Kategoria: Ogólne

Noc jest najciemniejsza w nocy

„Noc jest zawsze najciemniejsza tuż przed świtem”. Ciekawe powiedzenie. Pokrzepiające, szczególnie w jakimś trudzie, kiedy wydaje się, że więcej nie można znieść – a przecież to zaraz ustąpi, bo niedługo nadejdzie świt. Czy to nie pocieszające?

Co nie? Można doszukać się wielu analogicznych sytuacji, potwierdzających że niby tak to działa. Uprawiając jakiś sport, wiedomo jak ciężko jest na początku. Albo w trakcie. Na przykład bieganie. Biegniesz, po chwili czujesz że masz kompletnie dosyć. Organizm nie chce „marnować” energii, więc wmawia Ci że zaraz padniesz. Ale znasz to, olewasz i biegniesz dalej. Po chwili jesteś napompowany hormonami, nie czujesz zmęczenia i wszystko spoko. Była ciemność, jest świt. Cud!

Pijak osiąga dno, przestaje pić, ogarnia życie. Ciemność – świt. Cud!

Inny przykład. Depresja. Jest ciemno. Ciemniej. Najciemniej? Aha, czyli będzie świt. Ok, jednak nie. Ciemno. Coś zrobić? Uświadamić się, odrzucić toksyczne przywiązania, odprać mózg. Jest świt? Cud?

Prawda że proste? Raka też tak się leczy. Po śmierci jest raj. Ciemność – świt. Cud.

**

W kontekście, w którym jest używane to powiedzenie noc oznacza coś złego, co przeminie i zostanie pokonane. Coś czego nie powinno być. Coś na co nie ma zgody.

W tym problem. Znajdując się w jakiejś sytuacji do dupy, generalnie nie uznaje się tego za coś normalnego. Trwając w depresji czy będąc przygnieconym jakimiś obowiązkami, które nie mają końca, nie uznaje się tego za normalny stan i nieustannie pożąda stanu idealnego. Wtedy np. czuję się beznadziejnie pokrzywdzony bo nie mogę wydostać się z dupy, i wyrzucam siebie z aktualnej sytuacji.

Jest środek nocy, a ja stwierdzam, że nie powinno być środku nocy, bo to jakaś pomyłka.

Chcę żeby był świt, bo świt jest fajny. Świt rozumiany jako komfortowa, stabilna sytuacja albo pokonanie przeciwności.

Ale kto powiedział że trzeba coś pokonać? Kto powiedział, że powinno się być w komfortowej, stabilnej, pewnej sytuacji?

Co za głupie pytania, prawda? „Nie chciałbym przecież żyć w chaosie i niebezpieczeństwie. Doświadczyłem komfortu i stabilności i wiem, że to jest dobre. Poza tym, oprócz komfortu, chciałbym coś osiągnąć. To ważne. Dlatego będę umierał ze strachu kiedy komfort zostanie mi zabrany i kiedy czegoś nie osiągnę. Nie jestem materialistą, obniżyłem standardy, chcę tylko minimum, chcę żyć jak człowiek. Owszem aktualnie jestem w dupie, i w sumie jestem w tej dupie parę lub kilkanaście lat ale to jakaś pomyłka. Tak nie powinno być.”

A co jeśli całe życie to noc? Może noc i świt to tylko abstrakcja. Moja noc może być dla kogoś innego jego świtem. Może osiągnięcie przeze mnie świtu i komfortu nie jest wcale moją naturalną normalną potrzebą, ale tak zostało mi wmówione a ja tylko myślałem że tak trzeba. Bo przewidywalność unikania niestabilności jest ludziom na rękę. Po pierwsze, bo organizacja, po drugie, bo wszyscy tak mają. Minusem jest brak życia i strach.

Bo czy naprawdę chce mi się umierać ze strachu, że nie jestem taki jaki myślę że powinienem być? Jeśli nie mogę czegoś zmienić, to czy chce mi się czuć niesprawiedliwie pokrzywdzonym albo gorszym? A jeśli mogę coś zmienić, to czy chce mi się bać to zmienić?

Czy mi się chce?

Czyli przejmowanie się to wybór? Co za pierdoły. Prawda? Gdyby tak było to pstryk, już, wybrałbym że jestem szczęśliwy i fajrant. Rzecz w tym że i tak, i nie.

Czasem w pewnych sytuacjach można być na tyle świadomym, że po prostu wybieram, że się nie przejmuję – więc się nie przejmuję. Koniec tematu.

Z drugiej strony – najczęściej – to jest po prostu silniejsze ode mnie. Jestem nauczony się przejmować, nie mogę kontrolować tego że się przejmuję. Ale!

Mogę się nie przejmować tym że się przejmuję. Mózg rozwalony. W ten sposób mam i spokój, i powoli mogę się oduczać tego co nie moje.

Ok. Jest jeszcze jeden problem, czyli: chciałbym się nie przejmować, albo chciałbym się nie przejmować że się przejmuję. Ale nie mogę – bo co się stanie jeśli przestanę się przejmować? Nie przejmowanie się czymś jest mi tak obce, że absolutnie panicznie się tego boję.

Tylko… jeśli jest noc, to na cholerę bać się ciemności? To trochę przeszkadza.

Przyznać, że jest noc, nie odrzucać tego, bo noc zaraz nie odejdzie. Jest najciemniej teraz, w nocy. Nie ma świtu. Ale to przecież bez znaczenia, jeśli przestaję bać się ciemności.

