Kategoria: Aktualności

Otoczenie fizyczne a moje życie – miejskie migawki z „kosmitami” w rolach głównych

Po raz pierwszy na otaczającą mnie przestrzeń zwróciłam uwagę jadąc autobusem. Zawsze siedziałam (taki ze mnie cham!), aż tu pewnego razu nie było wolnego miejsca. W autobusie skwar niczym w piekarniku – gorący lipcowy dzień 2012 roku, godziny tzw. popołudniowego szczytu. Wsiadłam i wstrzymałam oddech (na ile to możliwe). Nagle na wysokości mojego wzroku mignęła jedna ruina, za chwilę ukazała się następna, i kolejna, i kolejna… I to wszystko w mieście, które ominęły wojenne zniszczenia – więc skąd te ruiny? Zresztą wojna skończyła się ponad pół wieku temu…

Wówczas, tego upalnego lipcowego dnia w dusznym, zatłoczonym autobusie dobitnie uświadomiłam sobie, jak bardzo otoczenie fizyczne wokół mnie wpływ na moje życie; jak bardzo przestrzeń – zrujnowana, zaniedbana, śmierdząca i brudna – w której się na co dzień poruszam wpływa nie tylko na moje samopoczucie, ale także na moje relacje z innymi ludźmi, w domu, w pracy czy na ulicy.

Teraz z perspektywy pięciu lat oraz przeprowadzki z Łodzi do Poznania zrodziły się w mojej głowie pytania: Dlaczego w Poznaniu ustępowanie miejsca starszym czy chorym postrzegam jako naturalny odruch ludzkiej życzliwości i czynię to z ochotą, a w Łodzi – nie? Dlaczego w Poznaniu idąc ulicą w tłumie mieszkańców i turystów z nikim się nie zderzam; nikt mnie nie potrąca, ani ja na nikogo nie wpadam? I dlaczego w Łodzi, gdy szłam niemal pustą ulicą musiałam niemal zderzyć się z kimś nadchodzącym z naprzeciwka, by ostatecznie się wyminąć? (Być może dlatego, że chodnik był krzywy i zbyt wąski, do tego przynajmniej w połowie zastawiony przez zaparkowane samochody – w odróżnieniu od Poznania.)

To wszystko dlatego, że w Poznaniu przestrzeń i ludzie, których doświadczam są bardziej „dla ludzi”, tzn. bardziej przyjaźni w odbiorze niż w Łodzi. – Czy w Poznaniu nie ma w ogóle ruin? Są, ale stanowią znikomy procent zabudowy, zwłaszcza w centrum (poza centrum praktycznie niespotykane). Czy w Poznaniu nie ma żuli, meneli? – Są, ale stanowią znikomy procent populacji. I tak można by wymieniać pewnie jeszcze długo. Rzecz w tym, że nie jest konieczny absolutny brak pewnych niepożądanych zjawisk czy sytuacji, aby mówić o przyjaznej dla człowieka przestrzeni. Chodzi o skalę natężenia występowania tych zjawisk; im jest ich mniej, tym lepiej się nam żyje. Czy możliwa jest całkowita ich eliminacja? W Polsce z pewnością nie (z wielu powodów, ale to oddzielny temat), w Europie i świecie – całkowita być może również nie, ale bliska 100%.

Na potwierdzenie kilka obrazów z życia Poznania (pierwszego miasta, w którym mieszkam, choć urodziłam się i przez ponad 30 lat mieszkałam w Łodzi):

OBRAZ 1. Pochmurny, choć niedeszczowy dzień; sobotnie popołudnie. Jadę rowerem przez park nad małą rzeczką. Z oddali pośrodku łąki dostrzegam pod drzewem ludzi siedzących na kocu – piknik. Podjeżdżam bliżej i spostrzegam, że jest to zapewne rodzina, rodzice z kilkuletnią córką. W końcu jestem całkiem blisko i widzę kartkę z napisem: Witaj przechodniu! Mam na imię Zuzia i dziś kończę 8 lat. Zaprosiłam rodziców na piknik. Jeśli masz ochotę, proszę, przyłącz się. Zapraszam! – A na kocu pyszne babcine wypieki oraz owoce. – „No kosmici, normalnie kosmitów spotkałam, takie rzeczy się nie zdarzają” – pomyślałam sobie, odjeżdżając po krótkiej pogawędce i pysznym poczęstunku.

OBRAZ 2. Bimba (czyt. tramwaj) w popołudniowym szczycie powrotów z pracy; dość przewiewny, jednak upał daje się wszystkim we znaki. Nagle miarowy stukot kół przekrzykuje niemowlak w wózku. Cóż robi matka? Rozmawia przez telefon – niby nic nadzwyczajnego. Ale co ja słyszę?! – „Przepraszam, muszę kończyć, mały znowu się drze; nie wiem, kiedy dojadę.” – I do współpasażerów: – „Bardzo przepraszam, już, już wysiadam. Bardzo Państwa przepraszam za ten krzyk”. I wysiadła. A ja pozostałam ze swoim oniemieniem. – Znowu kosmici?

OBRAZ 3. Ruchliwe duże skrzyżowanie w centrum miasta (przy Moście Teatralnym), z torowiskiem po środku. Nieuważna kierująca wjeżdża na tzw. „zielonej strzałce” pod rozpędzonych rowerzystów, jadących przejazdem rowerowym. Ostre hamowanie obydwu stron; na szczęście nikomu nic się nie stało. Ale cóż to?! Żadnego trąbienia, żadnych klaksonów, żadnych wyzwisk? Uprzejmy przepraszający gest kierującej, na który rowerzyści odpowiedzieli życzliwym uśmiechem? Po chwili każdy pojechał w swoją stronę; ja również, tylko znów miałam przeświadczenie, że takie rzeczy się nie zdarzają…

OBRAZ 4… Nie, nie, dość wystarczy (na początek)! Dla równowagi psychicznej Czytelnika może kiedyś opiszę migawki z Łodzi – tylko nie wiem, czy chcę do tego wracać…

Na koniec przypomnę słowa prezesa TWP START, psychologa Andrzeja Kuśmierczyka (Apel Umarłych Kamienic, 6.10.2012, Piotrkowska 58 – Pomnik Wyburzonej Kamienicy): Na co dzień spotykamy się z obojętnością wobec tego, co dzieje się w naszym mieście – nikogo nie obchodzą krzywe chodniki, kałuże na ulicach po deszczu, nikogo nie obchodzą dziury w asfalcie… Nie bierzemy odpowiedzialności za nasze miasto. A będziemy żyć w takim miejscu, w jaki sposób potrafimy o to miejsce zadbać. To miejsce nie będzie inne, bo nikt za nas tego nie zrobi; my decydujemy o tym, jak ono wygląda.

I postawię pytanie bez odpowiedzi: Jak to jest, że w tej samej Polsce – w Poznaniu (i wielu innych miastach) da się żyć, a w Łodzi nie…? Tej samej, ale nie takiej samej…

Autor:

Dorota Skrobska (Skrobek)

Palenie wbrew wszystkiemu

Swojego pierwszego papierosa zapaliłem w gimnazjum, zarzuconego podczas picia piwa w parku. Po pierwsze – robię coś buntowniczego i w grupie, po drugie – bardziej kopie z piwem. Nieźle. Dziesięć lat palenia i zbierania petów z ziemi póżniej stwierdziłem, że już tylko źle i przestałem.

