Blog

Aktualności, artykuły, opowiadania, bajki i inne twory literackie powiązane z tematyką psychologii

Tatuś – 4

Grzeczni chłopcy słuchają rodziców a on był grzecznym chłopcem. Szaleństwo ogarnęło wszystkich i każdy chodził na przerwie z torebką oranżady w proszku. Oblizywało się palec i taki mokry wkładało do torebki. Proszek przyklejał się do palca i można go było oblizać czując w buzi słodkokwaśny musujący smak oranżady. Wszyscy mieli żółte języki ale nie on. Matka wytłumaczyła mu, że oranżada w proszku jest niezdrowa, a takie jej jedzenie jest niehigieniczne, więc nie jadł oranżady i tylko on miał inny język. Po latach, kiedy miał własne pieniądze i przestał słuchać matki, poszedł do sklepu i zapytał:

  • Czy jest oranżada w proszku – to jeden z najradośniejszych momentów w jego życiu, kupuje oranżadę w proszku. Robi to, co chce i chociaż narobi dużo głupstw, wie, że żyje.

  • Jest – mówi znudzona, lekko obrażona ekspedientka.

  • Poproszę.

  • Ile? I sięga na półkę.

  • Wszystko. Wykłada na ladę chyba ze sto torebek.

  • Może dać panu reklamówkę?

Wraca do domu, wygodnie sadowi się na swoim krześle i oddziera brzeg torebki. Oblizuje palec i mokry wkłada do środka. Kryształki oranżady przyklejają się do palca. Ostrożnie wkłada do ust i smakuje… Oranżada w proszku smakuje jak ma się dwanaście lat, później już nie. Wyrzucił cały kupiony zapas.

Tatuś nie lubił jego królika (Oryctolagnis cuniculus). Związki człowieka z królikiem można prześledzić od czasów biblijnych. Księgi Kapłańska i Powtórzonego Prawa wymieniają królika jako zwierzę nieczyste. Feniccy żeglarze natknęli się na króliki na półwyspie Iberyjskim i omyłkowo biorąc je za góralki nazwali je i-shepan-ham. Błędnie użyta fenicka nazwa królika stała się podstawą dla łacińskiej nazwy prowincji rzymskiej – Hispanii. Starożytny geograf Strabon napisał w 3 tomie swojego dzieła Geographica hypomnemata określił Hiszpanię jako „krainę królików”. Pliniusz Starszy w swej Historia naturae pisze o pladze królików na Balearach oraz o zniszczeniach w umocnieniach miasta Tarragona dokonanych przez króliki kopiące swoje nory w wałach miasta. Mięso królików było na tyle lubiane przez Rzymian, że introdukowali oni króliki na terenie całego Imperium Rzymskiego. Dobór sztuczny królików rozpoczął się w średniowieczu we francuskich klasztorach. Mnisi byli zainteresowani królikami, ponieważ uważali nowo narodzone zwierzęta jak też królicze płody za zwierzęta wodne, których mięso mogło być spożywane w czasie Wielkiego Postu. Początkowo dobór był ukierunkowany na wielkość i łagodność zwierząt. W XVI pojawiły się pierwsze rasy kolorowe. Jednym z pierwszych przykładów królików hodowanych dla ich futra przedstawia obraz Hansa Hoffmanna Hare z 1587. W 1700 istniało już 7 ras kolorowych. W XIX wieku, kiedy pojawiło się powszechne upodobanie zwierząt, miłośnicy królików rozpoczęli pokazy królików w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych. Tworzono i modyfikowano rasy dla potrzeb widowisk, odchodząc od ras, które były stworzone w celu dostarczania pokarmu, futra lub wełny. Pojawienie się królików, jako zwierząt trzymanych w domach rozpoczęło się w Epoce wiktoriańskiej. Udomowione króliki stawały się popularne jako zwierzęta pokazowe i maskotki.1

Kiedy królik po raz kolejny przegryzł kabel, tatuś rzucił królikiem o ścianę, kazał matce ugotować go i on musiał go zjeść przyprawionego w warzywach. Mimo pewnego niesmaku, związanego z tym, że królik był niedosolony, zjadł go do ostatniego kawałka.

Ryż preparowany to było coś niezwykłego. Kupowało się to w wypchanych przezroczystych torbach i jadło garściami. Ziarna były podłużne, lekkie i suche, przez co przyklejały się do podniebienia. Wszystkie dzieci jadły ryż preparowany. Ale on nie, ponieważ matka powiedziała, że to jest niezdrowe, a dzieci muszą być karmione tym, co zdrowe, żeby dobrze się rozwijały. Kiedyś, jak nikt nie patrzył wyjął z kosza na śmieci opakowanie, w którym ktoś nieuważny porzucił kilka ziaren ryżu. Zjadł je ukradkiem.