Autor: Michał Wyka

Zdjęcie: Foter.com

Jest w Polsce miasto

Jest w Polsce miasto Ł – Łask, Łomża, Łódź albo Radom, Włocławek, Opoczno albo jeszcze inaczej nazwane, miasto Ł. Na centralnym placu mieszkańcy a może władcy, postawili bramę we współczesnym, minimalistycznym stylu, która, nie wiadomo, jest symbolem triumfu czy może hańby. Cóż, odwoływanie się do symboliki starożytnych, nawet Rzymian, jest zawsze trochę ryzykowne. Wieczorami plac bywa oświetlony lampami w stylu monumentu, nawierzchnia też jest modna a wszystko razem nijak nie pasuje do otaczających plac bud mieszkalnych ze sklepikami od frontu. W Ł zdarzył się wypadek, który zajął na chwilę uwagę mediów. Oto w czasie parafialno-powiatowych uroczystości dożynkowych odbywających się w kościele, w postaci mszy, nieokrzesany drab zaatakował burmistrza gazem pieprzowym. A groźniejszy był jeszcze i z tego powodu, że w drugiej ręce, może lewej, jeśli gaz miał w prawej, trzymał paralizator lub coś takiego. Nim burmistrz zdążył przymknąć rażone pieprzem oczęta, już lud w osobie zawsze dzielnego, choć w cywilu policjanta, ruszył w bój i obezwładnił napastnika. Burmistrz otrzymał, jak podały media, należytą pomoc, a zbój został odwieziony karetką pogotowia do aresztu, do szpitala. Uroczystości były kontynuowane. Itd, itd… Opowiedzmy tę dramatyczną scenę jeszcze raz, a może dwa razy, trzy.

Pewien człowiek, z nieznanych pobudek zaatakował burmistrza miasta Ł gazem pieprzowym w czasie uroczystości dożynkowych w kościele. Burmistrza, w czasie pełnienia obowiązków służbowych. Zacni ludzie rzucili się w obronie burmistrza na napastnika. Został on obezwładniony w ten sposób, że bezprzytomnego, z połamanymi kośćmi twarzy z kałuży krwi podnieśli ratownicy pogotowia medycznego i uwieźli. Uroczystości trwały dalej, aż do podniosłego, zapewne końca. Choć nie ma pewności, czy oślepiony burmistrz odzyskał widzenie czy nie.

W komentarzu pojawiło się oburzenie na człowieka, który dokonał tak brutalnej napaści na urzędnika państwowego i/lub samorządowego. Pochwalono refleks interweniujących obywateli ze szczególnym podkreśleniem zasług policjanta. Podano również, z przedziwną a może tylko mściwą satysfakcją, że sprawcy grozi kara pozbawienia wolności do lat dziesięciu. I to byłby koniec historii, bo przecież dla reporterów i dziennikarzy nie zabraknie innych sensacji w rodzaju samobójcy nastolatka, kradzieży pierogów w markecie czy trochę już ogranych ale zawsze pikantnych gwałtów ze szczególnym okrucieństwem. I nie wszystko musi się zdarzyć w mieście Ł, choć wszystko zdarza się jednak w jakimś mieście … Ł. Jednak rodzą się pytania i wątpliwości. Obejrzyjmy tę scenę jeszcze raz.

Oto w mieście Ł odbywa się dęta, wysilona uroczystość dożynkowa, której celem jest należyte uczczenie wysiłku ł-owskiego chłopa, wysiłku pozornego i daremnego, bo powiat przeżywa narastające problemy ekonomiczne i wyludnia się. Propaganda ledwie nadąża z maskowaniem kłopotów, a codzienność ledwie dowleka się do zmierzchu, gdy miasto zamiera, lud siedzi przed telewizorami i oszczędza prąd. Jakiś zmęczony beznadzieją człowiek postanawia targnąć się na czyn heroiczny, uzbraja się w gaz pieprzowy i jak podpowiada mu wyobraźnia, rzuca się w dzień świąteczny na władzę. Ledwie oddał pierwszy strzał, już został rzucony na posadzkę kościoła, w którym umyślony akt rewolucyjny wprowadzał w czyn i już go nie było, bo opuściła do świadomość na skutek utraty przytomności. Ale byli inni.

W akcji obrony burmistrza brał udział, jak podkreślają media, policjant. Policjant działa zawodowo, profesjonalnie. Wie, jakie środki interwencji są proporcjonalne do zagrożenia. Policjant wie, że przeciętna akcja obezwładnienia trwa kilka sekund. Dlaczego więc napastnik ma połamane kości twarzy. Czy to policjant bił i kopał jak policjant, zawodowo? Czy to bili i kopali inni, a policjant stanął a obronie ofiary? Oto sytuacja linczu, na którą nie może patrzeć burmistrz, ale patrzy kapłan. I nie reaguje. Nie woła: „Bracia, przestańcie!” Świątynia została zbrukana aktem gwałtu, na podłodze jest krew. A kapłan nie biegnie do nieprzytomnego, nie podtrzymuje mu głowy, nie wsiada z rannym do ambulansu? A jeśli nie kapłan, to czemu nikt nie mówi: „Coście zrobili?” i nie wychodzi rzucając za siebie: „Rzygać mi się chce na was i wasze świętowanie.” Krew byle jak starła baba ze szmatą i wszystko potoczyło się ładnie dalej.

Dlatego potrzebny jest wielki zbrodniarz i potwór. Dlatego wszyscy w Ł są wstrząśnięci i zatroskani zdrowiem burmistrza, bo swoją małą, obłudną, strachliwą nędzę mogą ukryć tylko za większą zbrodnią. Media doniosły, że aresztowany, wiejski naprawiacz rowerów, posiadał naboje do broni palnej i… majstrował przy produkcji domowych rakiet balistycznych.

Zamiast postscriptum.

Od kiedy to udział w mszy należy do obowiązków służbowych burmistrza? Czy od czasów, kiedy to zgodnie ze świętym obyczajem król Jagiełło nie mógł zasiąść do śniadania z rodziną, jeśli nie był obecny kanonik? Czy od czasu, kiedy Polska znów jest monarchią, z zasiadającym na tronie Jezusem?

Zdjęcie: Foter.com

Pociąg do władzy

W pociągu relacji miasteczko miasteczko przez miejscowości i wsie jechał chłopiec ze szkoły do domu. Jego bilet był nie w porządku, brakowało zaświadczenia, pieczątki na zaświadczeniu, w zaświadczeniu był błąd. Cokolwiek było źle – nie było dobrze. Miły konduktor pokazał chłopcu, co trzeba poprawić, uśmiechnął się i pożegnał do jutra. A na odchodnym opowiedział śmieszną anegdotę o kolei.