Fajki w kioskach są teraz opakowane w gustowne zdjęcia mające odstraszyć palaczy. Pewnego dnia zachciało mi się coli w puszce, poszedłem do kiosku i kiedy zobaczyłem taką ścianę kiczu – prawie parsknąłem ze śmiechu. Może te opakowania mają zwiększyć świadomość palacza, ale po cholerę, skoro każdy palacz doskonale zna zagrożenia, tylko właśnie ma je w dupie.

Efektem opakowań jest atak na poczucie wartości palacza, co paradoksalnie tylko potęguje powody do tego by palić. Zaczynając od podstaw: skoro palenie jest do dupy (jak na znanym plakacie), a ja palę i tak się zniżam, ergo jestem do dupy, to zrobię coś złego, czyli zapalę. Koło się toczy.

Z drugiej strony, można tłumaczyć to tym, że w szaleństwie jest metoda, czyli celem jest tak dowalić palaczowi, żeby osiągnął swoje dno i sam powiedział – dosyć. Tyle że nie problemem jest osiągnąć dno, mniejsza nawet o motywację by się z niego podnieść. Można chcieć coś zrobić najbardziej na świecie, ale ostatecznie rozbija się o to JAK. Można grozić śmiercią, ale jak nie ma sposobu to po prostu się nie da. A jak się nie da to równie dobrze można dalej sobie palić.

Dla mnie tym JAK było odkrycie że wszystkie powody, dla których palę były fałszywe. Po prostu. To wszystko to jeden wielki fałsz, kłamstwo i iluzja. Że tak naprawdę nie palę dla żadnych korzyści, tylko palę wbrew wszystkim stratom.

– Palenie uspokaja? Nie, palenie zwiększa stres, a jedyna ulga to pranie mózgu związane z pozytywnym skojarzeniem uśmierzenia głodu, którego bym nie miał gdybym nie zapalił poprzedniego szluga.

– Palenie samo się napędza.

– Palenie daje zajęcie dłoniom? Na cholerę, jak wyżej.

– Palenie daje poczucie wolności i refleksji? Może kiedyś trochę, ale teraz wolność to na pewno nie jest, a do przemyśleń to mi nie potrzebne.

– Palenie daje okazję do przerwy? To palenie kontroluje i zmusza mnie do tego, nie paląc sam sobie wybieram momenty.

– Palenie daje okazję do pogawędki? Niepalenie + rzucenie palenia tym bardziej. Dodatkowo może skłonić do reflekcji nad swoim środowiskiem.

– Fajnie się pali do piwka? Rzuciłem picie przed rzuceniem palenia wiec to nie był problem.

– O kwestiach finansowych, zdrowotnych i poczucia wartości nie wspominając.

Ewentualne ‚nawroty’ czy jakaś nagła myśl o papierosie, szczególnie w konkretnej sytuacji to tylko zdychający nałóg i stare oprogramowanie. Pamiętając, że tylko iluzja i kłamstwo, stopniowo programuję mózg na nowo… a takie sytuacje się skasowały.

*Pisownia i gramatyka zachowana w oryginale za autorem

 

Autor: Michał Wyka

Photo credit: Foter.com

Barbie

Strychowiec. Tak nazywaliśmy w naszym domu pokój na piętrze ze skośnym sufitem.
W strychowcu stała deska do prasowania, komody na pościel, stary komputer i sześć wielkich regałów. Pierwszy regał zajmowały książki rodziców. Stare harlekiny, kuchnia polska, tyle pamiętam. Kolejne należały do mnie. Doliczyłam się raz stu lalek barbie. Później liczenie nie miało już żadnego sensu. Siedziały usadzone w dwóch rzędach na każdej półce. Blondynki, brunetki, czarne, ze skrzydełkami, takie które mogły zamykać oczy, i takie z syrenim ogonem zamiast nóg. Było też kilku kenów. Każdy wyjazd do Włoch czy każde wyjście do Warty (lokalnego domu handlowego) oznaczało nową zabawkę. Podobnie święta, urodziny albo tak po prostu. Nie pamiętam imion, które im nadawałam w kolejnych zabawach, co oznacza tylko że nie miały imion na stałe. Przypominam sobie tylko niektóre twarze tych lalek, pozostałe się mieszają. Była jedna lalka, którą zapamiętałam i zachowałam. Pocahontas miała i ma nadal dla mnie szczególne znaczenie. W Strychowcu stał też czerwony kosz z ubraniami dla barbie. I tylko Pocahontas nosiła jedno, swoje. Krótki beżowy kombinezon z turkusową falbanką
i doszytymi plastikowymi liśćmi, fioletowym i turkusowym. Na włosach miała pasemka
w tym samym kolorze. Dawno jej nie widziałam, a dobrze to pamiętam. Pocahontas miała znaczenie, ale nie była jedyną czy też stałą towarzyszką zabaw, nie broniła mnie przed potworami z szafy, nie pomagała się uspokoić. Była szczególna chyba tylko przez bajkę, inspirowała mnie do chodzenia po drzewach, bycia poza domem, przyglądania się temu,
co na zewnątrz.

Zabawek było za dużo, bajek, tych oglądanych w telewizorze, było za dużo. Zbyt mało było obecności, czasu, osób bliskich. Kiedy teraz myślę o moim dzieciństwie, nie przypominam sobie zabaw ani postaci, które wymyśliłabym sama. Były liczne inspiracje do zabaw, jednak zabrakło miejsca na wyobraźnię, na jedynego misia, który mógłby być tarczą przed całym złem tego świata. Trochę zabrakło bycia dzieckiem w dzieciństwie.

Autor: Paulina Bartosiewicz

Photo credit: Foter.com

Tatuś -10

Pierwsze wspomnienie, jak ustalił po konsultacjach z matką pochodzi z czasów, gdy miał około dziesięć miesięcy. To niemożliwe, ale jest. Stoi w łóżeczku, które ma okrągłe szczebelki pomalowane białą, olejną farbą dzięki czemu w dotyku są gładkie, śliskie i w pierwszym momencie lekko chłodne. Patrzy na pokój, ale nie ma kliszy z tym widokiem. Na następnym zdjęciu jest twarz tatusia, tuż przed jego twarzą. Tatuś widocznie klęka lub kuca. Czuje, jak ręce tatusia obejmują jego dłonie i po chwili następuje bardzo bolesny ucisk. Nie może wyrwać rączek. Płacze i po chwili tatuś zwalnia ucisk i znika z pola widzenia. Siada bezwładnie w łóżeczku i płacze dłużej niż bolą rączki.

Dzieci często zaskakują dorosłych trafnością swoich wypowiedzi, które nie wiadomo skąd biorą. Może to podsłuchane rozmowy dorosłych, a może w dziecięcych główkach nie zepsutych jeszcze obłudą dorosłych rodzą się całkiem celne komentarze do bieżącej sytuacji. Kiedyś wypowiedział zdanie, które zaciążyło na całej historii jego doświadczeń z tatusiem, a ponieważ wypowiedział je bardzo wcześnie, zanim zdarzyły się rzeczy dobre, to może przez to zdanie to, co dobre nie zdarzyło się wcale. Zastanawiał się często, kiedy tatuś zaskakiwał go nowym pomysłem, że to może właśnie dlatego, że wypowiedział tamto zaklęcie. Było one tak zaskakujące, że w całej rodzinie i wśród znajomych powtarzano je z podziwem dla malca, który coś takiego wymyślił. Śmiano się przy tym i tatuś również się śmiał. Kiedy miał dwa lata powiedział do tatusia: „Kiedy umrzesz, nie przyjdę na twój pogrzeb.” I dotrzymał słowa.

