Blog

Aktualności, artykuły, opowiadania, bajki i inne twory literackie powiązane z tematyką psychologii

Gombrowicz w Anglii

Nareszcie jest. Przyjechał we wtorek i jest. Stoi sobie na specjalnej, osobnej półce, ale ma blisko do innych. Niechcący wypadło mu stanąć obok Llosy, Marqueza i Nabokova.

To niezłe towarzystwo. Mario Vargas Llosa, który wolał literaturę i ciotkę Julię niż wybraną przez tatusia karierę konserwatywnego mieszczucha. Marques, który zafundował sobie swoje własne Macondo, przyjaźń Fidela i ostatnią dziwkę na urodziny. I Nabokov, który wyruszył z Rosji na podbój świata i zrobił to. Między nimi stoi Gombrowicz i mimo różnic może dobrze się czuje, w tej niewielkiej, ale jednak, świątyni najwyższej myśli i wolnego ducha. Może za książką zjawi się duch Autora i trochę odpocznie.

Angielska prowincja jest cicha, spokojna, uporządkowana. Domy jak w Hobbitonie, drzewa jak w Fangornie. Pełno śladów wielowiekowej krzątaniny ludzi, którzy dwa tysiące lat uczyli się uprawiać ziemię, hodować owce i żyć ze sobą. Jakoś jednak żyć, nie czyniąc z tego życia wewnątrz wspólnoty, piekła. Nie ma tu zbyt dużo słońca, nie ma zbyt dużo deszczu. Jest wiatr wiejący nad wyspą dryfującą na falach ciepłego Golfstromu.

Przez całe literackie życie wadził się Pan z polskością, z właściwą wnikliwością demaskując jej groteskowe nadęcie i jej zaściankową małość. Wszędzie potrafił Pan wytknąć coś, co śmieszne, kompromitujące a najczęściej – żałosne. Pana Dziennik jest i smutny i nudny. Smutny przez swoją beznadzieję, a nudny przez swą daremność. Pana głos winien być odczytany jak głos dobrotliwego, zatroskanego nauczyciela a stał się głosem szydercy, prześmiewcy Świętości, Tradycji i Narodu. I tak jest do dziś, a może dziś jeszcze bardziej strasznie i śmiesznie niż trzydzieści, czterdzieści lat temu. Jeszcze więcej Świętości, Tradycji i Narodu w podłym sosie biurokratycznej korupcji. Szukał Pan ludzi wśród Polaków w Argentynie, w Polsce, w Paryżu. I kilku Pan znalazł. Ale ile przy tym było szarpania, ile niedostatków, upokorzeń, zwyczajnej codziennej przykrości. Ciągła walka, ciągłe staranie, żeby ktoś w końcu wysłuchał. Walka w końcu nie o to, co się zamierzało ale o to, by uratować choć trochę sensu w tym felietonowym mówieniu do Polaków o Polsce. Autorze, pora odpocząć.

A w Stawisku jak w Polsce. Dwór stoi, ale jakoś tak biednie. Parking zarośnięty trawą. Bilety do muzeum sprzedaje pani w stylonowym niebieskim fartuszku sprzątaczki w odwieczne drobne kwiatuszki. Cicho, spokojnie, bardzo swojsko źle, bardzo źle. Przy drodze dojazdowej bardziej zwraca uwagę szyld sklepu niż tablica informująca o zjeździe do muzeum Iwaszkiewicza. Nie można nawet kupić dzieł mistrza, choć można by oczekiwać dzieł wszystkich, we wszystkich edycjach, w każdym przekładzie, jakikolwiek powstał gdziekolwiek na świecie. Tak, jak Prousta w Illiers-Combray, który napisał mniej i, jak śmiem twierdzić, gorzej. Jak Gaudi’ego w Barcelonie, na każdym kroku, choć trochę przygasa na tle piękna tego miasta. Czyżby klątwa urodzenia nad Wisłą? Tam, gdzie powinna stanąć żywa, pełna ludzi biblioteka, instytut literatury polskiej trudno kupić kawę, nie ma hotelu. Tylko kolejka dowozi do Podkowy z Warszaw tych samych smutnych ludzi, jak pięćdziesiąt lat temu. A jeśli potrzebuje Pan pociechy, takiej pociechy, za opublikowane przez Iwaszkiewicza listy, które Pan do niego pisał, to przypomnę, że mistrz czterdzieści lat sypiał w małżeńskim łożu, które było za krótkie. Ot, bieda.

Patrzę na półkę z dziełami Gombrowicza i nasłuchuję.

Comments for this post are closed.

Sens bez zasad

Dwie rzeczy: jedna przypowiastka; oraz scena w filmie Skazani na Shawhank. 1. Przypowiastka z książki Anthony’ego …

Zajęcia odwołane

Szanowni Państwo, zajęcia w 2017 r. i w 2018 r. nie odbędą się.

Noc jest najciemniejsza w nocy

„Noc jest zawsze najciemniejsza tuż przed świtem”. Ciekawe powiedzenie. Pokrzepiające, szczególnie w jakimś …