1Wykorzystano artykuł z Wikipedia.pl, 18.07.09

 

 

Photo credit: Foter.com

Tatuś – 3

Pierwszy raz w życiu został sam z ojcem kiedy miał trzy lata. To były dni pełna napięcia. Matka miała urodzić dziecko. Przygotowania były w pełnym toku, brał w nich aktywny udział. Gdzieś widział dziecko w koronie i dla tego dziecka, które miało pojawić się w rodzinie, szykował papierowe korony. Matka miała pojechać do szpitala, urodzić to dziecko. Nie bardzo wiedział na czym to polega, ale rozumiał, że dziecko wyjdzie z brzucha mamy. Jak, tego nie mógł się dowiedzieć. Słowo „szpital” nie było dobre, nie wiedział, czy się bać czy nie trzeba. Pewnego dnia matki nie było. Chyba pojechała, bo mieszkali wtedy za miastem. Został z ojcem. Nie zapamiętał z tego okresu nic poza jednym epizodem, a właściwie sceną bez początku i końca. Szedł drogą z ojcem, chociaż ojciec szedł dziwnie zataczając się i przystając. Musiało być lato, bo na polu stało dojrzałe żyto. W pewnym momencie tej wędrówki ojciec niebezpiecznie zbliżył się do krawędzi drogi, potknął o kępę trawy i zniknął. Był trochę zdziwiony, dlaczego ojciec zniknął, więc postanowił go poszukać. Wydawało mu się, że ostatni ruch ojca to był krok w kierunku zboża. Rozchylił kłosy, zrobił jeden, dwa kroki i zobaczył ojca leżącego na wznak. Lekko chrapał. Przyglądał się przez chwilę i wrócił na drogę. Stał lub kucał i czekał, aż ojciec się obudzi. Wiedział, że ojcu nie należy przerywać snu. Wiedział, że nie może usiąść, żeby nie zabrudzić ubranka. I rzeczywiście, po jakimś czasie dały się słyszeć szelest, kaszlnięcie, odgłosy ruchu i po chwili spośród kłosów wychyliła się głowa ojca. Miał potargane włosy, z trudem wstał, rozejrzał się dokoła. Wszystko było dobre, otrzepał ubranie, energicznie poprawił fryzurę i poszli.

Kajtek okazał się niegrzecznym kundlem. Mały piesek, który ciągle ujadał, podskakując w miejscu przy każdym szczeknięciu. Ktoś kiedyś obciął mu ogon, więc zawzięcie i energicznie machał kikutem, jak był zadowolony. Jego czarna sierść lśniła i była śliska w dotyku. Miał duże czarne oczy i gorący język, kiedy lizał po twarzy. Ulubioną zabawą Kajtka były pozorowane walki. On przewracał Kajtka na plecy i szarpał na wszystkie strony, a Kajtek warczał, kopał, gryzł. A po zabawie sapał zmęczony i uśmiechał się. Wtedy był czas na głaskanie, przytulanie. Kajtek popełnił zbrodnię i właściwie nie wiadomo, jak tego dokonał. Zjadł cały garnek bigosu, chociaż w takim małym psie nie mógł pomieścić się duży garnek bigosu. Pomieścił się. Mało tego, garnek był wylizany do czysta. Tatuś kazał wyrzucić Kajtka z domu.

Wieczorem matka poszła z nim i Kajtkiem do parku. Kiedy nie było przechodniów matka przywiązała smycz do ławki, wyłożyła Kajtkowi jedzenie i cicho powiedziała „Choć, Wojtusiu, on tutaj zostanie, aż ktoś go znajdzie i zabierze do domu.” Pociągnęła go za rękę i poszli. Milczał całą drogę. Zdradził Kajtka. W domu tak długo prosił tatusia o zgodę na powrót Kajtka, że ten w końcu zgodził się, ale nie dlatego, że zrobiło mu się żal Kajtka, ale że Wojtuś tak ładnie prosił. Tatuś wypowiedział swoje „Tak” z szerokim uśmiechem władcy, cezara, który daruje życie pokonanemu gladiatorowi w zgiełku wiwatującego tłumu. Poszli więc z matką do parku, gdzie przy ławce siedział Kajtek i grzecznie czekał. Ucieszył się bardzo, jego całe ciało od kikuta ogona poczynając wytańcowywało radość. Język lizał Wojtusia po policzku z nadzwyczajną szybkością. Wrócili do domu razem, ale mimo licznych przygód i radosnych chwil Wojtuś nigdy nie pozbył się dręczącego niepokoju, czy Kajtek wie o jego zdradzie.

Chyba po trzeciej klasie wyjechał na kolonie. Pomysł od początku nie wzbudzał jego entuzjazmu. Nie rozumiał, co to jest „kolonie”. Nie rozumiał pakowania się i zabierania różnych rzeczy ze sobą gdzieś, gdzie miał być z innymi dziećmi. Po przyjeździe na miejsce wstydził się otworzyć walizkę przy innych chłopcach w pokoju. Walizka była zielona, z żyłkowaną fakturą pokrywy, z ciemnymi okuciami na rogach. Inni mieli podobne, ale jemu wydało się, że jego walizka jest jakaś inna. A kiedy już musiał rozpakować się, to jego mydelniczka okazała się przedmiotem szczególnie wstydliwym i przez cały pobyt ukrywał ją, owijając w ręcznik. W mydelniczce trzymał rozmoknięte mydło i ciągle myślał jak je ukryć przed innymi.

Jedną z atrakcji kolonijnych były wycieczki z grupą do miasteczka, które, jak się później okazało było małą satelitarną mieściną w pobliżu jego miasta. Był tam kiosk z cukierkami i sklepik z napojami. Tam też kupowało się widokówki, które trzeba było wysyłać do rodziców. Nie wiedział, co ma napisać i wysyłał kartki ze swoim imieniem napisanym na samym środku miejsca do korespondencji. Pani nie była zadowolona, ale tylko wzruszała ramionami i mówiła, żeby w końcu wrzucił tę kartkę do skrzynki pocztowej, chociaż to jest bez sensu. Wpychał więc ten kartonik z niezrozumiałym zdjęciem jakiejś nieznanej budowli dbając, żeby nie włożyć palców w szczelinę skrzynki, bo bał się, że go coś wciągnie całego do środka. Pewnego dnia odłączył się od grupy i poszedł do domu. Uciekł z kolonii!

