielki basen wypełniony starą, krystalicznie czystą wodą. Na dnie basenu rozkładały się liście wierzby płaczącej (Salix sepulcralis), która tworzyła cienisty parasol nad całym zbiornikiem. W wodzie rósł las moczarki (Elodea canadensis), a jak się posiedziało w bezruchu jakiś czas, to można było zobaczyć traszki grzebieniaste (Tritarus cristatus), które tam mieszkały. Z traszkami zdarzyła się jeszcze jedna przygoda. Okazało się, że niedaleko jest jeszcze większy i ładniejszy park z małą sadzawką. Właśnie tam mieszkały traszki (Tritarus vulgaris). Te piękne zwierzęta są bezbronne wobec człowieka. W wodzie i na lądzie poruszają się dość wolno. Złapał dwie i przyniósł do domu i wpuścił do wcześniej przygotowanego akwarium. Cały wieczór przyglądał się im, chociaż one siedziały przerażone w kącie i nie ruszały się. W nocy zniknęły.

Matka troszczyła się o dom. Zapamiętał ją jako wiecznie zmęczoną, zafrasowaną kobietę dźwigającą siatki pełne zakupów. Starała się urozmaicić jedzenie, chociaż na ogół każda potrawa była gotowana na dwa lub trzy dni. Niekiedy pojawiało się coś niezwykłego do jedzenia. Tak było z flakami. Matka przyniosła do domu wielki płat czegoś szarobiałego, pokrytego jakby mchem, co wyglądało jak stara duża zepsuta piłka. To były właśnie flaki. Matka mówiła, że gotowanie flaków to żmudna procedura, ponieważ muszą być myte, wielokrotnie gotowane, potem pocięte w zgrabne paseczki i dopiero ugotowane jeszcze raz i przyprawione. Myła je więc i chyba nawet raz zagotowała. Przerwała pracą nad nimi kiedy przyszedł ojciec, musiała gdzieś wyjść i zabrała dzieci ze sobą, bo przeczuwała, że ojciec może być zły.

Wrócili po jakimś czasie. Dom był pusty. Odetchnęła z ulgą i poszła do kuchni. Po chwili zawołała dzieci i oświadczyła ze zdumieniem i grozą, że flaki zniknęły. Nie zastanawiając się nad irracjonalnością polecenia zarządziła poszukiwanie flaków w całym domu. Znalazły się, a właściwie znalazła się ich odrobina, co pozwoliło domyślać się, co stało się zresztą. Okazało się, że w muszli klozetowej pływa skrawek poszukiwanych flaków. Po śladach, takich jak pozostawiony na brzegu wanny nóż można było zrekonstruować przebieg wydarzeń. Prawdopodobnie było tak: po ich wyjściu z domu ojciec wyjął cały płat flaków z garnka, poszedł z nim do łazienki i tam mozoląc się ciął go na kawałki i systematycznie spuszczał z wodą do kanalizacji, dbając by nie zapchać rur. Nigdy nie udało się ustalić, dlaczego to zrobił.

Tomek był jednym z tych, którzy przeszli pozytywnie przez weryfikację matki, ale dla niego nie był nigdy zbyt ważny poza jednym wypadkiem, który został w jego pamięci na zawsze. Na podwórku, gdzie mieszkał Tomek prowadzone były prace ziemne, ale po południu robotnicy szli do domu i wykopie pojawiali się oni, poszukiwacze przygód i skarbów. Znalezisko było niebanalne. Kopiąc małymi szpadlami w ścianie wykopu wydobyli księgi. Były to stare księgi zapisane obcym pismem. Niektóre rozlatywały się w ręku nie dając się otworzyć, niektóre poprzerastane było plątaniną korzeni, ale niektóre – dwie lub trzy były w całkiem dobrym stanie. Pewnie niektóre zniszczyli nieumiejętnym obchodzeniem się. Podzielili się łupem i zabrali do domów. Przyniósł do domu woluminy, co było nie lada wyczynem, bo były wielkie i ciężkie. Postanowił odczytać je, ale zadanie okazało się za trudne. Zapamiętał równe wiersze zblakłego atramentu na pożółkłych kartach. Na jakiś czas stracił entuzjazm do pracy wobec niedającej rozwiązać się zagadki i zapomniał o swoim skarbie. Kiedyś chciał do nich wrócić, ale nie mógł znaleźć ksiąg. Matka powiedziała mu, że wyrzuciła je, ponieważ zagracały mieszkanie. Później rozpoznał to pismo przypadkiem. Oglądał w muzeum stare hebrajskie druki i przypomniał sobie księgi z dzieciństwa. To było to samo pismo.