Niezależnie od pory roku matka wystawiała jego łóżeczko na taras i ustawiała tak, że widział niebo. Pięknie było zimą. Czuł na policzkach chłód nocy, a w środku było cieplutko. Czasem niebo było aż białe od naprawdę świecących gwiazd. Wstrzymywał wtedy oddech, żeby nie spłoszyć tego widoku i panowała wielka cisza. Słyszał bicie swego serduszka i mówił w myślach do niego „Cicho, cicho, widzisz jak czasem jest pięknie.” I zasypiał. Śniło mu się, że gwiazdy można dotknąć i dotykał ich, ale tak delikatnie, żeby nie popsuć ich światełka. Ale czasem miał sen, że gwiazdy od niego się odsuwają a on w końcu, rozżalony zadawał pytanie „Dlaczego?” a wtedy tracił równowagę i spadał coraz szybciej, aż gwiazdy zmieniały się w świecące smugi, których dotknięcie bolało. A gdzieś w tle słyszał śmiech tatusia i budził się przerażony. Otwierał oczy i widok przynosił mu ukojenie.

Photo credit: Foter.com

Tatuś -9

W domu zdarzały się różne przygody, czasem śmieszne, czasem nie. Rodzice dbali o dom w miarę swoich możliwości, ale nigdy nie stać ich było na urządzenia mieszkania w sposób przyjazny. Dzieci raczej nie pomagały im w tych staraniach. Pewnego razu rodzice kupili nowy żyrandol. Śliczna konstrukcja złożona z trzech ramion zwróconych do góry i jednej lampy zwróconej w dół. Żyrandol zapalało się na dwa sposoby: albo włączało się dolne światło albo naraz wszystkie i robiło się bardzo jasno. Następnego dnia po jego zamontowaniu został z bratem sam w domu, rodzice gdzieś poszli. W takich momentach chłopcy rozpoczynali coś w rodzaju zabawy. Tym razem zabawa polegała na strzelaniu do siebie z łuku i unikaniu trafienia. W pewnym momencie odebrał łuk bratu i tak nieszczęśliwie nim machnął, że stłukł dolny klosz żyrandola. Prawie nie stłukł, tylko trochę wyszczerbił. Zabawa byłą skończona. Zaczęło się nieprawdopodobnie przewlekające się czekanie na powrót rodziców. Pierwsza wróciła matka. Powiedział jej, co się stało. Matka siedziała w kuchni i cicho płakała. Przestała, gdy wszedł do domu tatuś i podała mu coś do jedzenia. Po posiłku, jak to miał w zwyczaju, poszedł do pokoju położyć się na kanapie. Włączył światło i dopiero jak położył się i poprawiał pozycję spoglądając jednocześnie w sufit, zauważył że coś nie tak. Zamarł w bezruchu i przez chwilę przyglądał się szkodzie. Zerwał się, wpadł do kuchni i wydarł się:

  • Kto to, kurwa, zrobił? Któryś z tych twoich popierdolonych synków? Odpowiadaj, kurwo!

  • Ja – stał w drzwiach kuchni, ale tatuś nawet na niego nie spojrzał. Pochylał się dalej nad matką i jakby chciał ją uderzyć wrzeszczał dalej, a ona siedziała w bezruchu z opuszczoną głową:

  • Wychowałaś sobie tych niedojebków, którym chlać nie warto dawać. Odpowiadaj szmato, co masz do powiedzenia? Umiesz tylko milczeć i ryczeć, krowo!

  • Ja to zrobiłem, ja – prawie krzyknął, choć przeraził się, że krzyknął do tatusia ale musiał ratować matkę.

  • Ty? – tatuś popatrzył ze zdziwieniem, prawie się uśmiechnął, ale zaraz rozgniewał się ponownie, ponieważ jego atak wytracił impet, okazja do dalszego dręczenia matki przepadła.

  • Nawet nie wiesz, kurwo, co się dzieje w domu – pchnął głowę matki tak, że o mało nie spadła z krzesła, przeszedł obok niego, trzasnął drzwiami, zapadła cisza.

Matka siedziała i płakała, on stał w drzwiach kuchni i domyślał się, gdzie jest brat. Nie wiedział, co zrobić i tak stał.

Matka często opowiadała mu o swoich trudnych doświadczeniach z tatusiem i chociaż nie rozumiał jej niektórych skarg, bardzo jej współczuł i chciał jej pomóc i dręczył się myślami, co powinien dla niej zrobić. Nie wiedział, co to seks, ale matka przekonała go swoim cierpieniem, że to musi być coś wyjątkowo paskudnego, do czego zmusza ją tatuś. W zasadzie nie był zdziwiony, bo jeśli tatuś czegoś żądał, to to musiało być paskudne. Seks musiał być wyjątkowo brzydki, skoro matka tak uporczywie nie chciała tego robić, mimo że tak cierpiała. Rodzice nie zawsze kłócili się. Czasem nie odzywali się do siebie i wtedy stawał się ważny, ponieważ przekazywali sobie informacje przez niego. Mógł wówczas ratować matkę. Ona mówiła głośno, tak żeby tatuś w pokoju słyszał:

  • Powiedz swojemu ojcu, że obiad gotowy. Szedł do pokoju i mówił:

  • Tatusiu, mamusia zaprasza cię na obiad – a on odpowiadał tak głośno, żeby ona w kuchni słyszała:

  • Powiedz swojej matce żeby sobie w dupę wsadziła swój obiad – a on szedł do kuchni i mówił:

  • Tatuś powiedział, że nie jest głodny.

Czuwał nad ich nieodzywaniem się i tak mijały dni, tygodnie, miesiące. Najdłuższe ciche dni trwały dwa lata.

Tatuś bywał miły. Zaproponował mu, że nauczy go gry w szachy. To był fascynujący, nowy świat. Według niektórych badaczy w szachy grano już sześć tysięcy lat temu na terenie Mezopotamii, ale do dzisiaj nie znaleziono rozwiązania gry, to znaczy takiej strategii rozegrania partii , która gwarantuje wygraną. Gra jest grą formalną o sumie zerowej, a uczestnicy gry, dwaj gracze, dążą do doprowadzenia do mata czyli sytuacji, w której zagrożony król nie może za pomocą jakiegokolwiek ruchu uniknąć tego zagrożenia. Możliwy jest również pat, kiedy to gracz nie może wykonać ruchu, z powodu blokady jego bierek, zwanych czasem figurami. Zwykły mecz to trzy partie rozegrane po kolei. Niekiedy partia szachów jest rozgrywana przez wiele dni, chyba że gracze ustalą limit czasu na zastanowienie przed następnym ruchem. Najlepsi szachiści grają w szachy z najlepszymi komputerami. Jak na razie nie ma pewności, kto gra lepiej.