Drzwi otworzył mu tatuś. Kazał mu stać w przedpokoju do powrotu matki z pracy. „Niech twoja matka zdecyduje, co z tobą zrobić.” Stał i czekał, a tatuś siedział przy oknie w kuchni i ani razu na niego nie spojrzał. Chciało mu się jeść, pić, usiąść i przestać się bać. Tego samego dnia odwieźli go na kolonie, a pani do końca turnusu nie wybaczyła mu jego wybryku.

 

Photo credit: Foter.com

Tatuś – 2

Do szkoły chodził coraz chętniej, chociaż na lekcjach nudził się. W końcu został prymusem. Odnajdował różne tajemnice tego budynku. Jednym z miejsc, które chętnie odwiedzał, był strych z jego misterną konstrukcją więźby dachowej. Zimą na strychu było bardzo zimno, za to latem – bardzo gorąco. Pachniało wówczas rozgrzanym drewnem. Przez maleńkie okienka wpadało trochę światła. Strych był porządnie uprzątnięty ale na środku leżała spora kupa piachu. Nigdy nie dowiedział się dlaczego na strychu leży piach.

Później dostał pod opiekę magazyn pomocy biologicznych. To był raj. Spędzał tam każdą przerwę, oglądał różne plansze, makiety, słoje z preparatami i odstawiał je na miejsce. Nie pamiętał skąd pojawiło się nieduże akwarium i wpuścił do niego ryby. Wielkopłetw wspaniały (Macropodus opercularis) z rodziny guramiowatych jest naprawdę wspaniały. Należy do ryb labiryntowych, oddychających powietrzem atmosferycznym, pobieranym znad powierzchni wody. Jeżeli rybie labiryntowej odetnie się dostęp do powietrza, ginie uduszona. Jeżeli natomiast wyjmie się ją z wody i zabezpieczy przed wyschnięciem skóry, przeżyje kilka godzin, na przykład – czas transportu. Wielkopłetw buduje gniazdo z piany, jaką wytwarza z własnej śliny. Pilnuje gniazda, opiekuje się ikrą i potomstwem. Wielkopłetwy sprowadzono do europejskich akwariów w 1869 roku. Wtedy, w szkole ryby nie rozmnażały się. Było fascynujące stać blisko szyby i oglądać majestatyczną rybę unoszącą się w bezruchu pod powierzchnią wody.

Do magazynu przychodziła dziewczynka. Była mała i śliczna. Była córką jednej z nauczycielek, pani Białek. Miała na imię Kasia i nie wiedzieć czemu spędzała z nim cały wolny czas. Niekiedy przychodziła jej mama. Nie robili niczego ważnego, a przynajmniej niczego nie zapamiętał poza jej obecnością.

Przeczuwał istnienie wielkiego świata, ale jego własny był bardzo mały. Ograniczał się do jego ulicy, drogi do szkoły, co zamykało się w jednym kwartale. Wyjście dalej, to był park ze stawem. To była wyprawa, ponieważ musiał dwukrotnie przejść przez jezdnię, a matka upominała, że to jest niebezpieczne. Czasem chodził do parku bez wiedzy matki. Nie żeby się bał jej reakcji, ale nie chciał jej martwić.

Pewnego razu tam, na ulicy zobaczył swego ojca. Ojciec uderzył człowieka. Kopnął go. Człowiek upadł. Wszystko stało się tak szybko, że zanim zrozumiał, co się dzieje, po drugiej stronie ulicy, na drugim planie, zobaczył mamę Kasi. Przyglądała się przez chwilę scenie a później długo patrzyła prosto w jego oczy. Mama Kasi znała jego ojca, który teraz na tej ulicy jeszcze raz kopnął leżącego i poszedł sobie, nie zauważając go. Mama Kasi też poszła w swoją stronę. Człowiek na chodniku podniósł się po chwili i lekko zataczając się skręcił w najbliższą bramę. Gapie rozeszli się i na ulicy było znów prawie zwyczajnie. Zawsze, jak tędy przechodził, zastanawiał się, czy przechodnie pamiętają, co zrobił jego ojciec. Poszedł do parku i kiedy pochylał się, łzy cicho pluskały wpadając do wody. Mama Kasi nigdy nic nie powiedziała o jego ojcu i zdarzeniu na ulicy, nie zabroniła Kasi dalej przychodzić do jego magazynku, za co był jej bardzo wdzięczny.

W szkole było coraz piękniej. Ogródek szkolny należał do miejsc szczególnych ze względu na niewielki basen wypełniony starą, krystalicznie czystą wodą. Na dnie basenu rozkładały się liście wierzby płaczącej (Salix sepulcralis), która tworzyła cienisty parasol nad całym zbiornikiem. W wodzie rósł las moczarki (Elodea canadensis), a jak się posiedziało w bezruchu jakiś czas, to można było zobaczyć traszki grzebieniaste (Tritarus cristatus), które tam mieszkały. Z traszkami zdarzyła się jeszcze jedna przygoda. Okazało się, że niedaleko jest jeszcze większy i ładniejszy park z małą sadzawką. Właśnie tam mieszkały traszki (Tritarus vulgaris). Te piękne zwierzęta są bezbronne wobec człowieka. W wodzie i na lądzie poruszają się dość wolno. Złapał dwie i przyniósł do domu i wpuścił do wcześniej przygotowanego akwarium. Cały wieczór przyglądał się im, chociaż one siedziały przerażone w kącie i nie ruszały się. W nocy zniknęły.