Naprawdę było trochę inaczej. Nie wiedzieć czemu, w prawdziwym życiu, tutaj, musi być inaczej. Biletowy wyrzucił chłopca z pociągu, bo zaświadczenie ze szkoły nie miało właściwej pieczątki. A pieczątki nie było, bo szkoła się reformuje i pieczątek jeszcze nie ma. Chłopiec wysiadł z pociągu i poszedł do domu pieszo pięć i pół kilometra. Jutro pokaże zaświadczenie z właściwą pieczątką, a biletowy upokorzy go raz jeszcze, zezwalając na dalszą jazdę, chyba że coś będzie źle. Póki co, poszedł.

I tak pójdzie zbierając zaświadczenia o szkołach i kursach, szkoleniach i może za kilkanaście lat uskłada się z tego jakaś kariera lub choćby karierka. A strach, że go wysadzą, wyrzucą, wyproszą zamieni na władzę. Cokolwiek będzie robił, zawsze będzie miał jakąś władzę. Czy będzie sprawdzał bilety w pociągu, czy leczył ludzi, czy będzie portierem, czy prezydentem. Codzienny odwecik będzie brał na każdym, kto się nawinie pod rękę, kto będzie choć trochę zależny – żona, dzieci, podwładni, klienci, petenci. Pójdzie dalej, lecz choćby nie wiem jak daleko zaszedł zawsze będzie niepokój, że coś przegapił.

Bo masz się bać, i gromadzić dokumenty, zaświadczenia, poświadczenia, kwity, odcinki, pieczątki, odpisy, kopie i bać się, że jakiś zbir ubrany w mundur lub panienka ubrana w biurko wyciągnie palec zbrojny w potęgę instytucji i wyrzuci cię z pociągu, bo zabrakło ci pieczątki. Masz się nauczyć, chytrusku amatorze, że masz do czynienia z profesjonalnie zorganizowanym terrorem i jeśli jeszcze tutaj jesteś, to nie dlatego, że jesteś taki cwany, przebiegły, uczciwy, tylko z łaski. Więc idź i pilnie zbieraj dowody niewinności lub choćby coś, co daje alibi. I nie martw się przeterminowaną gwarancją na pralkę z nierozpakowaną instrukcją obsługi. Idź i pilnie oglądaj się za siebie, przecież wiesz, że ktoś tam zbiera kwity o tobie.

A kiedy przyjdzie czas by wysiąść z ostatniego pociągu przypomnij sobie, że i ty doświadczyłeś mocy wyrzucając jakiegoś chłopca z powiatowego pociągu.

A skoro mowa o pociągach to – w korespondencji do tekstu Śnieg i mróz – taka anegdota. W pociągu relacji Poznań – Łódź obsługa wyłączyła ogrzewanie, gdzieś za Ostrowem Wielkopolskim. Kiedy zrobiło się zimno ktoś ze skłonnościami samobójczymi zapytał, czemu nie grzeją. Pan z obsługi z należytą wyższością i humorem odpowiedział pytaniem: „A co, zimę mamy?”

Zdjęcie: Foter.com

Opole

Gdyby pochylić się nad wydarzeniem Festiwal Piosenki w Opolu 2017 r., to zamiast komentarza powinno zapaść krępujące milczenie. Przecież nic przyjemnego w nazywaniu katastrofy. Ale rzecz staje się ciekawa, kiedy czyta się komentarze widzów umieszczone pod publikacjami w mediach internetowych. Oto niektóre, te najgrzeczniejsze: „Komuna w pełnym rozkwicie”, „Komuna bis”, „Jeżeli z tymi statystami to prawda, to mamy rasowy, pełnoprawny PRL-bis a nie żadną IV RP”, „Przychodzi czas komuny”, „Opolski festiwal pod znakiem komucha Pietrzaka i świecącej tłustym tyłkiem Maryli”. I w tym tonie całe fury bredni, które mają być w intencji nie tyle krytyczne, co obelżywe. Można sentencjonalnie rzec, że jaki festiwal, takie komentarze.

Wybór Opola na miejsce tej imprezy nie był przypadkowy, był podyktowany względami politycznymi. Festiwal w Opolu był w PRL wydarzeniem prezentującym muzykę popularną, kabaret i, w odrębnej formule ważniejsze wydarzenia muzyczne w kraju w minionym roku. Wybory tego, co prezentowano na festiwalowej scenie budziły czasem zdziwienie a czasem dyskusje.

Użycie w znaczeniu pogardliwym określenia „komuna” w odniesieniu do niektórych aspektów tegorocznego festiwalu, jak i do innych zdarzeń relacjonowanych przez media, świadczy o zadziwiającym pomieszaniu pojęć i chaosie w głowach tych, którzy tym określeniem się posługują. Trochę więc wyjaśnień, w syntetycznym skrócie.

Problem, Drodzy Państwo w tym, że nie macie nic. Nie chodzi o to, że nie macie szkoły, sądów, szpitali, instytucji państwa, organizacji obywatelskich, wzajemnego zaufania, uczciwości i poszanowania prawdy. Nie macie zdolności, Drodzy Państwo, do sformułowania jakiejkolwiek refleksji osobistej, myśli od siebie i nie macie również języka, za pomocą którego moglibyście się wypowiadać. Wasza mowa jest „wypaloną ziemią stratowaną przez […] niosące przemoc dyskursy: nacjonalistyczny, kapitalistyczny, martyrologiczny, seksistowski, rasistowski…” Wasz język, to „język subalterna, jeśli w ogóle jest możliwy, to tylko jako makabryczny i naznaczony przemocą zlepek ideologii […]” (K. Barańska, K.Snochowska-Gonzales, Wojna chamsko-pańska, 2008). Nie rany przeszłości są przyczyną takiej dewastacji rzeczywistości, w tym kultury a codzienne, uporczywe niszczenie wszystkiego. „Żyjemy wszak […] w kraju, gdzie konstruowanie mitów i pielęgnacja urojeń odgrywają w życiu zbiorowym zasadniczą rolę. […] Uporczywe powracanie do spektakularnych klęsk militarnych i budowanie na nich dziwacznej, wiktymistyczno-mesjanistycznej ideologii, ekshumacja wielkich zmarłych i ponowny pochówek w atmosferze funeralnej fiesty, zajadła walka o symbole odbierająca im w istocie resztki poważnego znaczenia – wszystko to jest nam doskonale znane.”(K. Zajas, Fantazmaty Sarmaty albo historia Polskiej Kompanii Kresowej, 2012)

Był więc festiwal na miarę widowni, a gwiazdy,zgodnie z tradycją, ekshumowane.