Grał chętnie i uczył się szybko. Przegrywał coraz trudniej a partie trwały coraz dłużej. Znalazł książkę o szachach i dużo czytał. Dowiedział się o klasycznych gambitach i śledził partie rozegrane przez mistrzów. Wygrał. Tatuś pochwalił go. Następną partię również wygrał. Tatuś milczał i rozpoczęli trzecią partię. Był z siebie dumny, bo widział, że wygrał. Cokolwiek tatuś by nie zrobił, przegrał. Siedział dumny z siebie i czekał na ostatni ruch. Zupełnie stracił czujność. Żeby się chociaż nie uśmiechnął. Tatuś długo siedział pochylony nad szachownicą, powoli podniósł głowę i spojrzał na niego ciężkim wzrokiem spod opuszczonych powiek. Było za późno żeby cokolwiek zrobić. Tatuś szerokim gestem, z rozmachem zrzucił wszystkie figury z planszy aż rozsypały się po całym pokoju. Ostatni pion zawahał się przez chwilę i ustał. I to chyba tatusia rozzłościło najbardziej. Zerwał się, chwycił deskę, uniósł wysoko nad głowę i trzasnął nią z całej siły o podłogę. Rozleciała się. Siedział w bezruchu, a tatuś kopnął resztki szachownicy i bez słowa wyszedł. Niestety, nigdy więcej nie zagrali.

Photo credit: Foter.com

Tatuś -8

W głębi, za stawem były różne zabudowania, rozmaicie wykorzystywane. O przeznaczeniu większości nic nie wiedział. Trochę bał się tam zbliżać, więc nie chodził w to miejsce zbyt często. Trochę na uboczu, wysunięta do przodu, skierowana szczytem do stawu stała opuszczona, stara szopa zbita ze spróchniałych desek. Jej półotwarte drzwi kusiły żeby wejść, ale wewnątrz było ciemno. Pociągnął ją za rękę, a ona roześmiana wbiegła do środka. Zobaczył ją w cieniu, pod przeciwległą ścianą, w ciemności. Przekraczał świetliste kurtyny złotego kurzu wirującego w słońcu, odmierzone przez szpary w deskach ściany, jedna po drugiej. Aż zobaczył ją całkiem wyraźnie. Podała mu ręce. Widział jej matowobrązowe szeroko otwarte oczy. Ciemne na obrzeżach i jasne wokół źrenicy. Będzie poszukiwał takiego spojrzenia przez wiele lat, może do końca życia. Zapamiętał jej włosy, roztrzepane, bezładnie opadające na ramiona. Kropla upadła niechcący. Miał pięć lat. Mieszkała po sąsiedzku, widywał ją często, ale nigdy więcej nie spotkał. Wielokrotnie chodził w tamto miejsce i kiedy jej nie było, nie czuł rozczarowania. Wystarczyło tam być a przeżyte uczucie wracało natychmiast.

Po lekcjach lubił chodzić blisko murów domów. Przyglądał się szczelinom w murze, odpadającym, pozwijanym na brzegach, płatom starej farby. Poznawał rysy i zacieki na tynkach. Odnajdywał w nich kształty, których inni nie widzieli. Widział niejasne zarysy ludzi ustawionych w dziwacznych pozach i wykonujących tajemnicze gesty. Czasem nie udawało się odkryć kształtu i taki rysunek był najciekawszy. Zdarzało się, że przystawał i rozmyślał, kto chce powiedzieć coś, czego on nie umie odczytać. To zainteresowanie ścianami domów dawało mu schronienie przez wzrokiem przechodniów. Odczuwał niepokój za każdym razem, kiedy jego spojrzenie spotkało się ze wzrokiem kogoś obcego. Niepokoiło go, że obcy zobaczy w jego oczach coś, czego nie powinien widzieć, że obcy skradnie mu tajemnicę. Nie sprawiał problemów wychowawczych, ale kiedy matka miała do niego o coś pretensje, mówiła: „Patrz mi w oczy, słyszysz, masz mi patrzeć w oczy.” Był przekonany, że kiedy patrzyła mu w oczy, to dowiadywała się w ten sposób wszystkiego i on miał tylko potwierdzić to, co i tak widziała. Każde składanie wyjaśnień odczuwał jako zbędną, upokarzającą torturę. Tatuś korzystał ze wzroku inaczej, stwierdzał najczęściej, że nie może na niego patrzeć lub, że chce mu się rzygać jak na niego patrzy.

Narysował krowę na parapecie. Krowa (Bos taurus, category Holstein) to ładna krowa, łaciata. Należy, jak inne krowy do rodziny krętorogich. Bydło pochodzi od tura i zostało udomowione około sześć, siedem tysięcy lat temu w Azji. Zalicza się do przeżuwaczy i ma charakterystyczną budowę układu pokarmowego. Na świecie jest 1,3 miliardów sztuk krów, byków, cielaków i jałówek.

  • No, choć zobacz, co on narobił – tatuś był nieoczekiwanie miły dla matki.

  • Och, Wojtusiu, dlaczego pomazałeś parapet, masz to natychmiast zmyć – matka patrzyła na tatusia swym psim wzrokiem, jakby chciała zapytać: „Dobrze, dobrze mu powiedziałam.”

Tatuś przystawił sobie krzesło do parapetu i udawał, że czegoś pilnie wypatruje przez okno, więc ścierał swój rysunek w niewygodnej pozycji, bo bał się dotknąć tatusia. Kiedy skończył, tatuś poszedł sobie. Może akurat zobaczył to, co chciał.

Po latach, w innych okolicznościach poczuł coś podobnego. To był czas otwartej wojny z tatusiem, który trochę pomieszkiwał, a czasem wyprowadzał się na jakiś czas i nie wiadomo było kiedy znowu się pojawi. Wojtek wyjechał na wakacje, pozostawiając matkę w domu samą, bezpieczną. Jeździł autostopem i był wolny. Akurat złapał dobry kurs i postanowił wpaść do domu. Było bardzo wcześnie rano i już w przedpokoju wiedział, że jest źle. Zobaczył męskie buty, obok butów matki a kiedy otworzył drzwi do dawnego pokoju rodziców zobaczył matkę śpiącą w objęciach tatusia. Tatuś obudził się i spojrzał z triumfem, ale on wyraźnie widział jego skulony ze strachu cień. Wyszedł nie zamykając drzwi. Łatwo złapał kolejny samochód i pojechał daleko. Do dziś nie wiadomo, czy wrócił.

Photo credit: Foter.com

Tatuś – 7

Stolarnia mieściła się w przestronnej piwnicy, a na środku wsparty na czterech grubych nogach wielki stół. Blat stołu był wyposażony w różne pomocnicze urządzenia pozwalające unieruchomić drewno na czas obróbki w dowolny sposób. Tatuś majsterkował wytwarzając różne przedmioty: stoły, stołki. Zrobił nawet samochód, cały z drewna, nawet koła miał drewniane. Miał go dostać, ale tatuś mówił ciągle, że samochód nie jest jeszcze gotowy. Wyobrażał sobie, jak będzie nim jeździł. Podziwiał złożoność układu kierowniczego, bo samochód miał skręcać. Głaskał gładko wypolerowane profile maski samochodu, przyglądał się ławeczce, na której usiądzie. Nie wiedział, jak samochód będzie się poruszał, ale miał zaufanie do mądrości tatusia. Przez miesiąc o niczym nie myślał, tylko o nowej zabawce. Pewnego dnia samochód zniknął. Kiedy zapytał tatusia, gdzie podział się jego samochód, tatuś ze zdziwieniem zapytał, jaki samochód. W stolarni najpiękniejsze było to, że w kącie leżała spora kupa wiórów. Można było się na nich położyć, leżeć na miękkim, pachnącym materacu, i zagarniać na siebie wióry, aż się prawie całkiem zakopać. Do stolarni zaglądał coraz rzadziej, a kiedy wyprowadzili się do miasta, wcale nie żałował.