Matka troszczyła się o dom. Zapamiętał ją jako wiecznie zmęczoną, zafrasowaną kobietę dźwigającą siatki pełne zakupów. Starała się urozmaicić jedzenie, chociaż na ogół każda potrawa była gotowana na dwa lub trzy dni. Niekiedy pojawiało się coś niezwykłego do jedzenia. Tak było z flakami. Matka przyniosła do domu wielki płat czegoś szarobiałego, pokrytego jakby mchem, co wyglądało jak stara duża zepsuta piłka. To były właśnie flaki. Matka mówiła, że gotowanie flaków to żmudna procedura, ponieważ muszą być myte, wielokrotnie gotowane, potem pocięte w zgrabne paseczki i dopiero ugotowane jeszcze raz i przyprawione. Myła je więc i chyba nawet raz zagotowała. Przerwała pracą nad nimi kiedy przyszedł ojciec, musiała gdzieś wyjść i zabrała dzieci ze sobą, bo przeczuwała, że ojciec może być zły.

Wrócili po jakimś czasie. Dom był pusty. Odetchnęła z ulgą i poszła do kuchni. Po chwili zawołała dzieci i oświadczyła ze zdumieniem i grozą, że flaki zniknęły. Nie zastanawiając się nad irracjonalnością polecenia zarządziła poszukiwanie flaków w całym domu. Znalazły się, a właściwie znalazła się ich odrobina, co pozwoliło domyślać się, co stało się zresztą. Okazało się, że w muszli klozetowej pływa skrawek poszukiwanych flaków. Po śladach, takich jak pozostawiony na brzegu wanny nóż można było zrekonstruować przebieg wydarzeń. Prawdopodobnie było tak: po ich wyjściu z domu ojciec wyjął cały płat flaków z garnka, poszedł z nim do łazienki i tam mozoląc się ciął go na kawałki i systematycznie spuszczał z wodą do kanalizacji, dbając by nie zapchać rur. Nigdy nie udało się ustalić, dlaczego to zrobił.

Tomek był jednym z tych, którzy przeszli pozytywnie przez weryfikację matki, ale dla niego nie był nigdy zbyt ważny poza jednym wypadkiem, który został w jego pamięci na zawsze. Na podwórku, gdzie mieszkał Tomek prowadzone były prace ziemne, ale po południu robotnicy szli do domu i wykopie pojawiali się oni, poszukiwacze przygód i skarbów. Znalezisko było niebanalne. Kopiąc małymi szpadlami w ścianie wykopu wydobyli księgi. Były to stare księgi zapisane obcym pismem. Niektóre rozlatywały się w ręku nie dając się otworzyć, niektóre poprzerastane było plątaniną korzeni, ale niektóre – dwie lub trzy były w całkiem dobrym stanie. Pewnie niektóre zniszczyli nieumiejętnym obchodzeniem się. Podzielili się łupem i zabrali do domów. Przyniósł do domu woluminy, co było nie lada wyczynem, bo były wielkie i ciężkie. Postanowił odczytać je, ale zadanie okazało się za trudne. Zapamiętał równe wiersze zblakłego atramentu na pożółkłych kartach. Na jakiś czas stracił entuzjazm do pracy wobec niedającej rozwiązać się zagadki i zapomniał o swoim skarbie. Kiedyś chciał do nich wrócić, ale nie mógł znaleźć ksiąg. Matka powiedziała mu, że wyrzuciła je, ponieważ zagracały mieszkanie. Później rozpoznał to pismo przypadkiem. Oglądał w muzeum stare hebrajskie druki i przypomniał sobie księgi z dzieciństwa. To było to samo pismo.