Photo credit: Foter.com

Tatuś – 1

Przeprowadzili się niedawno. Miasto to betonowy, szary labirynt wąwozów zrobionych z dziupli poukładanych jedna na drugiej. Początkowo mylił się i skręcał nie w tą bramę, co należy i kiedy, nie rozpoznawał oczekiwanych szczegółów, wpadał w panikę. Wybiegał na ulicę, patrzył na numer domu. Zrozumienie błędu przynosiło mu chwilową ulgę. Mógł podjąć ponowną próbę odnalezienia drogi do domu. Z czasem nauczył się bać się wchodzenia do każdej obcej bramy. A kiedy musiał już wejść, zawsze wstrzymywał oddech i raczej skradał się niż wchodził. Zawsze.
Brama kamienicy jest tajemnicza. Tunel prowadzący do jednej lub wielu klatek schodowych. Ciemna, brudna, pusta, choć czasem w kącie stoi sikający pijak. Czasem coś się poruszy, może szczur, może kot. Należy przez nią przejść i wejść na klatkę schodową, Ale to nie takie proste. Brama potrafi zatrzymać człowieka na wiele lat.
Staw w pobliskim parku był odkryciem. Kucał na brzegu, patrzył na małe rybki uwijające się przy dnie. Cierniki (Gasterosteus aculeatus) potrafią pływać do tyłu. Niektóre ryby, jak na przykład pielęgnice też potrafią pływać do tyłu, większość ryb – nie. Cierniki są bardzo rezolutne w obronie własnego terytorium a w okresie godowym samce przybierają przepiękne kolory. Brzuszek staje się czerwony, grzbiet opalizująco zielony. Samice są smutno szare. Przychodził przy każdej okazji i oglądał wybraną rybkę. Dowiedział się, że cierniki są blisko spokrewnione z konikami morskimi Hippocampus i Phyllopteryx tworząc razem rząd ciernikokształtnych (Gasterosteidae). Miał pewność, że ona jest oswojona i go lubi. Któregoś dnia zniknęła, ale on i tak przychodził, czekał. Cierniki poza okresem godowym nie zajmują stałych terytoriów. Kiedy młode rozpływają się w toni wodnej samiec porzuca terytorium, traci barwy i intensywnie poszukuje pożywienia, ponieważ głodował w czasie opieki nad gniazdem. Nad stawem spieszył się patrzeć, bo wiedział, że za chwilę zawoła go matka zniecierpliwiona tym, że gapi się w wodę zamiast bawić się: “Synku, Wojtusiu, kochanie.” Nie rozumiał, jak ma się bawić, wstydził się kiedy wołała na niego “Wojtusiu”. A ryby były takie piękne kiedy wpływały w zarośla mchu wodnego (Fontinalis sp.) w swoich tajemniczych sprawach.
Pod koniec lata poszedł do szkoły. Gromada obcych dzieci, stanie na czarnym dziedzińcu szkoły wysypanym ubitą szlaką w czasie długotrwałej uroczystości rozpoczęcia nauki. To był paskudny dzień. W dusznym gorącu nie poruszał się ani jeden listek na kasztanach (Aesculus hippocastanum L.) stojących za betonowym płotem. Bał się, że upadnie, kręciło mu się w głowie, zbierało na wymioty. Nie słyszał, co mówią obcy ludzie i nie rozumiał, czego od niego chcą. Zerkał na matkę, widział jej łzy i był przekonany, że zaraz zrobią z nim coś strasznego.
– Synku, pięknie wyglądałeś w nowym garniturku, bardzo się wzruszyłam – mówiła później. Domyślił się, że płakała, bo była z niego zadowolona. Matka często płakała.
Była zadowolona przez następne lata, kiedy zakładał garniturek i szedł do szkoły. Garniturek do kompletu miał białe koszule, codziennie zmieniane i granatową aksamitkę wiązaną w luźną kokardkę. Tylko on tak chodził ubrany do szkoły, co dla matki było nieustającym powodem do dumy. On odczuwał to zgoła inaczej, zwłaszcza po spotkaniach z chłopakami ze starszych klas. Bolało, ale najbardziej bolała odmienność od wszystkich innych uczniów. Powoli ich poznawał i poznawała ich jego matka. O niektórych mówiła źle i tych miał unikać. W końcu zostało trzech, a inni nie przeszli kwalifikacji. Najgorszy był Wiesiek, bo miał brata chuligana, który w końcu poszedł do więzienia. Z Wieśkiem spotykał się po kryjomu, ale matka prawie zawsze to odkryła i płakała. On umierał wtedy i obiecywał, że nigdy się z nim nie spotka. Ale to było później, w starszych klasach.