Naprzeciw kamienicy, w której mieszkali był sklep ze sprzętem radiowo-telewizyjnym. Stawał czasem przed wystawą i zaglądał do sklepu, patrzył na ekrany włączonych telewizorów. W końcu u niego w domu pojawił się telewizor. Wieczorami siadali przed odbiornikiem i oglądali. Najpierw matka czytała w gazecie, co będzie i oglądali. Jak przychodził tatuś to mogło być tak, że dalej oglądali program razem. Ale często było i tak, że tatuś w trakcie trwania programu wyłączał odbiornik i kazał robić co innego. Nauczył się, że trzeba pilnie patrzeć, bo w każdym momencie telewizor może być wyłączony, ale taka napięta uwaga mocno go męczyła. Telewizja rozwijała się w tym czasie dość szybko i ciągle przybywało atrakcyjnych programów, których oglądanie można było przerwać w najciekawszym momencie. Obszar udręki stale się zwiększał. Odkrył, że może siedzieć przed wyłączonym telewizorem i oglądać ruchy odbite w martwym ekranie, a jeszcze później nauczył się patrzeć w wyłączony telewizor i czekać, na coś, co pojawi się samo. Matka czasem przyłapywała go na takim siedzeniu przed telewizorem, więc przestał przypatrywać się ekranowi, a tylko zerkał i wiedział, że jak pojawi się to ważne, to on tego nie przegapi.

Miał radio. Radio było stare, lampowe. Zaglądał do niego i przyglądał się tajemniczym ognikom i konstrukcjom wewnątrz szklanych walców. Przyglądał się kondensatorom i opornikom i plątaninie różnokolorowych kabelków, które łączyły te wszystkie części w tak wyrafinowany sposób, że wystarczyło nacisnąć klawisz i płynął dźwięk. Nie próbował nauczyć się funkcji i parametrów poszczególnych części, nie chciał poznać konstrukcji aparatu. Przyglądał się radiu włączonemu i wyłączonemu. Chciał zrozumieć magię fali radiowej, która raz wyemitowana płynie przez wieczność, a on za pomocą tego urządzenia może przechwycić część tej fali i zamienić na słyszalne, drgające powietrze. W lepszym słyszeniu pomógł mu Sławek. Matka nic nie mówiła o Sławku ponieważ go się bała, przychodził rzadko, może był u niego ze trzy razy. Sławek miał bujne, kręcone włosy i nosił fryzurę podobną do fryzury króla elektrycznej gitary. Później i on dowie się kto to był król, ale teraz Sławka lubił, bo Sławek sam skonstruował gramofon, słuchał prawdziwej muzyki i grał na gitarze. Po paru latach zmarł przedawkowując heroinę. Razem przerobili radio tak, że można było podpiąć do niego drugi głośnik i uzyskać efekt pseudostereo. Słuchał muzyki głośno, ale jak przychodził tatuś, to słuchał po cichu i za zamkniętymi drzwiami. Któregoś razu włączył radio, a ono nie grało, było ciemne i głuche, martwe. Łatwo znalazł przyczynę. To kabel zasilający był przecięty, ale tak sprytnie, że tuż za tylną ścianką i dlatego nie zorientował się od razu. Po naprawieniu odbiornika nigdy nie włączał go, kiedy tatuś był w domu, bo bał się, że jak on odkryje, że radio jest naprawione, to popsuje je jeszcze bardziej.

Jaka była pierwsza przeczytana samodzielnie książka, nie pamiętał. Czytał całe dnie i wieczory. Nareszcie ktoś do niego mówił i chociaż często niewiele rozumiał, to wsłuchiwał się w brzmienie słów, ich kształt, a czasem znaczenie. Nikt nie pomagał mu w doborze lektur, więc wczytywał się w łatwe przygody różnych awanturników na krańcach świata ale czasem odbijał się od tajemniczych słów w podręcznikach akademickich. Wieczorami tatuś gasił światło, więc lektura była przerwana, ale mógł ją rozpocząć na nowo, rano. Budził się o świcie i sprawdzał, czy jest na tyle widno, że można rozpoznać litery. Spoglądał na tekst, szukał najwłaściwszego ustawienia książki względem światła i kiedy było jeszcze zbyt ciemno, leżał i czekał. Zimą, w najkrótsze dni nie można było czytać rano. Jego łóżko było ustawione pod oknem w ten sposób, że jak leżał na wznak, to widział skrawek nieba odcięty z jedne strony górną krawędzią okna a drugiej – szczytem kamienicy po przeciwnej stronie ulicy. To były dobre chwile. W domu było cicho i chociaż nie słyszał żadnych innych dźwięków poza oddechem brata, czuł że dom śpi, jeszcze się nie zaczęło. Wreszcie było dość światła i zaczynał czytać. Od pewnej chwili trzeba było zachować czujność, bo zbliżała się godzina, kiedy do pokoju wchodziła matka i budziła ich do szkoły. Chował wtedy książkę, udawał głęboki sen. Najpierw budziła brata i wtedy mógł obserwować ją spod przymkniętych powiek. Wtedy po raz pierwszy zobaczył cień, towarzyszącą jej postać.

Wyobrażał sobie, że słowa to miłe zwierzątka, które mają łapki takie jak szop pracz (Procyon lotor z rodziny szopowatych), ale są znacznie mniejsze i baraszkują sobie w sianku, wygrzewają w słonku i to im wystarczy do życia. Futerka mają w różnych odcieniach bieli i szarości a niektóre są całkiem czarne. Czasem zmieniają kolory, w zależności od tego, jak są ustawione. W dobrej prozie chętnie łapią się za rączki i uśmiechają się. A w złej poukładane są tak, że jest im niewygodnie, a odcienie futerek nie pasują do siebie. W poezji zwierzątka zachowywały się zagadkowo i często nie rozumiał ich zachowania.

 

 

Photo credit: Foter.com

Tatuś – 6

Brat był dzieckiem bardzo żywiołowym. Zaprowadzony na plac zabaw musiał być pilnowany przez niego i matkę, bo nie było wiadomo, gdzie zaraz przerwie zabawę w piaskownicy i gdzieś pobiegnie, nie oglądając się za siebie i nie reagując na wołanie. Musiał za nim biegać i przyprowadzać go do matki, a ona mówiła do brata, jak jej z nim ciężko i pytała, „dlaczego nie jesteś taki jak Wojtuś?” Brat słuchał nieuważnie. Po chwili szedł się bawić do piaskownicy albo znowu gdzieś biegł i trzeba go było znowu złapać i matka znów skarżyła się, że nie jest taki, jak Wojtuś. Jemu to trochę pochlebiało. Pewnego razu brat, a miał wówczas nie więcej niż cztery lata, pokłócił się w piaskownicy. Wojtuś widział całą scenę, ale nie zdążył zareagować. Brat zaczął szarpać się z innym dzieckiem, wyrywali sobie wiaderko do stawiania babek z piasku. Brat puścił wiaderko, chwycił szpadelek i zadał dziecku silny cios w głowę. Dzieciak upadł wrzeszcząc wniebogłosy, a spod ręki przyciśniętej do głowy polała się dość obficie krew. Brat obrócił się i zaczął napierać piasek do wiaderka, ale nie zdążył zrobić babki. Wybuchła ogólna awantura, a matka pokrzywdzonego dziecka zwymyślała jego matkę. To był koniec spaceru. W domu matka lamentowała nad swoim nieszczęśliwym życiem, zmarnowaną młodością, nieudanym małżeństwem, dziećmi, które sprawiają same kłopoty i że pójdzie sobie w cały świat. Brat zachowywał się tak, jakby nie rozumiał sytuacji. A on najbardziej przeraził się tego pójścia w cały świat, bo zupełnie nie rozumiał, co to znaczy, chociaż ona powtarzała tę groźbę coraz częściej. Wiedział, że zawiódł ją całkowicie.