Photo credit: Foter.com

Tatuś – 1

Przeprowadzili się niedawno. Miasto to betonowy, szary labirynt wąwozów zrobionych z dziupli poukładanych jedna na drugiej. Początkowo mylił się i skręcał nie w tą bramę, co należy i kiedy, nie rozpoznawał oczekiwanych szczegółów, wpadał w panikę. Wybiegał na ulicę, patrzył na numer domu. Zrozumienie błędu przynosiło mu chwilową ulgę. Mógł podjąć ponowną próbę odnalezienia drogi do domu. Z czasem nauczył się bać się wchodzenia do każdej obcej bramy. A kiedy musiał już wejść, zawsze wstrzymywał oddech i raczej skradał się niż wchodził. Zawsze.
Brama kamienicy jest tajemnicza. Tunel prowadzący do jednej lub wielu klatek schodowych. Ciemna, brudna, pusta, choć czasem w kącie stoi sikający pijak. Czasem coś się poruszy, może szczur, może kot. Należy przez nią przejść i wejść na klatkę schodową, Ale to nie takie proste. Brama potrafi zatrzymać człowieka na wiele lat.
Staw w pobliskim parku był odkryciem. Kucał na brzegu, patrzył na małe rybki uwijające się przy dnie. Cierniki (Gasterosteus aculeatus) potrafią pływać do tyłu. Niektóre ryby, jak na przykład pielęgnice też potrafią pływać do tyłu, większość ryb – nie. Cierniki są bardzo rezolutne w obronie własnego terytorium a w okresie godowym samce przybierają przepiękne kolory. Brzuszek staje się czerwony, grzbiet opalizująco zielony. Samice są smutno szare. Przychodził przy każdej okazji i oglądał wybraną rybkę. Dowiedział się, że cierniki są blisko spokrewnione z konikami morskimi Hippocampus i Phyllopteryx tworząc razem rząd ciernikokształtnych (Gasterosteidae). Miał pewność, że ona jest oswojona i go lubi. Któregoś dnia zniknęła, ale on i tak przychodził, czekał. Cierniki poza okresem godowym nie zajmują stałych terytoriów. Kiedy młode rozpływają się w toni wodnej samiec porzuca terytorium, traci barwy i intensywnie poszukuje pożywienia, ponieważ głodował w czasie opieki nad gniazdem. Nad stawem spieszył się patrzeć, bo wiedział, że za chwilę zawoła go matka zniecierpliwiona tym, że gapi się w wodę zamiast bawić się: “Synku, Wojtusiu, kochanie.” Nie rozumiał, jak ma się bawić, wstydził się kiedy wołała na niego “Wojtusiu”. A ryby były takie piękne kiedy wpływały w zarośla mchu wodnego (Fontinalis sp.) w swoich tajemniczych sprawach.
Pod koniec lata poszedł do szkoły. Gromada obcych dzieci, stanie na czarnym dziedzińcu szkoły wysypanym ubitą szlaką w czasie długotrwałej uroczystości rozpoczęcia nauki. To był paskudny dzień. W dusznym gorącu nie poruszał się ani jeden listek na kasztanach (Aesculus hippocastanum L.) stojących za betonowym płotem. Bał się, że upadnie, kręciło mu się w głowie, zbierało na wymioty. Nie słyszał, co mówią obcy ludzie i nie rozumiał, czego od niego chcą. Zerkał na matkę, widział jej łzy i był przekonany, że zaraz zrobią z nim coś strasznego.
– Synku, pięknie wyglądałeś w nowym garniturku, bardzo się wzruszyłam – mówiła później. Domyślił się, że płakała, bo była z niego zadowolona. Matka często płakała.
Była zadowolona przez następne lata, kiedy zakładał garniturek i szedł do szkoły. Garniturek do kompletu miał białe koszule, codziennie zmieniane i granatową aksamitkę wiązaną w luźną kokardkę. Tylko on tak chodził ubrany do szkoły, co dla matki było nieustającym powodem do dumy. On odczuwał to zgoła inaczej, zwłaszcza po spotkaniach z chłopakami ze starszych klas. Bolało, ale najbardziej bolała odmienność od wszystkich innych uczniów. Powoli ich poznawał i poznawała ich jego matka. O niektórych mówiła źle i tych miał unikać. W końcu zostało trzech, a inni nie przeszli kwalifikacji. Najgorszy był Wiesiek, bo miał brata chuligana, który w końcu poszedł do więzienia. Z Wieśkiem spotykał się po kryjomu, ale matka prawie zawsze to odkryła i płakała. On umierał wtedy i obiecywał, że nigdy się z nim nie spotka. Ale to było później, w starszych klasach.
Kierownik był miłym starszym panem. Miał siwe wąsy i zawsze w ręku nosił pęk kluczy. Te klucze były trochę tajemnicze i trochę straszne. Uczył kaligrafii i może czegoś jeszcze. Z czasem patrzył na niego z coraz większym smutkiem. Ostatni raz spotkał go, kiedy był już gdzie indziej.
Dzień dobry, Panie Kierowniku – przez chwilę spojrzenie pełne pytania, przypomnienie i pełne radości i zaraz – troski, spojrzenie.
Co pan porabia? – uważny wzrok Kierownika trochę go speszył. Powiedział do niego „pan”. Zauważył to natychmiast, nabrał głębiej powietrza, wyprostował się.
Studiuję.
A to dobrze, bardzo dobrze – powiedział i poszedł sobie, lekko przygarbiony, jeszcze starszy pan z siwymi wąsami. To było w delikatesach.
Największym szczęściem była pani wychowawczyni – była piękna. Zapamiętał ją, jak wchodzi do klasy w jasnej powiewnej sukience w kwiaty. Jest wiosenny dzień i boczne promienie przedpołudniowego słońca wydobywają z tła czarnej tablicy jej sylwetkę. Sukienka jest niebieska prawie jak jej oczy. Ktoś otworzył drzwi i jej sukienka powiewa w przeciągu. Ma jasne, wysoko upięte włosy ale wymykające się kosmyki żyją własnym życiem. Wiją się za uchem, nad czołem, na szyi. Patrzył na jej odsłonięte ucho i delikatną, smukłą szyję. Nad obojczykiem dostrzega delikatne pulsowanie. Wówczas ogarnął go niezwykły smutek, trochę podobny do tego, który odczuwał zaglądając w niedostępny świat ryb w stawie, ale o wiele silniejszy. Nie znosił jak go chwaliła, bo mówiła do niego jakby niczego nie rozumiał. Przykre, nie do zniesienia były chwile, kiedy rozmawiała z jego matką i mówiły o nim, jakby go nie było. Ale zawsze patrzył. Pani odeszła po dwóch a może trzech latach nauki. Nowa pani była zupełnie inna.
Szkoła mieściła się w ponurej dzielnicy, w której mieszkał. Było niedaleko i nie musiał przechodzić przez jezdnię, więc od pierwszego dnia chodził do niej sam i sam wracał do domu. Droga do szkoły była dłuższa i smutniejsza niż powrotna. Powoli, wraz z upływem czasu nastąpiła zmiana i nawet chętnie zostawał po lekcjach odwlekając powrót. Dość często wracał do domu z matką. Miała zwyczaj przychodzić pod koniec dnia nauki, dowiadywała się o postępy syna i zabierała go. Chciała trzymać go za rękę, czego bardzo wstydził się, więc wymyślał różne preteksty, żeby się uwolnić i wstydził się jeszcze bardziej, bo wiedział, że ona wie, że to preteksty. Robił to jednak dalej, bo wiedział, że prowadzenie za rękę dotyczy dzieci a on wstydził się być dzieckiem.
Matka wypytywała go, co działo się w szkole, a on opowiadał bardzo dokładnie i wstydził się tego opowiadania. Razem wracali ze szkoły i szli do przedszkola po młodszego brata Marka, mijając po drodze dom. Najchętniej poszedłby do domu, bo wstydził się chodzić po ulicy z matką i bratem. Ale droga powrotna była już do wytrzymania, bo nie próbowała trzymać go za rękę zajęta młodszym synem. Mógł iść trochę z boku i udawać, że idzie osobno.
