Blog

Aktualności, artykuły, opowiadania, bajki i inne twory literackie powiązane z tematyką psychologii

Dzwoni do mnie pan

Dzwoni do mnie pan ze znanej firmy sprzedającej naczynia kuchenne i gada, gada i z tego gadania wynika gdzie i kiedy jestem zaproszony na spotkanie – prezentację naczyń i gadanie tak jest skonstruowane, że pan kończy swoją nieprzerwaną entuzjastyczną wypowiedź, której nijak nie można taktownie przerwać, bo cała jest na nietakcie zbudowana, więc pan kończy swoją wypowiedź pytaniem wynikającym z całej wypowiedzi, czy cieszę się na to zaproszenie?

– Nie cieszę się.

A sytuacja jest trochę komiczna, bo gdyby pan zechciał ze mną rozmawiać (a już słyszę, jak pan próbuje coś powiedzieć, ale mówię dalej), rozmawiać, a nie wygłaszać głupawą formułkę na jednym oddechu, to dowiedziałby się pan, że… I tutaj pan zdecydowanie mi przerywa – i nie dowie się, że sytuacja jest komiczna, bo nijak nie mogę przyjąć jego zaproszenia – więc, przerywa zdecydowanie i informuje mnie głosem lekko podniesionym i poirytowanym, z nutką obrazy, że on dzwoni, bo chciałby mnie zaprosić na spotkanie – tutaj ponownie pada data i adres miejsca spotkania – i ponownie zapytuje, czy się cieszę?

– Nie, nie cieszę się. Nie cieszę się, bo to nie jest zaproszenie tylko bezmyślnie powtarzana formuła propagandy handlowej wyuczona na złym, bo prymitywnym, szkoleniu. Bo byłeś, tępy matole, przerażony kiedy uzyskałeś połączenie telefoniczne i jesteś wściekły, matole, bo nie masz pojęcia, co zrobić. Bo nie masz, matole, poczucia humoru. Bo w innych okolicznościach byłbyś, tępy matole, łobuzem, bojówkarzem, wybijającym szyby wystawowe w sklepach tych, co nie z nami. Koniec.

Przerwałem połączenie, bo tamten pan już nabierał powietrza, żeby mnie zaprosić na spotkanie i zapytać, czy się cieszę, że spotkanie odbędzie się – tu data i miejsce.

Trochę mądrzejszy scenariusz byłby taki, że pan po wygłoszeniu formułki, a niech tam, dałby mi czas choćby na powiedzenie „dzień dobry”. A może byłaby jeszcze chwila na powiedzenie panu, że choćbym nawet cieszył się na to zaproszenie i to nie wiem jak cieszył, to nie mogę go przyjąć, bo jestem dość daleko i mam inne plany. A pan mógłby się uśmiechnąć wyrażając w ten sposób trochę zrozumienie i trochę śmieszność swego zaproszenia kierowanego gdzieś na koniec świata. A gdyby miał poczucie humoru, to mógłby powiedzieć, że przeprasza, a ja życzyłbym mu trafniejszych telefonów w przyszłości.

A w całkiem dobrym scenariuszu pan mógłby się przedstawić, wolno i wyraźnie, i zapytać, czy mam ochotę i czas na rozmowę o możliwym spotkaniu handlowym. Ja powiedziałbym mu, że rozmowa nie ma sensu, bo jestem daleko i zajęty innymi sprawami. I pożegnalibyśmy się, życząc sobie dobrego dnia z przyjemnym wrażeniem porozumienia. Ale taka historia jeszcze się nie zdarzyła.

Spotkanie wymaga od uczestników kompetencji społecznych takich jak elastyczne dopasowanie, dystans, umiejętność jednoczesnego przyjęcia różnych stanowisk, umiejętność żartu i wielu innych. Stawią te umiejętności, czasami nazywane metaumiejętnościami, choć są elementarne, podstawę rozmowy. Trzeba tych umiejętności uczyć się ciągle i aktualizować je w ciągłych, satysfakcjonujących kontaktach społecznych, to znaczy z innymi, żywymi ludźmi. Trudność nie w tym, że ta nauka nigdy się nie kończy, bo żadna nauka nie ma końca, ale w tym, że coraz trudniej znaleźć środowisko nauki, czyli – ludzi. A kontakt telefoniczny, ze względu na techniczne ograniczenia, bezlitośnie demaskuje wszelkie deficyty.

Znajomy, w rytuale wzajemnego komplementowania się na początku spotkania ujawnia, że czytał jakiś mój tekst. A ja, nietaktownie, choć dopiero po chwili, wróciłem do tej wieści i zapytałem wkładając w to zapytanie całą swą kokieteryjność i inteligentnie ukrytą potrzebę pochwały: I co? Tak brzmiało moje pytanie chamskie i choć już widziałem sygnały nadciągającej katastrofy brnąłem dalej, zachowując po tym pytaniu milczenie. Cisza i cisza. Uśmiechy, westchnienia, uśmiechy. W końcu znajomy zrozumiał, że nie ma wyjścia i dusząc panikę powiedział, czerwieniejąc po uszy: ale dołożyłeś. I patrzenie, patrzenie nieruchome, wręcz sztywne na wstrzymanym oddechu. A ja samobójczo ale sadystycznie: I co? I jeszcze dołożyłem gest zapraszający, niby uprzejmy. Na co znajomy przeżył krótkotrwałe załamanie nerwowe oraz załamanie podstawowych funkcji życiowych. Podniósł się jednak i dusząc gniew, rozpacz, poczucie krzywdy, powstrzymując łzy, głosem coraz smutniejszym, zamierającym, powiedział: ale dołożyłeś. Mieć poglądy to więcej niż powiedzieć: ha! czy nawet hi, hi! a może nawet więcej niż twarde he, he, he! Trzeba jeszcze cokolwiek wiedzieć ale to już zupełnie inna sprawa.

Przypis

Naczyń, do udziału w prezentacji których zachęcał mnie Pan Sprzedaż, używam w mojej kuchni z przyjemnością, od lat.

Comments for this post are closed.

Sens bez zasad

Dwie rzeczy: jedna przypowiastka; oraz scena w filmie Skazani na Shawhank. 1. Przypowiastka z książki Anthony’ego …

Zajęcia odwołane

Szanowni Państwo, zajęcia w 2017 r. i w 2018 r. nie odbędą się.

Noc jest najciemniejsza w nocy

„Noc jest zawsze najciemniejsza tuż przed świtem”. Ciekawe powiedzenie. Pokrzepiające, szczególnie w jakimś …