A PRL jest niedoścignionym i coraz bardziej odległym wzorem, jeśli chodzi o organizację imprez masowych, czy to festiwal, czy dożynki, czy targi mody czy zjazd partii.

Zdjęcie: Foter.com

Wyłączyć tryb ofiary

Jest takie powiedzenie, jeśli wszędzie gdzie pójdziesz, śmierdzi kupą, zajrzyj w podeszwę. Podobnie i z byciem ofiarą.

Byłem ofiarą. Wszędzie. Zawsze. Ale nie leżałem i nie płakałem, o nie. Zapierniczałem i próbowałem coś zmienić. Podnosiłem się… Brzmi jak przeciwieństwo ofiary? Gorzej.

Byłem heroiczną ofiarą. Jak cudownie można to maskować przed samym sobą. Bo ofiara to płacze i nic nie robi. A jak coś robię to nie jestem ofiarą. Kto wciąż walczy nie przegrał? Może i tak… ale

… ale heroiczna ofiara to wciąż ofiara. Dźwigająca podwójne brzemię. Świat jest do dupy a do tego nikt mnie nie docenia. A powinni doceniać wszyscy, skubani. Czułem się wiecznie odrzucony, przyzwyczajony do odrzucenia, poszukujący odrzucenia – tzn. poszukiwałem akceptacji ale skoro wiedziałem że i tak mnie odrzucą to zachowywałem się tak, że nie dało się mnie zaakceptować. Częściowo, bo to silniejsze ode mnie, częściowo żeby mieć to już za sobą. Ciągle byłem ofiarą.

Jeśli wszędzie startuję z pozycji ofiary, to po prostu wszędzie będę ofiarą. Bo ofiara jest ofiarą. Czasem ktoś czy coś mi dowali i jestem „prawdziwą” ofiarą. Okej. Ale to coś innego. To założenie, że zawsze jestem ofiarą, że bycie ofiarą to stan domyślny, widzenie wszystkiego negatywnie.

To ciągłe słuchanie tego krytycznego głosu, który mówi że coś jest nie tak. Ciągle i ciągle. Na pewno słyszałeś o krytyku wewnętrznym, że sam jesteś swoim największym krytykiem itd. Nie ważne ile mi się udało, ile dokonałem, ile olśnień doznałem, on wciąż gadał, a mi nie udało mi się zlokalizować tego krytyka. Nie skupiałem się nawet specjalnie na jego znalezieniu, tylko na zadowalaniu go, byle się odczepił. Było różnie.

Ale po go znalazłem? I czym jest ten krytyk? Czy to nie ja sam?

Żeby mu się postawić, móc powiedzieć mu NIE, przestać być jego ofiarą. Ofiarą wewnętrznego krytyka, ofiarą samego siebie. Czym jest krytyk? W sumie nie wiem, jakimś zlepkiem zasad narzuconych przez rodziców, własnych interpretacji wydarzeń i wniosków, co robić a co nie, zapamiętanego poczucia krzywdy. Jakieś superego. Coś w ten deseń. W każdym razie, wiem, że to nie JA, a przez to mogę się temu postawić.

Mogę powiedzieć NIE! Mam wybór! Czy to nie piękne?

Ale żeby powiedzieć NIE, to trzeba być absolutnie pewnym że mam prawo, nie mieć wątpliwości. Do tego właściwie wystarczy zaakceptować siebie. Brzmi debilnie wiem. Kończę ten ten artykuł taką szmirą. „Zaakceptuj siebie” jest tak suche że masakra. Ale podam przykład który mnie oświecił.

Pracuję w usługach. Codziennie przychodzi do mnie masa klientów, z całą masą głupich pytań. Całe stosy głupich pytań i tłumaczeń. Lubię im pomagać, ale masa głupoty czasem jest niesamowita. Ale to jest fajne.

Po pierwsze, daje mi perspektywę na to, jak niedoskonali i debilni mogą ludzie. Widzę, że nie jestem sam.

Po drugie, kiedy widzę klienta który zachowuje się jak debil, to nie odrzucam go. Chcę mu pomóc. I teraz najlepsze: skoro nie odrzucam takiego gościa… to dlaczego miałbym odrzucać siebie

Autor: Michał Wyka

Zdjęcie: Foter.com

Otoczenie fizyczne a moje życie – miejskie migawki z „kosmitami” w rolach głównych

Po raz pierwszy na otaczającą mnie przestrzeń zwróciłam uwagę jadąc autobusem. Zawsze siedziałam (taki ze mnie cham!), aż tu pewnego razu nie było wolnego miejsca. W autobusie skwar niczym w piekarniku – gorący lipcowy dzień 2012 roku, godziny tzw. popołudniowego szczytu. Wsiadłam i wstrzymałam oddech (na ile to możliwe). Nagle na wysokości mojego wzroku mignęła jedna ruina, za chwilę ukazała się następna, i kolejna, i kolejna… I to wszystko w mieście, które ominęły wojenne zniszczenia – więc skąd te ruiny? Zresztą wojna skończyła się ponad pół wieku temu…

Wówczas, tego upalnego lipcowego dnia w dusznym, zatłoczonym autobusie dobitnie uświadomiłam sobie, jak bardzo otoczenie fizyczne wokół mnie wpływ na moje życie; jak bardzo przestrzeń – zrujnowana, zaniedbana, śmierdząca i brudna – w której się na co dzień poruszam wpływa nie tylko na moje samopoczucie, ale także na moje relacje z innymi ludźmi, w domu, w pracy czy na ulicy.