Po drugiej, południowej stronie miasta stały rozległe lasy, ale zupełnie inne niż jego las. Podstawę drzewostanu stanowiła tam sosna (Pinus sylvestris z rodziny Pinaceae). Zbawienny wpływ sosny na organizm człowieka dostrzeżono już dawno i między innymi zalecano spacery po nagrzanych słońcem, pachnących żywicą lasach sosnowych. Mikroklimat tych lasów inspirował ludzi, by stawiać w nich lub na ich obrzeżach domy letniskowe, wypoczynkowe i zakłady lecznicze. Do takiego zakładu leczniczego wysłany został brat. Nie umiał sobie przypomnieć, co było powodem takiej decyzji, ale pobyt tam miał trwać co najmniej trzy miesiące, a może pół roku. Miał wtedy może pięć lat a może trochę więcej.

Pojechali do niego w niedzielę tramwajem w trójkę: tatuś, matka i on. Do ośrodka szło się leśną piaszczystą drogą, trochę pod górę. Piasek był czysty, żółty a boki kolein osypywały się cichutko. Piasek nasypywał się do butów i trzeba było co jakiś czas zatrzymać się, usiąść i go wytrzepać. Spotkali brata przed budynkiem. Ściskali go mocno, siedzieli na ławce, rozmawiali a brat płakał i prosił, żeby go zabrać do domu. Bo tutaj jest pani, którą dzieci nazywają Siostra Marchewa i on strasznie się jej boi, a ona bije dzieci, krzyczy i grozi zamykaniem w piwnicy. Jego właśnie zaprowadziła do ciemnej piwnicy i powiedziała, że go tam zamknie, jeśli będzie wrzeszczał w kąpieli, a woda była taka gorąca, a po niedobrym jedzeniu, które musiał zjeść zwymiotował i wtedy Siostra Marchewa go zbiła. Matka słuchała i płakała razem z nm, a tatuś przysłuchiwał się obojętnie. Brat został. W drodze powrotnej tatuś zrobił matce awanturę, że wychowuje syna na mazgaja i szmatę jak ona sama. Wrócili osobno.

Po kilku wizytach brat przestał prosić o powrót do domu. Pamięta, jak stał na tle wielkiego, starego budynku. Szare tynki z ciemnymi otworami okien. Zakład był architektonicznie niezwykle ciekawy: wykusze, kolumienki, wieżyczki wieńczące fasadę, co tworzyło tajemniczą aurę. Ubrany był w nie swoje ubranie: szara bluzka, szare rajtuzy i dziecięcy, niedoprany fartuszek z płótna z niebieskobladym szlaczkiem na krawędzi. Stał w bezruchu przed matką i tatusiem ze spuszczoną głową i milczał. Nie odezwał się w czasie całej wizyty. Był wtedy taki mały.

Po powrocie z leczenia do domu matka zauważyła zmianę w zachowaniu brata. Całymi godzinami bawił się jednym klockiem, nie odzywając się. Grzecznie wykonywał polecenia, a po jakimś czasie zaczął się odzywać zmienionym, cichym głosem.

Życie codzienne toczyło się głównie w kuchni i dużym pokoju. Mniejszy pokój, jako że gorzej ogrzewany stał zwykle pusty i ciemny. Brat nigdy tam nie wchodził pierwszy. Bał się ciemności, a żeby zapalić światło trzeba było zrobić dwa kroki w ciemność. Pewnego razu tatuś wrócił późno. Matka rozpłakała się, że miał wrócić wcześniej i pomóc jej. Chociaż nigdy nie dotrzymywał słowa, ona zawsze robiła taką samą scenę. Tatuś wściekł się, a to znaczyło, że będzie niedobrze. I było. Wojtuś stał w drzwiach między pokojami, patrzył i słuchał, jak tatuś wrzeszczy na matkę i obrzuca ją obelgami, i zauważył w małym pokoju ruch. W najciemniejszym miejscu, pod stołem, przy samej ścianie siedział jego brat. Kolana miał podciągnięte pod brodę, obejmował rękoma nogi i mocno się trząsł. To było niedługo po jego powrocie.

Brat nigdy nie stał się ważną dla niego postacią. Zaledwie kilka razy zaistniał wyraźniej. Chodził do tej samej szkoły podstawowej, tego samego liceum, ukończył te same studia a później jego losy potoczyły się innymi drogami.

 

 

Photo credit: Foter.com

Tatuś – 5

Czas zimowych świąt jest zawsze wyjątkowy. W jego domu był to czas wyjątkowy i uroczysty. Matka robiła wielkie porządki w kuchni. Nie wiadomo po co wyciągała wszystko z szafek i myła, a następnie wycierała do sucha i wkładała z powrotem. Uprzednio myła szafki wewnątrz. Wykonywała przy tym różne gesty i wydawała z siebie różne westchnienia, które miały świadczyć o tym, jak bardzo jest zapracowana, zmęczona i osamotniona w swym trudzie. Pomagał jej więc, od kiedy pamiętał i robił, co umiał. Na początku tylko wycierał naczynia, a z czasem nauczył się myć, wycierać, myć szafki wewnątrz, zmywać podłogę w kuchni, cyklinować i pastować parkiet, odkurzać dywany, myć okna, wbijać gwoździe, malować ściany, przykręcać kontakty, naprawiać dolno- i górnopłuki, gwintować rury, mieszać zaprawę murarską, naprawiać zamki i szklić szyby, wymieniać uszczelki, prasować i szyć, piec ciasto i mięsiwa, kroić makaron domowej roboty i kleić pierogi. Okazał się pojętnym uczniem.

Tatuś nie brał udziału w przygotowaniach świątecznych. Nie było go.

Przed świętami przywozili węgiel. Do piwnicy schodziło się schodami, które miały wysokie stopnie. Ciemność rozświetlały sprytnie rozstawione świece. Pierwsza na zakręcie schodów, druga na zakręcie korytarza, korytarz zakręcał w lewo, trzecia przy otwartych drzwiach komórki, czwarta wewnątrz na półce. Węgiel przywoził wóz zaprzęgnięty w dwa potężne holenderskie konie. Węglarze zrzucali węgiel na podwórko i stał przy tym węglu czekając na matkę. Przynosiła dwa wiadra i znosił z nią węgiel do piwnicy. Najpierw po jednym wiaderku. Trzymał je oburącz przed sobą i schodził po schodach w rozkroku. Później, jak był większy brał dwa wiadra, ale wtedy musiał się pochylać, żeby nie uderzyć głową o sklepienie korytarza. A później, kiedy był jeszcze większy wrzucał węgiel do piwnicy sam i z dumą meldował matce, że skończył. Robota trwała trzy, cztery godziny. To nic dla młodego człowieka.

Węgiel paliło się w kaflowym piecu, wysokim jak szafa. Piec był wmontowany w ścianę między pokojami w taki sposób, że prawie cały stał w dużym pokoju, ale jego tył grzał mniejsze wnętrze. Lubił rozpalać ogień. Na pogniecioną gazetę układał szczapy drzewa, od najdrobniejszej do najgrubszej, a na to drobne węgielki. Podpalał wszystko zapałką i patrzył jak powstawał ciąg powietrza, cug, uginający płomienie w głąb pieca. Dorzucał grubsze kawałki węgla i patrzył, jak spalone okruchy spadają przez ruszt i zamierają w kupkę popiołu. Zamykał drzwi pieca zawsze z ociąganiem, zasmucony niemożnością dalszego oglądania ognia. Boki pieca rozgrzewały się leniwie i w pokojach robiło się ciepło.

