Blog

Aktualności, artykuły, opowiadania, bajki i inne twory literackie powiązane z tematyką psychologii

Nasza sobota i niedziela. Córka z tatą…

Tego roku rozpoczęliśmy lato wcześniej niż rozpoczyna się kalendarzowe lato, bo na samym początku czerwca. W piękną sobotę i piękną niedzielę, kiedy pogoda przypomina upał pełni lata, mimo że to dopiero wiosna wybraliśmy się z Olą po zakończonej mojej sobotniej pracy na wycieczkę do Rogowa. Odwiedziliśmy, a właściwie zwiedziliśmy Arboretum Wydziału Leśnictwa SGGW. Jakież piękne to miejsce, jakie to miłe spacerować z córką (już jedenastoletnią) leśnymi dróżkami wśród obfitości bujnej zieleni drzew, krzewów, niskich roślin, najświeższych kwiatów, wśród niezmąconych hałasem głosów ptactwa. Olę wprawiło to w nastrój iście błogi, przejawiający się licznymi minkami na twarzy. Z wielka radością obserwowałem, gdy z przymkniętymi powiekami delikatnie (tatuś, żeby nie uszkodzić!) wdychała woń kolejnych napotkanych kwiatów lub nieco udawany przestrach na widok wysokiego na metr mrowiska. Długi to spacer i trzeba trochę odpocząć: ja w hamaku, Ola na huśtawce, bardzo długiej zawieszonej wysoko na konarze drzewa. Następnie zamieniliśmy się miejscami, tata na huśtawce, córka w hamaku. I dalej w drogę.

Dotarliśmy pełni ciekawości do Alpinarium. Tam absolutne cuda. Te piękne kolory, te kamienie, głazy, stawy, a w nich kolorowe ryby, tatuś zobacz wystają im dziobki nad powierzchnię, a przede wszystkim niezwykłe zapachy rozkwitających czerwcowych kwiatów. Tatuś, jeszcze ta dróżka, jeszcze na tym kamieniu muszę stanąć, zejść po tamtych schodkach. Tatuś chodź, zobacz jak tu pięknie, o ja! Muszę jeszcze wejść na tę górkę. Na koniec spaceru kupuję Oli pamiątkę, jest to drewniana podkładka pod kubek, zrobiona z surowego drewna z wypalonym wizerunkiem rośliny i jej nazwą łacińską. Czas na drogę powrotną. Za szybą auta spostrzegliśmy jakieś prehistoryczne wagony i parowozy. To oczywiście muzeum kolejki wąskotorowej w Rogowie. Zawracamy? Zawracamy! Nigdzie się nam przecież nie spieszy. Nadżarte rdzą i gdzieniegdzie pachnące jeszcze smarem wagony wyprodukowane przez III Rzeszę i pamiętające swoją rolę – dowożenie żywności i materiałów na front dla wojsk hitlerowskich. Inne wagony i parowozy odnowione i zabezpieczone przed wpływem czasu. Ola postawiła nogę na niemal każdym buforze, stopniu wagonu „prowadziła„ parowóz, nawet pospacerowała po węglarce. Ja asekurowałem. Zmęczeni wróciliśmy do domu.

W niedzielę wstaliśmy późno. Śniadanie – jaja sadzone – jedno z ulubionych dań Oli (nie lubi jajecznicy! – jak można nie lubić jajecznicy!?) i w ogóle posiłki spożywa zdumiewająco, a mianowicie: osobno najpierw zjada jajka nie popijając, następne zjada wędlinę, smaruje chałkę majonezem i wciąż nie popijając zjada ją, a następnie wypija trzy do pięciu łyków herbaty. Warzyw nie je. Podsunąłem jej pomysł, żeby sobie te składniki w ustach trochę pomieszała – wyciągną się nowe smaki. Odpowiedź zaskakująca: – Tatuś, ja nie mieszam, jak ty mieszasz, to mogę przywieźć mikser i zmieszać ci drugie danie z zupą! Na takie dictum nie miałem argumentów.

No to nad Zalew Sulejowski do Barkowic, na rower wodny. Spokojnie sobie jedziemy autostradą, a tu jak nie brrrum, jak nie frrrum: motory, sto motorów! A więc zlot i przedziwne ewolucje motocyklistów: jadąc na tylnym tylko kole stawali na siedziskach swoich maszyn, jeden nas tak wyprzedził (cały manewr wyprzedzania!). Jechaliśmy tak ze dwadzieścia kilometrów – wśród chmury mechanicznych owadów. Widowiskiem tym byłem zachwycony, Ola zaś skwitowała z ironią: – A potem są wypadki śmiertelne. W Barkowicach pięknie, gorąco (32,5 stopnia), ale burzowo. Czekamy półtorej godziny na rozejście się chmur. Jakie to miłe czekanie. Siedzimy na pomoście przystani, obserwujemy wpływające kajaki, rowery wodne, małe łódeczki. Trochę pomagamy cumować, ja sobie popalam, Ola popija ulubiony sok aloesowy, gawędzimy sobie albo po prostu siedzimy razem, a od czasu do czasu przywiewa do mnie zapach włosów Oli. By bardziej go poczuć muszę się nieco odchylić, więc się wiercę. Pojawia się dyskurs czy wypożyczyć rower dwuosobowy, czy jednak czteroosobowy? Dyskurs ten muszę dość stanowczo przerwać i postawić na swoim: pożyczamy „dwójkę”. Chmury się rozeszły, wypływamy w półtoragodzinny rejs w czasie którego trochę wieje, trochę buja, Ola trochę się boi. Dwuosobowy rower wodny okazuje się straszliwie niewygodny (przestrzegała mnie!). Zgodnie ustalamy, że następnym razem wypożyczymy czteroosobowy.

Nasz wspólny, miły czas dobiega powoli końca. Jeszcze tylko późny obiad. Ja pyszne pierogi z mięsem… i kapustą, Ola botwinka (boże! jak można lubić botwinkę!?). Posiedzenie na restauracyjnej werandzie i popodziwianie panoramy jeziora. Ochłodziło się, zmykamy. Do domu wracaliśmy wśród wichury, piorunów i grzmień burzy, w strugach ulewnego deszczu. Tak rozpoczęliśmy lato tego roku.

Comments for this post are closed.

Sens bez zasad

Dwie rzeczy: jedna przypowiastka; oraz scena w filmie Skazani na Shawhank. 1. Przypowiastka z książki Anthony’ego …

Zajęcia odwołane

Szanowni Państwo, zajęcia w 2017 r. i w 2018 r. nie odbędą się.

Noc jest najciemniejsza w nocy

„Noc jest zawsze najciemniejsza tuż przed świtem”. Ciekawe powiedzenie. Pokrzepiające, szczególnie w jakimś …