Teraz z perspektywy pięciu lat oraz przeprowadzki z Łodzi do Poznania zrodziły się w mojej głowie pytania: Dlaczego w Poznaniu ustępowanie miejsca starszym czy chorym postrzegam jako naturalny odruch ludzkiej życzliwości i czynię to z ochotą, a w Łodzi – nie? Dlaczego w Poznaniu idąc ulicą w tłumie mieszkańców i turystów z nikim się nie zderzam; nikt mnie nie potrąca, ani ja na nikogo nie wpadam? I dlaczego w Łodzi, gdy szłam niemal pustą ulicą musiałam niemal zderzyć się z kimś nadchodzącym z naprzeciwka, by ostatecznie się wyminąć? (Być może dlatego, że chodnik był krzywy i zbyt wąski, do tego przynajmniej w połowie zastawiony przez zaparkowane samochody – w odróżnieniu od Poznania.)

To wszystko dlatego, że w Poznaniu przestrzeń i ludzie, których doświadczam są bardziej „dla ludzi”, tzn. bardziej przyjaźni w odbiorze niż w Łodzi. – Czy w Poznaniu nie ma w ogóle ruin? Są, ale stanowią znikomy procent zabudowy, zwłaszcza w centrum (poza centrum praktycznie niespotykane). Czy w Poznaniu nie ma żuli, meneli? – Są, ale stanowią znikomy procent populacji. I tak można by wymieniać pewnie jeszcze długo. Rzecz w tym, że nie jest konieczny absolutny brak pewnych niepożądanych zjawisk czy sytuacji, aby mówić o przyjaznej dla człowieka przestrzeni. Chodzi o skalę natężenia występowania tych zjawisk; im jest ich mniej, tym lepiej się nam żyje. Czy możliwa jest całkowita ich eliminacja? W Polsce z pewnością nie (z wielu powodów, ale to oddzielny temat), w Europie i świecie – całkowita być może również nie, ale bliska 100%.

Na potwierdzenie kilka obrazów z życia Poznania (pierwszego miasta, w którym mieszkam, choć urodziłam się i przez ponad 30 lat mieszkałam w Łodzi):

OBRAZ 1. Pochmurny, choć niedeszczowy dzień; sobotnie popołudnie. Jadę rowerem przez park nad małą rzeczką. Z oddali pośrodku łąki dostrzegam pod drzewem ludzi siedzących na kocu – piknik. Podjeżdżam bliżej i spostrzegam, że jest to zapewne rodzina, rodzice z kilkuletnią córką. W końcu jestem całkiem blisko i widzę kartkę z napisem: Witaj przechodniu! Mam na imię Zuzia i dziś kończę 8 lat. Zaprosiłam rodziców na piknik. Jeśli masz ochotę, proszę, przyłącz się. Zapraszam! – A na kocu pyszne babcine wypieki oraz owoce. – „No kosmici, normalnie kosmitów spotkałam, takie rzeczy się nie zdarzają” – pomyślałam sobie, odjeżdżając po krótkiej pogawędce i pysznym poczęstunku.

OBRAZ 2. Bimba (czyt. tramwaj) w popołudniowym szczycie powrotów z pracy; dość przewiewny, jednak upał daje się wszystkim we znaki. Nagle miarowy stukot kół przekrzykuje niemowlak w wózku. Cóż robi matka? Rozmawia przez telefon – niby nic nadzwyczajnego. Ale co ja słyszę?! – „Przepraszam, muszę kończyć, mały znowu się drze; nie wiem, kiedy dojadę.” – I do współpasażerów: – „Bardzo przepraszam, już, już wysiadam. Bardzo Państwa przepraszam za ten krzyk”. I wysiadła. A ja pozostałam ze swoim oniemieniem. – Znowu kosmici?

OBRAZ 3. Ruchliwe duże skrzyżowanie w centrum miasta (przy Moście Teatralnym), z torowiskiem po środku. Nieuważna kierująca wjeżdża na tzw. „zielonej strzałce” pod rozpędzonych rowerzystów, jadących przejazdem rowerowym. Ostre hamowanie obydwu stron; na szczęście nikomu nic się nie stało. Ale cóż to?! Żadnego trąbienia, żadnych klaksonów, żadnych wyzwisk? Uprzejmy przepraszający gest kierującej, na który rowerzyści odpowiedzieli życzliwym uśmiechem? Po chwili każdy pojechał w swoją stronę; ja również, tylko znów miałam przeświadczenie, że takie rzeczy się nie zdarzają…

OBRAZ 4… Nie, nie, dość wystarczy (na początek)! Dla równowagi psychicznej Czytelnika może kiedyś opiszę migawki z Łodzi – tylko nie wiem, czy chcę do tego wracać…

Na koniec przypomnę słowa prezesa TWP START, psychologa Andrzeja Kuśmierczyka (Apel Umarłych Kamienic, 6.10.2012, Piotrkowska 58 – Pomnik Wyburzonej Kamienicy): Na co dzień spotykamy się z obojętnością wobec tego, co dzieje się w naszym mieście – nikogo nie obchodzą krzywe chodniki, kałuże na ulicach po deszczu, nikogo nie obchodzą dziury w asfalcie… Nie bierzemy odpowiedzialności za nasze miasto. A będziemy żyć w takim miejscu, w jaki sposób potrafimy o to miejsce zadbać. To miejsce nie będzie inne, bo nikt za nas tego nie zrobi; my decydujemy o tym, jak ono wygląda.

I postawię pytanie bez odpowiedzi: Jak to jest, że w tej samej Polsce – w Poznaniu (i wielu innych miastach) da się żyć, a w Łodzi nie…? Tej samej, ale nie takiej samej…

Autor:

Dorota Skrobska (Skrobek)

Palenie wbrew wszystkiemu

Swojego pierwszego papierosa zapaliłem w gimnazjum, zarzuconego podczas picia piwa w parku. Po pierwsze – robię coś buntowniczego i w grupie, po drugie – bardziej kopie z piwem. Nieźle. Dziesięć lat palenia i zbierania petów z ziemi póżniej stwierdziłem, że już tylko źle i przestałem.

Fajki w kioskach są teraz opakowane w gustowne zdjęcia mające odstraszyć palaczy. Pewnego dnia zachciało mi się coli w puszce, poszedłem do kiosku i kiedy zobaczyłem taką ścianę kiczu – prawie parsknąłem ze śmiechu. Może te opakowania mają zwiększyć świadomość palacza, ale po cholerę, skoro każdy palacz doskonale zna zagrożenia, tylko właśnie ma je w dupie.