Kierownik był miłym starszym panem. Miał siwe wąsy i zawsze w ręku nosił pęk kluczy. Te klucze były trochę tajemnicze i trochę straszne. Uczył kaligrafii i może czegoś jeszcze. Z czasem patrzył na niego z coraz większym smutkiem. Ostatni raz spotkał go, kiedy był już gdzie indziej.
Dzień dobry, Panie Kierowniku – przez chwilę spojrzenie pełne pytania, przypomnienie i pełne radości i zaraz – troski, spojrzenie.
Co pan porabia? – uważny wzrok Kierownika trochę go speszył. Powiedział do niego „pan”. Zauważył to natychmiast, nabrał głębiej powietrza, wyprostował się.
Studiuję.
A to dobrze, bardzo dobrze – powiedział i poszedł sobie, lekko przygarbiony, jeszcze starszy pan z siwymi wąsami. To było w delikatesach.
Największym szczęściem była pani wychowawczyni – była piękna. Zapamiętał ją, jak wchodzi do klasy w jasnej powiewnej sukience w kwiaty. Jest wiosenny dzień i boczne promienie przedpołudniowego słońca wydobywają z tła czarnej tablicy jej sylwetkę. Sukienka jest niebieska prawie jak jej oczy. Ktoś otworzył drzwi i jej sukienka powiewa w przeciągu. Ma jasne, wysoko upięte włosy ale wymykające się kosmyki żyją własnym życiem. Wiją się za uchem, nad czołem, na szyi. Patrzył na jej odsłonięte ucho i delikatną, smukłą szyję. Nad obojczykiem dostrzega delikatne pulsowanie. Wówczas ogarnął go niezwykły smutek, trochę podobny do tego, który odczuwał zaglądając w niedostępny świat ryb w stawie, ale o wiele silniejszy. Nie znosił jak go chwaliła, bo mówiła do niego jakby niczego nie rozumiał. Przykre, nie do zniesienia były chwile, kiedy rozmawiała z jego matką i mówiły o nim, jakby go nie było. Ale zawsze patrzył. Pani odeszła po dwóch a może trzech latach nauki. Nowa pani była zupełnie inna.
Szkoła mieściła się w ponurej dzielnicy, w której mieszkał. Było niedaleko i nie musiał przechodzić przez jezdnię, więc od pierwszego dnia chodził do niej sam i sam wracał do domu. Droga do szkoły była dłuższa i smutniejsza niż powrotna. Powoli, wraz z upływem czasu nastąpiła zmiana i nawet chętnie zostawał po lekcjach odwlekając powrót. Dość często wracał do domu z matką. Miała zwyczaj przychodzić pod koniec dnia nauki, dowiadywała się o postępy syna i zabierała go. Chciała trzymać go za rękę, czego bardzo wstydził się, więc wymyślał różne preteksty, żeby się uwolnić i wstydził się jeszcze bardziej, bo wiedział, że ona wie, że to preteksty. Robił to jednak dalej, bo wiedział, że prowadzenie za rękę dotyczy dzieci a on wstydził się być dzieckiem.
Matka wypytywała go, co działo się w szkole, a on opowiadał bardzo dokładnie i wstydził się tego opowiadania. Razem wracali ze szkoły i szli do przedszkola po młodszego brata Marka, mijając po drodze dom. Najchętniej poszedłby do domu, bo wstydził się chodzić po ulicy z matką i bratem. Ale droga powrotna była już do wytrzymania, bo nie próbowała trzymać go za rękę zajęta młodszym synem. Mógł iść trochę z boku i udawać, że idzie osobno.