Tatuś nie uczestniczył w gospodarowaniu węglem.

Najbardziej lubił dzień kiedy ubierało się choinkę. Najśliczniejsze bombki były takie z wgłębieniem w kształcie reflektorka. Zaglądał tam i widział przesuwające się, niezrozumiałe kształty, jak w swoich snach. Bombki wieszał na zimnej choince i ona ożywała. Igły były chłodne, jeszcze pachniały mrozem. Dopiero jak zrobiły się ciepłe, zaczynały umierać. Pamiętał piosenkę o choince:

O Tannenbaum, o Tannenbaum,

Wie grün sind deine Blätter!

Du grünst nicht nur zur Sommerzeit,

Nein auch im Winter, wenn es schneit.

O Tannenbaum, o Tannenbaum,

Wie grün sind deine Blätter!

I szeptał ją cichutko, tak żeby nie spłoszyć refleksów wewnątrz reflektorka bombki. Przychodził tatuś, i odzywał się do matki po miesiącach milczenia i robiło się błogo.

Później były życzenia i uściski, które musiał udawać. Matka chciała, żeby w wigilię było dobrze i składanie życzeń uważała za ważny element świąt. Nie umiał składać życzeń i nie chciał. Stał i milczał. Nie byli z niego zadowoleni. Nie życzył tatusiowi niczego dobrego i raczej sobie chciałby życzyć sobie innego tatusia, ale wiedział, że tego powiedzieć nie może, bo tatuś będzie zły. Bąkał coś pod nosem i to chyba było niedobre i złościło tatusia i pewnie dlatego pod jakimkolwiek pretekstem tatuś przerywał wigilię i wychodził. Trochę czuł się winny, że popsuł tatusiowi wigilię, ale było dobrze i po cichu cieszył się. Matkę nawet lubił, ale nie lubił jak go dotyka. A ona przy życzeniach dotykała go i całowała. Chciał wytrzeć to miejsce ale wiedział, że matce będzie przykro więc czekał i robił to dopiero wtedy, gdy wychodziła do kuchni. I chociaż na jego twarzy nie było żadnego śladu, czuł ulgę, kiedy dokładnie się wytarł. Otrzymywał prezenty, tego jest pewien, ale żadnego nie zapamiętał.

Zapamiętał życzenia tatusia:

  • I życzę ci, synu, żebyś jednak wyrósł na porządnego człowieka, bo jak na razie to nie ma widoków. Nawet do kopania rowów się nie nadajesz, bo potrzebujesz jeszcze dwóch, co by ci sznurek rozciągnęli, żebyś kopał równo – a matka śmiała się głośno i złożyła mu swoje życzenia:

  • A ja ci życzę, żebyś pod płotem nie zdechł albo do więzienia nie trafił – i ta myśl prześladowała ją i ona nią jego, przez najbliższe pięćdziesiąt lat. Przynajmniej próbowała zarazić go takim obrazem przyszłości.

Uroczysta kolacja zaczynała się od zupy grzybowej, letniej i bez smaku. Jadł ją z zapałem myśląc, że jeśli będzie grzeczny, to kolacja potrwa dłużej. Zwykle w okolicy smażonego karpia, który był drugą potrawą wybuchała awantura.

Zapachy świąt są niezwykłe. Zapach świeżo upieczonego ciasta miesza się z zapachem umytej podłogi, nowej, na ten czas specjalnie uprasowanej koszuli, pomarańczy i cytryn, zmienionej pościeli. Wdychał te zapachy dyskretnie, bojąc się trochę, czy matka nie zapyta, jak przed rokiem: „Czy nie jest ci duszno, synku.”

Zasypiał przy uchylonych drzwiach. Patrzył uporczywie w szparę do pokoju obok, gdzie stała choinka. Widział podłogę matowo rozświetloną lampkami rozwieszonymi na drzewku. W pokoju było ciepło i jakoś jasno. Czasem, jak tatuś zostawał cały wieczór, słyszał „Pierdol się, ty kurwo.” I trzaśnięcie drzwiami.

Danio pręgowane to ruchliwa rybka (Danio rerio syn. Brachydanio rerio). Doprowadzenie jej do dorosłości i zdolności rozrodczych jest łatwe. Trudne jest przygotowanie akwarium tarliskowego, bo owe rybki są niezwykle zainteresowane pożeraniem własnej ikry. Trzeba przygotować ruszt ikrowy, co polega na tym, że nad dnem zbiornika umieszcza się ramkę z sztywno naciągniętą siatką, przez którą przelecą ziarna ikry, ale nie przedostanie się tam rybka. Zrobił to wszystko. W dniu wigilijnego święta jego danio odbyły tarło i złożyły tysiąc ziarenek ikry. Odłowił tarlaki, a one chętnie wróciły do akwarium ogólnego. Ikra pokrywała całe dno zbiornika tarliskowego. Może urodzi się tysiąc rybek. Następnego dnia, w pierwszy dzień świąt odkrył, że ikra jest biała, martwa. Tatuś wyłączył ogrzewanie. Lubił, jak tatuś po awanturze wychodził w wigilię z domu.

Matka gotowała i jak to w kuchni, zawsze czegoś brakuje, akurat wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebne. Niespodziewanie okazuje się, że nie ma soli albo mąki, albo musztardy, oleju. Prawdę mówiąc może zabraknąć wszystkiego. Jak już podrósł, a matka była zbyt zajęta, posyłała go do sklepu. Kupował więc tę jedną czy dwie brakujące rzeczy. Szczególnie chętnie chodził do piekarni, w której pracowali starzy piekarze. Ona, stale ze zmarszczonym czołem ale dobrotliwie uśmiechnięta. On, wielki i gruby, zamaszystym ruchem wykładał gorące bochenki na półki robiąc przy tym dużo rumoru. Bochenki padały na deski i pierwszy jeszcze się turlał i podskakiwał a już leciał następny. Piekarz miał chore, lekko przymknięte oko i obwisłą dolną wargę i kiedy spoglądał na klienta, wydawało się że kpiarsko daje do zrozumienia, że rozumiemy się przecież, że to wszystko przecież na niby. Oprócz chleba w piekarni można było kupić świetny, kwaśny barszcz. Piekarz nalewał barszcz w charakterystyczny sposób. Najpierw energicznie mieszał we wiadrze, waląc łychą po wewnętrznej stronie boków naczynia a następnie wyciągał daleko przed siebie słoik, który trzeba było przynieść ze sobą i z wysoka nalewał strumień gęstego, mętnego białawego płynu. Nigdy nie uronił kropelki.

Wracał do domu roztargniony i często stawał przed wystawami sklepów i zakładów rzemieślniczych na jego ulicy. Na wystawie krawca na drewnianym trójnogu stał manekin bez głowy i bez rąk i maszyna do szycia. Patrzenie na te przedmioty było przerażające, ale pociągało. Później przeczytał tabliczkę i zapamiętał jedno słowo „cech”. I zrobiło się jeszcze bardziej tajemniczo, bo co to „cech”. Później odkrył, że piekarz też należy do „cechu”, bo do cechu się należy. Lubił też zaglądać przez dziury na skład złomu, gdzie piętrzyły się góry pogiętego żelastwa rzuconego w zupełnym nieładzie. Patrzył i nie umiał odkryć, co to znaczy. Nagle spostrzegał, że zgubił resztę. Chodził więc i rozpaczał, jak wróci do domu i tak mijały godziny. Wiedział, że musi przecież wrócić i wracał. Matka ciężko opadała na krzesło, podpierała czoło ręką tak, że nie widział jej twarzy i płakała. Stał i czekał aż przestanie.