Przed przeprowadzką mieszkali pod miastem. To było ładne miejsce. Tam też był staw, ale ryby były bardziej dzikie albo inne, albo jeszcze nie patrzył w wodę. Tam było wielkie drzewo, jak później ustalił, dąb (Quercus robur). A w dębie, wysoko, prawie u nasady wzniosłej, szeroko rozgałęzionej korony, była dziupla. Konary wijące się powyżej niej były grube, pogięte w sposób znamionujący wielką siłę ale i jakby wielkie wysilenie, graniczące z cierpieniem. Dziupla była wielka, ciemna. Niczego w niej nie widział a mogło być wszystko. Patrzył w tę dziuplę i tracił poczucie czasu. Stał zaczarowany i przeżywał grozę patrzenia. Nie wymyślał niczego, nie fantazjował na temat zawartości dziury. Patrzył w jej mrok i doświadczał potęgi tajemnicy. Kiedy patrzył w dziuplę właściwie nie myślał. Cały był patrzeniem i doznawaniem tego nieogarnionego niewiadomego, które obejmowało go we władanie niepodzielnie. Przy każdej sposobności wymykał się, żeby patrzeć i doznawać powolnego połknięcia przez tajemnicę. Nikomu o tym nie mówił, bo nie umiałby opowiedzieć, czego doświadcza. Nie mówił również dlatego, że miał niejasne przeczucie, że robi coś złego. To wkrótce potwierdziło się. Matka odkryła, gdzie znika, co nie było znowu takie trudne, bo dąb stał na skraju lasu i widać go było z okna mieszkania. Matka wychodziła przed dom i wołała go, a on nie słyszał. Szła po niego, lekko go trącała a on odwracał na nią niewidome oczy i dopiero po chwili rozpoznawał ją. Ponieważ ta scena powtarzała się, matka była coraz bardziej zniecierpliwiona i zachowywała się coraz bardziej zdecydowanie. Trącała go coraz mocniej, wypowiadała skargi w rodzaju „Co ja mam z tym chłopakiem?” lub „ Nie możesz być jak inne dzieci?” Było mu bardzo smutno, że sprawia mamie przykrość. Czasem nawet próbował być jak inne dzieci. Obok mieszkały rodziny z dziećmi. One bawiły się razem i nieraz podchodził do nich i może bawiłby się z nimi, ale dzieci bawiły się w błocie, w piasku, w wodzie nad stawem. Brudziły ręce, brudziły twarze i ubrania. On wiedział, że nie wolno brudzić rąk, więc nie mógł się z nimi bawić. Stał i patrzył się na ich zabawy a matka chwaliła go, że przyszedł do domu taki czyściutki, nie tak, jak tamte kocmołuchy. Nigdy nie jadł niczego rękoma, nauczył się bardzo sprawnie posługiwać się sztućcami, czym nieraz zadziwiał otoczenie. Kiedyś, po latach, jakiś przygodny lekko podpity klient w jakimś przygodnym barze długo obserwował z narastającym obrzydzeniem, jak jadł kurczaka i w końcu powiedział „Kończ pan tę preparację”.
Dąb był utrapieniem matki ale i jego. Musiał pójść patrzeć w dziuplę, a matka ciągle musiała go stamtąd odprowadzać. Wymyślił bardzo sprytne rozwiązanie kłopotu. Siedział w domu i patrzył na drzewo z daleka. Znał jego każdy szczegół, mógł więc wyobrażać sobie dziuplę i być tam, a matka nie denerwowała się. Jednak po pewnym czasie zaniepokoiło ją, dlaczego tak ciągle siedzi w oknie i znowu było niedobrze. Czasem zapominał o dziupli i wtedy matka była zadowolona. Ale nigdy nie mogła być całkiem spokojna, bo do niej wracał. Cały las przesiąkał tajemnicą dziupli. Trwało to dwa lata. Przeprowadzka zamknęła sprawę. Przez czas nauki w różnych szkołach i inne zajęcia nie był w lesie, zapomniał o nim, aż kiedyś pojechał na wycieczkę, do zupełnie innego lasu. Spacerował długo, zmęczony przysiadł na zwalonym pniu i poczuł to. Jakby z głębi mroku między konarami drzew coś było i patrzyło na niego uporczywie. Odnalazł tajemnicę i odtąd zawsze, kiedy wchodził do lasu czekał, aż ją poczuje tak, jak wtedy, kiedy stał nieruchomo i patrzył w ciemność dziupli.
Ojciec przychodził później albo bardzo późno. Jak przychodził prosto z pracy, mogło być dobrze albo strasznie, jak przychodził bardzo późno – było strasznie. Ale mógł wrócić wcześniej i wtedy trzeba było szybko zorientować się, czy będzie dobrze. Jak mogło być dobrze, należało się radośnie przywitać, żeby nie zrobiło się źle. Jak było źle, trzeba było zachować czujność i szybko zorientować się, co robić.
Wtedy latem przed pierwszym pójściem do szkoły ojciec już był w domu. Było źle, bardzo źle. Coś powiedział do matki, a ona krzyknęła. Powiedział, że najpierw potłucze i połamie wszystko, a później ją zabije. Zaczął wyjmować talerze i rzucać nimi o podłogę. Skorupy rozsypywały się po całej kuchni. Chodził po nich, z trzaskiem pękały na mniejsze. Dzieci uciekły do pokoju. Starszy słuchał kolejnych odgłosów i w momentach ciszy wyobrażał sobie, że teraz tatuś zabija mamusię, jak obiecał, chociaż nie wiedział, co sobie wyobrażać. Z ulgą wsłuchiwał się w huk kolejnych niszczonych przedmiotów. Jeszcze nie teraz. Wszedł do kuchni.
Podłoga zasłana była grubą warstwą kawałków potłuczonych talerzy, misek, szklanek, kubków. Kredens miał urwane, dyndające na jednym zawiasie drzwiczki. Matka stała z opuszczonymi rękoma a po jej policzkach ciekły łzy. Ojciec siłował się z jakimś przedmiotem, a ponieważ nie szło mu, rzucił nim z rozmachem o podłogę. Na wszystkie strony prysnęły kawałki potłuczonych wcześniej naczyń. Wówczas stanął przed nim i powoli opadł na kolana. Czuł, jak szkło kaleczy go, przecina skórę. Powiedział:
Tatusiu, nie zabijaj mamusi.
I stał się cud. Ojciec przestał. Ojciec wzruszył się. Ojciec pogłaskał go uspokajająco po głowie, przytulił jego głowę niezręcznie do uda.
Dobrze – zabrzmiało czule. Odwrócił się i wyszedł.
W milczeniu zabrali się z matką do mozolnego sprzątania. Przez cały czas pracowali nie odzywając się do siebie. Później też nigdy nie mówili o tym. Kilka miesięcy był spokój.
Pierwsze podwórko otoczone było murem. Po przejściu przez bramę miało się po prawej stronie oficynę, równie wysoką jak ta frontowa i poprzeczna w głębi. Po lewej stronie do wysokiego muru przyklejona była mała jednopiętrowa chałupka z drewnianymi schodami prowadzącymi na piętro. Dalej przechodziło się przez bramę w oficynie poprzecznej i roztaczał się rozległy widok na drugie podwórko. Po prawej stały komórki, po lewej – nic, może siatka, a za nią sąsiedzi uprawiali warzywa. Płaszczyzna podwórka wybetonowana była trylinką – sześcioboczną kostką o średnicy około czterdziestu centymetrów. Ktoś pokazał mu, że w komórkach obok zwykłych prywatnych składzików na rzeczy zbędne znajdują się kible. Zwykłe kible z dziurami, na których można usiąść. Zajrzał do dziury i po chwili, jak wzrok przyzwyczaił się do mroku, zobaczył białe, mniej więcej dwucentymetrowe wijące się na mazi rozkładającego się gówna, robaki. Wyszedł stamtąd szybko.
Na pierwszym piętrze poprzecznej oficyny ktoś głośno krzyczał. Po chwili dołączył kobiecy głos. Coś huknęło. O szybę uderzył talerz. Rozlany rosół spływał po szybie, ale niektóre nitki makaronu pozostały, przyklejone. Patrzył na ten makaron, zsuwający się robakowatym ruchem.