Przed przeprowadzką mieszkali pod miastem. To było ładne miejsce. Tam też był staw, ale ryby były bardziej dzikie albo inne, albo jeszcze nie patrzył w wodę. Tam było wielkie drzewo, jak później ustalił, dąb (Quercus robur). A w dębie, wysoko, prawie u nasady wzniosłej, szeroko rozgałęzionej korony, była dziupla. Konary wijące się powyżej niej były grube, pogięte w sposób znamionujący wielką siłę ale i jakby wielkie wysilenie, graniczące z cierpieniem. Dziupla była wielka, ciemna. Niczego w niej nie widział a mogło być wszystko. Patrzył w tę dziuplę i tracił poczucie czasu. Stał zaczarowany i przeżywał grozę patrzenia. Nie wymyślał niczego, nie fantazjował na temat zawartości dziury. Patrzył w jej mrok i doświadczał potęgi tajemnicy. Kiedy patrzył w dziuplę właściwie nie myślał. Cały był patrzeniem i doznawaniem tego nieogarnionego niewiadomego, które obejmowało go we władanie niepodzielnie. Przy każdej sposobności wymykał się, żeby patrzeć i doznawać powolnego połknięcia przez tajemnicę. Nikomu o tym nie mówił, bo nie umiałby opowiedzieć, czego doświadcza. Nie mówił również dlatego, że miał niejasne przeczucie, że robi coś złego. To wkrótce potwierdziło się. Matka odkryła, gdzie znika, co nie było znowu takie trudne, bo dąb stał na skraju lasu i widać go było z okna mieszkania. Matka wychodziła przed dom i wołała go, a on nie słyszał. Szła po niego, lekko go trącała a on odwracał na nią niewidome oczy i dopiero po chwili rozpoznawał ją. Ponieważ ta scena powtarzała się, matka była coraz bardziej zniecierpliwiona i zachowywała się coraz bardziej zdecydowanie. Trącała go coraz mocniej, wypowiadała skargi w rodzaju „Co ja mam z tym chłopakiem?” lub „ Nie możesz być jak inne dzieci?” Było mu bardzo smutno, że sprawia mamie przykrość. Czasem nawet próbował być jak inne dzieci. Obok mieszkały rodziny z dziećmi. One bawiły się razem i nieraz podchodził do nich i może bawiłby się z nimi, ale dzieci bawiły się w błocie, w piasku, w wodzie nad stawem. Brudziły ręce, brudziły twarze i ubrania. On wiedział, że nie wolno brudzić rąk, więc nie mógł się z nimi bawić. Stał i patrzył się na ich zabawy a matka chwaliła go, że przyszedł do domu taki czyściutki, nie tak, jak tamte kocmołuchy. Nigdy nie jadł niczego rękoma, nauczył się bardzo sprawnie posługiwać się sztućcami, czym nieraz zadziwiał otoczenie. Kiedyś, po latach, jakiś przygodny lekko podpity klient w jakimś przygodnym barze długo obserwował z narastającym obrzydzeniem, jak jadł kurczaka i w końcu powiedział „Kończ pan tę preparację”.
Dąb był utrapieniem matki ale i jego. Musiał pójść patrzeć w dziuplę, a matka ciągle musiała go stamtąd odprowadzać. Wymyślił bardzo sprytne rozwiązanie kłopotu. Siedział w domu i patrzył na drzewo z daleka. Znał jego każdy szczegół, mógł więc wyobrażać sobie dziuplę i być tam, a matka nie denerwowała się. Jednak po pewnym czasie zaniepokoiło ją, dlaczego tak ciągle siedzi w oknie i znowu było niedobrze. Czasem zapominał o dziupli i wtedy matka była zadowolona. Ale nigdy nie mogła być całkiem spokojna, bo do niej wracał. Cały las przesiąkał tajemnicą dziupli. Trwało to dwa lata. Przeprowadzka zamknęła sprawę. Przez czas nauki w różnych szkołach i inne zajęcia nie był w lesie, zapomniał o nim, aż kiedyś pojechał na wycieczkę, do zupełnie innego lasu. Spacerował długo, zmęczony przysiadł na zwalonym pniu i poczuł to. Jakby z głębi mroku między konarami drzew coś było i patrzyło na niego uporczywie. Odnalazł tajemnicę i odtąd zawsze, kiedy wchodził do lasu czekał, aż ją poczuje tak, jak wtedy, kiedy stał nieruchomo i patrzył w ciemność dziupli.