Efektem opakowań jest atak na poczucie wartości palacza, co paradoksalnie tylko potęguje powody do tego by palić. Zaczynając od podstaw: skoro palenie jest do dupy (jak na znanym plakacie), a ja palę i tak się zniżam, ergo jestem do dupy, to zrobię coś złego, czyli zapalę. Koło się toczy.

Z drugiej strony, można tłumaczyć to tym, że w szaleństwie jest metoda, czyli celem jest tak dowalić palaczowi, żeby osiągnął swoje dno i sam powiedział – dosyć. Tyle że nie problemem jest osiągnąć dno, mniejsza nawet o motywację by się z niego podnieść. Można chcieć coś zrobić najbardziej na świecie, ale ostatecznie rozbija się o to JAK. Można grozić śmiercią, ale jak nie ma sposobu to po prostu się nie da. A jak się nie da to równie dobrze można dalej sobie palić.

Dla mnie tym JAK było odkrycie że wszystkie powody, dla których palę były fałszywe. Po prostu. To wszystko to jeden wielki fałsz, kłamstwo i iluzja. Że tak naprawdę nie palę dla żadnych korzyści, tylko palę wbrew wszystkim stratom.

– Palenie uspokaja? Nie, palenie zwiększa stres, a jedyna ulga to pranie mózgu związane z pozytywnym skojarzeniem uśmierzenia głodu, którego bym nie miał gdybym nie zapalił poprzedniego szluga.

– Palenie samo się napędza.

– Palenie daje zajęcie dłoniom? Na cholerę, jak wyżej.

– Palenie daje poczucie wolności i refleksji? Może kiedyś trochę, ale teraz wolność to na pewno nie jest, a do przemyśleń to mi nie potrzebne.

– Palenie daje okazję do przerwy? To palenie kontroluje i zmusza mnie do tego, nie paląc sam sobie wybieram momenty.

– Palenie daje okazję do pogawędki? Niepalenie + rzucenie palenia tym bardziej. Dodatkowo może skłonić do reflekcji nad swoim środowiskiem.

– Fajnie się pali do piwka? Rzuciłem picie przed rzuceniem palenia wiec to nie był problem.

– O kwestiach finansowych, zdrowotnych i poczucia wartości nie wspominając.

Ewentualne ‚nawroty’ czy jakaś nagła myśl o papierosie, szczególnie w konkretnej sytuacji to tylko zdychający nałóg i stare oprogramowanie. Pamiętając, że tylko iluzja i kłamstwo, stopniowo programuję mózg na nowo… a takie sytuacje się skasowały.

*Pisownia i gramatyka zachowana w oryginale za autorem

 

Autor: Michał Wyka

Photo credit: Foter.com

Tatuś -10

Pierwsze wspomnienie, jak ustalił po konsultacjach z matką pochodzi z czasów, gdy miał około dziesięć miesięcy. To niemożliwe, ale jest. Stoi w łóżeczku, które ma okrągłe szczebelki pomalowane białą, olejną farbą dzięki czemu w dotyku są gładkie, śliskie i w pierwszym momencie lekko chłodne. Patrzy na pokój, ale nie ma kliszy z tym widokiem. Na następnym zdjęciu jest twarz tatusia, tuż przed jego twarzą. Tatuś widocznie klęka lub kuca. Czuje, jak ręce tatusia obejmują jego dłonie i po chwili następuje bardzo bolesny ucisk. Nie może wyrwać rączek. Płacze i po chwili tatuś zwalnia ucisk i znika z pola widzenia. Siada bezwładnie w łóżeczku i płacze dłużej niż bolą rączki.

Dzieci często zaskakują dorosłych trafnością swoich wypowiedzi, które nie wiadomo skąd biorą. Może to podsłuchane rozmowy dorosłych, a może w dziecięcych główkach nie zepsutych jeszcze obłudą dorosłych rodzą się całkiem celne komentarze do bieżącej sytuacji. Kiedyś wypowiedział zdanie, które zaciążyło na całej historii jego doświadczeń z tatusiem, a ponieważ wypowiedział je bardzo wcześnie, zanim zdarzyły się rzeczy dobre, to może przez to zdanie to, co dobre nie zdarzyło się wcale. Zastanawiał się często, kiedy tatuś zaskakiwał go nowym pomysłem, że to może właśnie dlatego, że wypowiedział tamto zaklęcie. Było one tak zaskakujące, że w całej rodzinie i wśród znajomych powtarzano je z podziwem dla malca, który coś takiego wymyślił. Śmiano się przy tym i tatuś również się śmiał. Kiedy miał dwa lata powiedział do tatusia: „Kiedy umrzesz, nie przyjdę na twój pogrzeb.” I dotrzymał słowa.

Niezależnie od pory roku matka wystawiała jego łóżeczko na taras i ustawiała tak, że widział niebo. Pięknie było zimą. Czuł na policzkach chłód nocy, a w środku było cieplutko. Czasem niebo było aż białe od naprawdę świecących gwiazd. Wstrzymywał wtedy oddech, żeby nie spłoszyć tego widoku i panowała wielka cisza. Słyszał bicie swego serduszka i mówił w myślach do niego „Cicho, cicho, widzisz jak czasem jest pięknie.” I zasypiał. Śniło mu się, że gwiazdy można dotknąć i dotykał ich, ale tak delikatnie, żeby nie popsuć ich światełka. Ale czasem miał sen, że gwiazdy od niego się odsuwają a on w końcu, rozżalony zadawał pytanie „Dlaczego?” a wtedy tracił równowagę i spadał coraz szybciej, aż gwiazdy zmieniały się w świecące smugi, których dotknięcie bolało. A gdzieś w tle słyszał śmiech tatusia i budził się przerażony. Otwierał oczy i widok przynosił mu ukojenie.

