Blog

Aktualności, artykuły, opowiadania, bajki i inne twory literackie powiązane z tematyką psychologii

Otoczenie fizyczne a moje życie – miejskie migawki z „kosmitami” w rolach głównych

Po raz pierwszy na otaczającą mnie przestrzeń zwróciłam uwagę jadąc autobusem. Zawsze siedziałam (taki ze mnie cham!), aż tu pewnego razu nie było wolnego miejsca. W autobusie skwar niczym w piekarniku – gorący lipcowy dzień 2012 roku, godziny tzw. popołudniowego szczytu. Wsiadłam i wstrzymałam oddech (na ile to możliwe). Nagle na wysokości mojego wzroku mignęła jedna ruina, za chwilę ukazała się następna, i kolejna, i kolejna… I to wszystko w mieście, które ominęły wojenne zniszczenia – więc skąd te ruiny? Zresztą wojna skończyła się ponad pół wieku temu…

Wówczas, tego upalnego lipcowego dnia w dusznym, zatłoczonym autobusie dobitnie uświadomiłam sobie, jak bardzo otoczenie fizyczne wokół mnie wpływ na moje życie; jak bardzo przestrzeń – zrujnowana, zaniedbana, śmierdząca i brudna – w której się na co dzień poruszam wpływa nie tylko na moje samopoczucie, ale także na moje relacje z innymi ludźmi, w domu, w pracy czy na ulicy.

Teraz z perspektywy pięciu lat oraz przeprowadzki z Łodzi do Poznania zrodziły się w mojej głowie pytania: Dlaczego w Poznaniu ustępowanie miejsca starszym czy chorym postrzegam jako naturalny odruch ludzkiej życzliwości i czynię to z ochotą, a w Łodzi – nie? Dlaczego w Poznaniu idąc ulicą w tłumie mieszkańców i turystów z nikim się nie zderzam; nikt mnie nie potrąca, ani ja na nikogo nie wpadam? I dlaczego w Łodzi, gdy szłam niemal pustą ulicą musiałam niemal zderzyć się z kimś nadchodzącym z naprzeciwka, by ostatecznie się wyminąć? (Być może dlatego, że chodnik był krzywy i zbyt wąski, do tego przynajmniej w połowie zastawiony przez zaparkowane samochody – w odróżnieniu od Poznania.)

To wszystko dlatego, że w Poznaniu przestrzeń i ludzie, których doświadczam są bardziej „dla ludzi”, tzn. bardziej przyjaźni w odbiorze niż w Łodzi. – Czy w Poznaniu nie ma w ogóle ruin? Są, ale stanowią znikomy procent zabudowy, zwłaszcza w centrum (poza centrum praktycznie niespotykane). Czy w Poznaniu nie ma żuli, meneli? – Są, ale stanowią znikomy procent populacji. I tak można by wymieniać pewnie jeszcze długo. Rzecz w tym, że nie jest konieczny absolutny brak pewnych niepożądanych zjawisk czy sytuacji, aby mówić o przyjaznej dla człowieka przestrzeni. Chodzi o skalę natężenia występowania tych zjawisk; im jest ich mniej, tym lepiej się nam żyje. Czy możliwa jest całkowita ich eliminacja? W Polsce z pewnością nie (z wielu powodów, ale to oddzielny temat), w Europie i świecie – całkowita być może również nie, ale bliska 100%.