Dowiedział się, że Marek uciekł z domu i pewnego dnia, a nie szedł do szkoły, też uciekł z domu. Wyszedł zamykając za sobą cichutko drzwi i zbiegł po schodach. Stanął na ulicy i poczuł, że dobrze jest uciec. Włóczył się ulicami odchodząc coraz dalej od domu. Po pewnym czasie zaczęły go boleć nogi. Posiedział w parku, zmarzł i poszedł dalej, ale nogi bolały znowu. Wędrówka podobnymi do siebie ulicami stawała się coraz bardziej monotonna. Chciało mu się jeść i pić, marzł. Chciał być w ciepłym domu, przy gorącym piecu, jednak postanowił, że wytrwa. Po kolejnej godzinie czy dwóch głód ustał a pragnienie jednak nie. Poprzedniego dnia padał śnieg i gdzieniegdzie leżały całkiem duże kupy białego puchu. Zjadł trochę wzorem wędrowców z północy. Po chwili było jeszcze gorzej. Ogarnęły go nudności, więc przestraszony schował się w krzakach i tam długo wymiotował. Powrót do domu był przesądzony. Kiedy w końcu tam trafił było już ciemno. Nie słyszał, co mówiła matka. Było coś o tym, że jutro albo tuż, tuż wigilia, a on niczego nie umie uszanować, nawet jej ciężkiej pracy. Widział jej łzy i uśmiech tatusia, który z rozbawieniem oglądał całą scenę. Zrozumiał że ma iść umyć się i pójść spać. Nigdy więcej nie uciekał z domu. Ból, głód i strach to wielcy nauczyciele.

 

 

Photo credit: Foter.com

Tatuś – 4

Grzeczni chłopcy słuchają rodziców a on był grzecznym chłopcem. Szaleństwo ogarnęło wszystkich i każdy chodził na przerwie z torebką oranżady w proszku. Oblizywało się palec i taki mokry wkładało do torebki. Proszek przyklejał się do palca i można go było oblizać czując w buzi słodkokwaśny musujący smak oranżady. Wszyscy mieli żółte języki ale nie on. Matka wytłumaczyła mu, że oranżada w proszku jest niezdrowa, a takie jej jedzenie jest niehigieniczne, więc nie jadł oranżady i tylko on miał inny język. Po latach, kiedy miał własne pieniądze i przestał słuchać matki, poszedł do sklepu i zapytał:

  • Czy jest oranżada w proszku – to jeden z najradośniejszych momentów w jego życiu, kupuje oranżadę w proszku. Robi to, co chce i chociaż narobi dużo głupstw, wie, że żyje.

  • Jest – mówi znudzona, lekko obrażona ekspedientka.

  • Poproszę.

  • Ile? I sięga na półkę.

  • Wszystko. Wykłada na ladę chyba ze sto torebek.

  • Może dać panu reklamówkę?

Wraca do domu, wygodnie sadowi się na swoim krześle i oddziera brzeg torebki. Oblizuje palec i mokry wkłada do środka. Kryształki oranżady przyklejają się do palca. Ostrożnie wkłada do ust i smakuje… Oranżada w proszku smakuje jak ma się dwanaście lat, później już nie. Wyrzucił cały kupiony zapas.

Tatuś nie lubił jego królika (Oryctolagnis cuniculus). Związki człowieka z królikiem można prześledzić od czasów biblijnych. Księgi Kapłańska i Powtórzonego Prawa wymieniają królika jako zwierzę nieczyste. Feniccy żeglarze natknęli się na króliki na półwyspie Iberyjskim i omyłkowo biorąc je za góralki nazwali je i-shepan-ham. Błędnie użyta fenicka nazwa królika stała się podstawą dla łacińskiej nazwy prowincji rzymskiej – Hispanii. Starożytny geograf Strabon napisał w 3 tomie swojego dzieła Geographica hypomnemata określił Hiszpanię jako „krainę królików”. Pliniusz Starszy w swej Historia naturae pisze o pladze królików na Balearach oraz o zniszczeniach w umocnieniach miasta Tarragona dokonanych przez króliki kopiące swoje nory w wałach miasta. Mięso królików było na tyle lubiane przez Rzymian, że introdukowali oni króliki na terenie całego Imperium Rzymskiego. Dobór sztuczny królików rozpoczął się w średniowieczu we francuskich klasztorach. Mnisi byli zainteresowani królikami, ponieważ uważali nowo narodzone zwierzęta jak też królicze płody za zwierzęta wodne, których mięso mogło być spożywane w czasie Wielkiego Postu. Początkowo dobór był ukierunkowany na wielkość i łagodność zwierząt. W XVI pojawiły się pierwsze rasy kolorowe. Jednym z pierwszych przykładów królików hodowanych dla ich futra przedstawia obraz Hansa Hoffmanna Hare z 1587. W 1700 istniało już 7 ras kolorowych. W XIX wieku, kiedy pojawiło się powszechne upodobanie zwierząt, miłośnicy królików rozpoczęli pokazy królików w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych. Tworzono i modyfikowano rasy dla potrzeb widowisk, odchodząc od ras, które były stworzone w celu dostarczania pokarmu, futra lub wełny. Pojawienie się królików, jako zwierząt trzymanych w domach rozpoczęło się w Epoce wiktoriańskiej. Udomowione króliki stawały się popularne jako zwierzęta pokazowe i maskotki.1

Kiedy królik po raz kolejny przegryzł kabel, tatuś rzucił królikiem o ścianę, kazał matce ugotować go i on musiał go zjeść przyprawionego w warzywach. Mimo pewnego niesmaku, związanego z tym, że królik był niedosolony, zjadł go do ostatniego kawałka.

Ryż preparowany to było coś niezwykłego. Kupowało się to w wypchanych przezroczystych torbach i jadło garściami. Ziarna były podłużne, lekkie i suche, przez co przyklejały się do podniebienia. Wszystkie dzieci jadły ryż preparowany. Ale on nie, ponieważ matka powiedziała, że to jest niezdrowe, a dzieci muszą być karmione tym, co zdrowe, żeby dobrze się rozwijały. Kiedyś, jak nikt nie patrzył wyjął z kosza na śmieci opakowanie, w którym ktoś nieuważny porzucił kilka ziaren ryżu. Zjadł je ukradkiem.

1Wykorzystano artykuł z Wikipedia.pl, 18.07.09

 

 

Photo credit: Foter.com

Otoczenie fizyczne a moje życie – miejskie migawki z „kosmitami” w rolach głównych

Po raz pierwszy na otaczającą mnie przestrzeń zwróciłam uwagę jadąc autobusem. Zawsze siedziałam (taki ze mnie cham!), …

Palenie wbrew wszystkiemu

Swojego pierwszego papierosa zapaliłem w gimnazjum, zarzuconego podczas picia piwa w parku. Po pierwsze – robię coś …

Barbie

Strychowiec. Tak nazywaliśmy w naszym domu pokój na piętrze ze skośnym sufitem. W strychowcu stała deska do prasowania, …