Photo credit: Foter.com

Tatuś -9

W domu zdarzały się różne przygody, czasem śmieszne, czasem nie. Rodzice dbali o dom w miarę swoich możliwości, ale nigdy nie stać ich było na urządzenia mieszkania w sposób przyjazny. Dzieci raczej nie pomagały im w tych staraniach. Pewnego razu rodzice kupili nowy żyrandol. Śliczna konstrukcja złożona z trzech ramion zwróconych do góry i jednej lampy zwróconej w dół. Żyrandol zapalało się na dwa sposoby: albo włączało się dolne światło albo naraz wszystkie i robiło się bardzo jasno. Następnego dnia po jego zamontowaniu został z bratem sam w domu, rodzice gdzieś poszli. W takich momentach chłopcy rozpoczynali coś w rodzaju zabawy. Tym razem zabawa polegała na strzelaniu do siebie z łuku i unikaniu trafienia. W pewnym momencie odebrał łuk bratu i tak nieszczęśliwie nim machnął, że stłukł dolny klosz żyrandola. Prawie nie stłukł, tylko trochę wyszczerbił. Zabawa byłą skończona. Zaczęło się nieprawdopodobnie przewlekające się czekanie na powrót rodziców. Pierwsza wróciła matka. Powiedział jej, co się stało. Matka siedziała w kuchni i cicho płakała. Przestała, gdy wszedł do domu tatuś i podała mu coś do jedzenia. Po posiłku, jak to miał w zwyczaju, poszedł do pokoju położyć się na kanapie. Włączył światło i dopiero jak położył się i poprawiał pozycję spoglądając jednocześnie w sufit, zauważył że coś nie tak. Zamarł w bezruchu i przez chwilę przyglądał się szkodzie. Zerwał się, wpadł do kuchni i wydarł się:

  • Kto to, kurwa, zrobił? Któryś z tych twoich popierdolonych synków? Odpowiadaj, kurwo!

  • Ja – stał w drzwiach kuchni, ale tatuś nawet na niego nie spojrzał. Pochylał się dalej nad matką i jakby chciał ją uderzyć wrzeszczał dalej, a ona siedziała w bezruchu z opuszczoną głową:

  • Wychowałaś sobie tych niedojebków, którym chlać nie warto dawać. Odpowiadaj szmato, co masz do powiedzenia? Umiesz tylko milczeć i ryczeć, krowo!

  • Ja to zrobiłem, ja – prawie krzyknął, choć przeraził się, że krzyknął do tatusia ale musiał ratować matkę.

  • Ty? – tatuś popatrzył ze zdziwieniem, prawie się uśmiechnął, ale zaraz rozgniewał się ponownie, ponieważ jego atak wytracił impet, okazja do dalszego dręczenia matki przepadła.

  • Nawet nie wiesz, kurwo, co się dzieje w domu – pchnął głowę matki tak, że o mało nie spadła z krzesła, przeszedł obok niego, trzasnął drzwiami, zapadła cisza.

Matka siedziała i płakała, on stał w drzwiach kuchni i domyślał się, gdzie jest brat. Nie wiedział, co zrobić i tak stał.

Matka często opowiadała mu o swoich trudnych doświadczeniach z tatusiem i chociaż nie rozumiał jej niektórych skarg, bardzo jej współczuł i chciał jej pomóc i dręczył się myślami, co powinien dla niej zrobić. Nie wiedział, co to seks, ale matka przekonała go swoim cierpieniem, że to musi być coś wyjątkowo paskudnego, do czego zmusza ją tatuś. W zasadzie nie był zdziwiony, bo jeśli tatuś czegoś żądał, to to musiało być paskudne. Seks musiał być wyjątkowo brzydki, skoro matka tak uporczywie nie chciała tego robić, mimo że tak cierpiała. Rodzice nie zawsze kłócili się. Czasem nie odzywali się do siebie i wtedy stawał się ważny, ponieważ przekazywali sobie informacje przez niego. Mógł wówczas ratować matkę. Ona mówiła głośno, tak żeby tatuś w pokoju słyszał:

  • Powiedz swojemu ojcu, że obiad gotowy. Szedł do pokoju i mówił:

  • Tatusiu, mamusia zaprasza cię na obiad – a on odpowiadał tak głośno, żeby ona w kuchni słyszała:

  • Powiedz swojej matce żeby sobie w dupę wsadziła swój obiad – a on szedł do kuchni i mówił:

  • Tatuś powiedział, że nie jest głodny.

Czuwał nad ich nieodzywaniem się i tak mijały dni, tygodnie, miesiące. Najdłuższe ciche dni trwały dwa lata.

Tatuś bywał miły. Zaproponował mu, że nauczy go gry w szachy. To był fascynujący, nowy świat. Według niektórych badaczy w szachy grano już sześć tysięcy lat temu na terenie Mezopotamii, ale do dzisiaj nie znaleziono rozwiązania gry, to znaczy takiej strategii rozegrania partii , która gwarantuje wygraną. Gra jest grą formalną o sumie zerowej, a uczestnicy gry, dwaj gracze, dążą do doprowadzenia do mata czyli sytuacji, w której zagrożony król nie może za pomocą jakiegokolwiek ruchu uniknąć tego zagrożenia. Możliwy jest również pat, kiedy to gracz nie może wykonać ruchu, z powodu blokady jego bierek, zwanych czasem figurami. Zwykły mecz to trzy partie rozegrane po kolei. Niekiedy partia szachów jest rozgrywana przez wiele dni, chyba że gracze ustalą limit czasu na zastanowienie przed następnym ruchem. Najlepsi szachiści grają w szachy z najlepszymi komputerami. Jak na razie nie ma pewności, kto gra lepiej.

Grał chętnie i uczył się szybko. Przegrywał coraz trudniej a partie trwały coraz dłużej. Znalazł książkę o szachach i dużo czytał. Dowiedział się o klasycznych gambitach i śledził partie rozegrane przez mistrzów. Wygrał. Tatuś pochwalił go. Następną partię również wygrał. Tatuś milczał i rozpoczęli trzecią partię. Był z siebie dumny, bo widział, że wygrał. Cokolwiek tatuś by nie zrobił, przegrał. Siedział dumny z siebie i czekał na ostatni ruch. Zupełnie stracił czujność. Żeby się chociaż nie uśmiechnął. Tatuś długo siedział pochylony nad szachownicą, powoli podniósł głowę i spojrzał na niego ciężkim wzrokiem spod opuszczonych powiek. Było za późno żeby cokolwiek zrobić. Tatuś szerokim gestem, z rozmachem zrzucił wszystkie figury z planszy aż rozsypały się po całym pokoju. Ostatni pion zawahał się przez chwilę i ustał. I to chyba tatusia rozzłościło najbardziej. Zerwał się, chwycił deskę, uniósł wysoko nad głowę i trzasnął nią z całej siły o podłogę. Rozleciała się. Siedział w bezruchu, a tatuś kopnął resztki szachownicy i bez słowa wyszedł. Niestety, nigdy więcej nie zagrali.