Na potwierdzenie kilka obrazów z życia Poznania (pierwszego miasta, w którym mieszkam, choć urodziłam się i przez ponad 30 lat mieszkałam w Łodzi):

OBRAZ 1. Pochmurny, choć niedeszczowy dzień; sobotnie popołudnie. Jadę rowerem przez park nad małą rzeczką. Z oddali pośrodku łąki dostrzegam pod drzewem ludzi siedzących na kocu – piknik. Podjeżdżam bliżej i spostrzegam, że jest to zapewne rodzina, rodzice z kilkuletnią córką. W końcu jestem całkiem blisko i widzę kartkę z napisem: Witaj przechodniu! Mam na imię Zuzia i dziś kończę 8 lat. Zaprosiłam rodziców na piknik. Jeśli masz ochotę, proszę, przyłącz się. Zapraszam! – A na kocu pyszne babcine wypieki oraz owoce. – „No kosmici, normalnie kosmitów spotkałam, takie rzeczy się nie zdarzają” – pomyślałam sobie, odjeżdżając po krótkiej pogawędce i pysznym poczęstunku.

OBRAZ 2. Bimba (czyt. tramwaj) w popołudniowym szczycie powrotów z pracy; dość przewiewny, jednak upał daje się wszystkim we znaki. Nagle miarowy stukot kół przekrzykuje niemowlak w wózku. Cóż robi matka? Rozmawia przez telefon – niby nic nadzwyczajnego. Ale co ja słyszę?! – „Przepraszam, muszę kończyć, mały znowu się drze; nie wiem, kiedy dojadę.” – I do współpasażerów: – „Bardzo przepraszam, już, już wysiadam. Bardzo Państwa przepraszam za ten krzyk”. I wysiadła. A ja pozostałam ze swoim oniemieniem. – Znowu kosmici?

OBRAZ 3. Ruchliwe duże skrzyżowanie w centrum miasta (przy Moście Teatralnym), z torowiskiem po środku. Nieuważna kierująca wjeżdża na tzw. „zielonej strzałce” pod rozpędzonych rowerzystów, jadących przejazdem rowerowym. Ostre hamowanie obydwu stron; na szczęście nikomu nic się nie stało. Ale cóż to?! Żadnego trąbienia, żadnych klaksonów, żadnych wyzwisk? Uprzejmy przepraszający gest kierującej, na który rowerzyści odpowiedzieli życzliwym uśmiechem? Po chwili każdy pojechał w swoją stronę; ja również, tylko znów miałam przeświadczenie, że takie rzeczy się nie zdarzają…

OBRAZ 4… Nie, nie, dość wystarczy (na początek)! Dla równowagi psychicznej Czytelnika może kiedyś opiszę migawki z Łodzi – tylko nie wiem, czy chcę do tego wracać…

Na koniec przypomnę słowa prezesa TWP START, psychologa Andrzeja Kuśmierczyka (Apel Umarłych Kamienic, 6.10.2012, Piotrkowska 58 – Pomnik Wyburzonej Kamienicy): Na co dzień spotykamy się z obojętnością wobec tego, co dzieje się w naszym mieście – nikogo nie obchodzą krzywe chodniki, kałuże na ulicach po deszczu, nikogo nie obchodzą dziury w asfalcie… Nie bierzemy odpowiedzialności za nasze miasto. A będziemy żyć w takim miejscu, w jaki sposób potrafimy o to miejsce zadbać. To miejsce nie będzie inne, bo nikt za nas tego nie zrobi; my decydujemy o tym, jak ono wygląda.

I postawię pytanie bez odpowiedzi: Jak to jest, że w tej samej Polsce – w Poznaniu (i wielu innych miastach) da się żyć, a w Łodzi nie…? Tej samej, ale nie takiej samej…

Autor:

Dorota Skrobska (Skrobek)

Comments for this post are closed.

Jest w Polsce miasto

Jest w Polsce miasto Ł – Łask, Łomża, Łódź albo Radom, Włocławek, Opoczno albo jeszcze inaczej nazwane, miasto …

Pociąg do władzy

W pociągu relacji miasteczko miasteczko przez miejscowości i wsie jechał chłopiec ze szkoły do domu. Jego bilet był …

Śnieg i mróz

Marzę o śniegu i mrozie. Śniegu może być niewiele i mróz też może być skromniutki, tak z trzy, cztery stopnie. Bo …