 

Photo credit: Foter.com

Morwa

Przed moim oknem, od strony podwórka stoi morwa. Wierzchołek drzewa sięga prawie dachu, więc drzewo ma z dwanaście metrów wysokości. Od połowy czerwca, kiedy dojrzewają owoce morwy, rozpoczyna się ptasi spektakl.

Gołąb grzywacz króluje, dominuje wielkością i pięknem barw. Przytłumione błękity z podbarwieniem prawie różowym, żółte łapy i dziób i charakterystyczna biała obwódka na szyi. Ptak siedzi na gałęzi z dumnie wypiętą piersią, ale kiedy żeruje, to pasie się z momentami zabawną walecznością. Sięga dziobem po owoc, który jest tuż poza zasięgiem i traci równowagę. Macha więc skrzydłami, podpiera się nimi o gałęzie, czasem zawisa w niebezpiecznym wychyleniu, głową w dół. Jak nie ma w pobliżu owoców to kroczy dostojnie z gałęzi na gałąź, a że jest dość ciężki, gałęzie uginają się, więc musi balansować ciałem i skrzydłami. Ale widać wygodniej przejść się niż podfruwać pół metra. Nieraz można doliczyć się sześciu a nawet ośmiu ptaków. Szczególny jest moment, kiedy grzywacze przyprowadzają na ucztę młode, bo te są jeszcze bardziej zabawne w swej pozornej nieporadności. Kiedy coś je zaniepokoi, reagują natychmiast zrywając się do lotu. Pasą się całymi godzinami.