Photo credit: Foter.com

Tatuś -8

W głębi, za stawem były różne zabudowania, rozmaicie wykorzystywane. O przeznaczeniu większości nic nie wiedział. Trochę bał się tam zbliżać, więc nie chodził w to miejsce zbyt często. Trochę na uboczu, wysunięta do przodu, skierowana szczytem do stawu stała opuszczona, stara szopa zbita ze spróchniałych desek. Jej półotwarte drzwi kusiły żeby wejść, ale wewnątrz było ciemno. Pociągnął ją za rękę, a ona roześmiana wbiegła do środka. Zobaczył ją w cieniu, pod przeciwległą ścianą, w ciemności. Przekraczał świetliste kurtyny złotego kurzu wirującego w słońcu, odmierzone przez szpary w deskach ściany, jedna po drugiej. Aż zobaczył ją całkiem wyraźnie. Podała mu ręce. Widział jej matowobrązowe szeroko otwarte oczy. Ciemne na obrzeżach i jasne wokół źrenicy. Będzie poszukiwał takiego spojrzenia przez wiele lat, może do końca życia. Zapamiętał jej włosy, roztrzepane, bezładnie opadające na ramiona. Kropla upadła niechcący. Miał pięć lat. Mieszkała po sąsiedzku, widywał ją często, ale nigdy więcej nie spotkał. Wielokrotnie chodził w tamto miejsce i kiedy jej nie było, nie czuł rozczarowania. Wystarczyło tam być a przeżyte uczucie wracało natychmiast.

Po lekcjach lubił chodzić blisko murów domów. Przyglądał się szczelinom w murze, odpadającym, pozwijanym na brzegach, płatom starej farby. Poznawał rysy i zacieki na tynkach. Odnajdywał w nich kształty, których inni nie widzieli. Widział niejasne zarysy ludzi ustawionych w dziwacznych pozach i wykonujących tajemnicze gesty. Czasem nie udawało się odkryć kształtu i taki rysunek był najciekawszy. Zdarzało się, że przystawał i rozmyślał, kto chce powiedzieć coś, czego on nie umie odczytać. To zainteresowanie ścianami domów dawało mu schronienie przez wzrokiem przechodniów. Odczuwał niepokój za każdym razem, kiedy jego spojrzenie spotkało się ze wzrokiem kogoś obcego. Niepokoiło go, że obcy zobaczy w jego oczach coś, czego nie powinien widzieć, że obcy skradnie mu tajemnicę. Nie sprawiał problemów wychowawczych, ale kiedy matka miała do niego o coś pretensje, mówiła: „Patrz mi w oczy, słyszysz, masz mi patrzeć w oczy.” Był przekonany, że kiedy patrzyła mu w oczy, to dowiadywała się w ten sposób wszystkiego i on miał tylko potwierdzić to, co i tak widziała. Każde składanie wyjaśnień odczuwał jako zbędną, upokarzającą torturę. Tatuś korzystał ze wzroku inaczej, stwierdzał najczęściej, że nie może na niego patrzeć lub, że chce mu się rzygać jak na niego patrzy.

Narysował krowę na parapecie. Krowa (Bos taurus, category Holstein) to ładna krowa, łaciata. Należy, jak inne krowy do rodziny krętorogich. Bydło pochodzi od tura i zostało udomowione około sześć, siedem tysięcy lat temu w Azji. Zalicza się do przeżuwaczy i ma charakterystyczną budowę układu pokarmowego. Na świecie jest 1,3 miliardów sztuk krów, byków, cielaków i jałówek.

  • No, choć zobacz, co on narobił – tatuś był nieoczekiwanie miły dla matki.

  • Och, Wojtusiu, dlaczego pomazałeś parapet, masz to natychmiast zmyć – matka patrzyła na tatusia swym psim wzrokiem, jakby chciała zapytać: „Dobrze, dobrze mu powiedziałam.”

Tatuś przystawił sobie krzesło do parapetu i udawał, że czegoś pilnie wypatruje przez okno, więc ścierał swój rysunek w niewygodnej pozycji, bo bał się dotknąć tatusia. Kiedy skończył, tatuś poszedł sobie. Może akurat zobaczył to, co chciał.

Po latach, w innych okolicznościach poczuł coś podobnego. To był czas otwartej wojny z tatusiem, który trochę pomieszkiwał, a czasem wyprowadzał się na jakiś czas i nie wiadomo było kiedy znowu się pojawi. Wojtek wyjechał na wakacje, pozostawiając matkę w domu samą, bezpieczną. Jeździł autostopem i był wolny. Akurat złapał dobry kurs i postanowił wpaść do domu. Było bardzo wcześnie rano i już w przedpokoju wiedział, że jest źle. Zobaczył męskie buty, obok butów matki a kiedy otworzył drzwi do dawnego pokoju rodziców zobaczył matkę śpiącą w objęciach tatusia. Tatuś obudził się i spojrzał z triumfem, ale on wyraźnie widział jego skulony ze strachu cień. Wyszedł nie zamykając drzwi. Łatwo złapał kolejny samochód i pojechał daleko. Do dziś nie wiadomo, czy wrócił.

Photo credit: Foter.com

Noc jest najciemniejsza w nocy

„Noc jest zawsze najciemniejsza tuż przed świtem”. Ciekawe powiedzenie. Pokrzepiające, szczególnie w jakimś …

Jest w Polsce miasto

Jest w Polsce miasto Ł – Łask, Łomża, Łódź albo Radom, Włocławek, Opoczno albo jeszcze inaczej nazwane, miasto …

Pociąg do władzy

W pociągu relacji miasteczko miasteczko przez miejscowości i wsie jechał chłopiec ze szkoły do domu. Jego bilet był …