Ojciec przychodził później albo bardzo późno. Jak przychodził prosto z pracy, mogło być dobrze albo strasznie, jak przychodził bardzo późno – było strasznie. Ale mógł wrócić wcześniej i wtedy trzeba było szybko zorientować się, czy będzie dobrze. Jak mogło być dobrze, należało się radośnie przywitać, żeby nie zrobiło się źle. Jak było źle, trzeba było zachować czujność i szybko zorientować się, co robić.
Wtedy latem przed pierwszym pójściem do szkoły ojciec już był w domu. Było źle, bardzo źle. Coś powiedział do matki, a ona krzyknęła. Powiedział, że najpierw potłucze i połamie wszystko, a później ją zabije. Zaczął wyjmować talerze i rzucać nimi o podłogę. Skorupy rozsypywały się po całej kuchni. Chodził po nich, z trzaskiem pękały na mniejsze. Dzieci uciekły do pokoju. Starszy słuchał kolejnych odgłosów i w momentach ciszy wyobrażał sobie, że teraz tatuś zabija mamusię, jak obiecał, chociaż nie wiedział, co sobie wyobrażać. Z ulgą wsłuchiwał się w huk kolejnych niszczonych przedmiotów. Jeszcze nie teraz. Wszedł do kuchni.
Podłoga zasłana była grubą warstwą kawałków potłuczonych talerzy, misek, szklanek, kubków. Kredens miał urwane, dyndające na jednym zawiasie drzwiczki. Matka stała z opuszczonymi rękoma a po jej policzkach ciekły łzy. Ojciec siłował się z jakimś przedmiotem, a ponieważ nie szło mu, rzucił nim z rozmachem o podłogę. Na wszystkie strony prysnęły kawałki potłuczonych wcześniej naczyń. Wówczas stanął przed nim i powoli opadł na kolana. Czuł, jak szkło kaleczy go, przecina skórę. Powiedział:
Tatusiu, nie zabijaj mamusi.
I stał się cud. Ojciec przestał. Ojciec wzruszył się. Ojciec pogłaskał go uspokajająco po głowie, przytulił jego głowę niezręcznie do uda.
Dobrze – zabrzmiało czule. Odwrócił się i wyszedł.
W milczeniu zabrali się z matką do mozolnego sprzątania. Przez cały czas pracowali nie odzywając się do siebie. Później też nigdy nie mówili o tym. Kilka miesięcy był spokój.
Pierwsze podwórko otoczone było murem. Po przejściu przez bramę miało się po prawej stronie oficynę, równie wysoką jak ta frontowa i poprzeczna w głębi. Po lewej stronie do wysokiego muru przyklejona była mała jednopiętrowa chałupka z drewnianymi schodami prowadzącymi na piętro. Dalej przechodziło się przez bramę w oficynie poprzecznej i roztaczał się rozległy widok na drugie podwórko. Po prawej stały komórki, po lewej – nic, może siatka, a za nią sąsiedzi uprawiali warzywa. Płaszczyzna podwórka wybetonowana była trylinką – sześcioboczną kostką o średnicy około czterdziestu centymetrów. Ktoś pokazał mu, że w komórkach obok zwykłych prywatnych składzików na rzeczy zbędne znajdują się kible. Zwykłe kible z dziurami, na których można usiąść. Zajrzał do dziury i po chwili, jak wzrok przyzwyczaił się do mroku, zobaczył białe, mniej więcej dwucentymetrowe wijące się na mazi rozkładającego się gówna, robaki. Wyszedł stamtąd szybko.
Na pierwszym piętrze poprzecznej oficyny ktoś głośno krzyczał. Po chwili dołączył kobiecy głos. Coś huknęło. O szybę uderzył talerz. Rozlany rosół spływał po szybie, ale niektóre nitki makaronu pozostały, przyklejone. Patrzył na ten makaron, zsuwający się robakowatym ruchem.

 

Photo credit: Foter.com

Wyłączyć tryb ofiary

Jest takie powiedzenie, jeśli wszędzie gdzie pójdziesz, śmierdzi kupą, zajrzyj w podeszwę. Podobnie i z byciem ofiarą. …

Otoczenie fizyczne a moje życie – miejskie migawki z „kosmitami” w rolach głównych

Po raz pierwszy na otaczającą mnie przestrzeń zwróciłam uwagę jadąc autobusem. Zawsze siedziałam (taki ze mnie cham!), …

Palenie wbrew wszystkiemu

Swojego pierwszego papierosa zapaliłem w gimnazjum, zarzuconego podczas picia piwa w parku. Po pierwsze – robię coś …