Kwiczoły są bardziej ruchliwe. W typowej dla siebie pozie zatroskania kwiczoł przebiega z gałęzi na gałąź, drepcze szybciutko i nieoczekiwanie zatrzymuje się, zrywa owoc i podbiega do następnego owocu. Posiłek jest szybki, jak w barze. Ptak rozgląda się spod prawie po ludzku ściągniętych brwi i odlatuje. Kwiczoły pojawiają się na morwie wielokrotnie w ciągu dnia.

Czasem zaglądają sroki, jak zawsze w parze ale owoce morwy to dla nich tylko deser, bo po kilku próbach rozsmakowania się jednak odlatują. Może próbują jak smakuje morwa ze swej sroczej ciekawości. Kiedy pojawiają się, wśród innych ptaków pojawia się napięcie – przestają jeść, obserwują, co sroki zrobią. Po ich odlocie wraca nastrój sielankowej uczty.

Kawki są mniej zagrażające. Przeskakują swoimi niezgrabnymi susami z gałęzi na gałąź, próbują to tu, to tam i już ich nie ma.

Wróciły szpaki. Przez kilka lat nie było szpaków i znowu są. Małymi grupkami napadają na morwę, świszczą i trzeszczą, poruszają się zwinnie i szybko. Ale czasem, może już najedzone, zapadają s senne przesiadywanie i niespiesznie gadają ze sobą. Odlatują tak nagle, jak się pojawiły. Cisza jest pewną oznaką, że szpaków nie ma.

Wróble, podobnie jak szpaki, wróciły po paru latach nieobecności i przez cały dzień można wypatrzeć chociaż jednego dyżurnego, który dziobie owoce. Pojawiają się też inne małe ptaki śpiewające ale kiedy nurkują w gąszcz liści, znikają, by pojawić się przy odlocie.

Sikory są stałymi gośćmi, niezależnie od owocowania morwy. Przeszukują liście, rozwidlenia gałęzi, szczeliny kory w poszukiwaniu owadów, ich jaj i larw. Najczęstszym gościem jest oczywiście bogatka, ale pojawia się również piękna sikora modra i czubatka. Wieczorami, z krzykiem nurkują nad morwą jeżyki i odbywają swój powietrzny, karkołomny taniec aż do ciemności. Później znikają, wysiadują pisklęta. Wracają na niebo z młodymi, uczą je przestrzeni i odlatują równie nagle, jak się pojawiają.

Morwa to cały świat rozwijający się od czterdziestu lat, który w jednej chwili może zniknąć, jeśli miejsce, na którym rośnie, okaże się z byle powodu potrzebne jakiejś powiatowej szyszce. Za moim oknem coraz puściej.

Nasza sobota i niedziela. Córka z tatą…

Tego roku rozpoczęliśmy lato wcześniej niż rozpoczyna się kalendarzowe lato, bo na samym początku czerwca. W piękną sobotę i piękną niedzielę, kiedy pogoda przypomina upał pełni lata, mimo że to dopiero wiosna wybraliśmy się z Olą po zakończonej mojej sobotniej pracy na wycieczkę do Rogowa. Odwiedziliśmy, a właściwie zwiedziliśmy Arboretum Wydziału Leśnictwa SGGW. Jakież piękne to miejsce, jakie to miłe spacerować z córką (już jedenastoletnią) leśnymi dróżkami wśród obfitości bujnej zieleni drzew, krzewów, niskich roślin, najświeższych kwiatów, wśród niezmąconych hałasem głosów ptactwa. Olę wprawiło to w nastrój iście błogi, przejawiający się licznymi minkami na twarzy. Z wielka radością obserwowałem, gdy z przymkniętymi powiekami delikatnie (tatuś, żeby nie uszkodzić!) wdychała woń kolejnych napotkanych kwiatów lub nieco udawany przestrach na widok wysokiego na metr mrowiska. Długi to spacer i trzeba trochę odpocząć: ja w hamaku, Ola na huśtawce, bardzo długiej zawieszonej wysoko na konarze drzewa. Następnie zamieniliśmy się miejscami, tata na huśtawce, córka w hamaku. I dalej w drogę.

Dotarliśmy pełni ciekawości do Alpinarium. Tam absolutne cuda. Te piękne kolory, te kamienie, głazy, stawy, a w nich kolorowe ryby, tatuś zobacz wystają im dziobki nad powierzchnię, a przede wszystkim niezwykłe zapachy rozkwitających czerwcowych kwiatów. Tatuś, jeszcze ta dróżka, jeszcze na tym kamieniu muszę stanąć, zejść po tamtych schodkach. Tatuś chodź, zobacz jak tu pięknie, o ja! Muszę jeszcze wejść na tę górkę. Na koniec spaceru kupuję Oli pamiątkę, jest to drewniana podkładka pod kubek, zrobiona z surowego drewna z wypalonym wizerunkiem rośliny i jej nazwą łacińską. Czas na drogę powrotną. Za szybą auta spostrzegliśmy jakieś prehistoryczne wagony i parowozy. To oczywiście muzeum kolejki wąskotorowej w Rogowie. Zawracamy? Zawracamy! Nigdzie się nam przecież nie spieszy. Nadżarte rdzą i gdzieniegdzie pachnące jeszcze smarem wagony wyprodukowane przez III Rzeszę i pamiętające swoją rolę – dowożenie żywności i materiałów na front dla wojsk hitlerowskich. Inne wagony i parowozy odnowione i zabezpieczone przed wpływem czasu. Ola postawiła nogę na niemal każdym buforze, stopniu wagonu „prowadziła„ parowóz, nawet pospacerowała po węglarce. Ja asekurowałem. Zmęczeni wróciliśmy do domu.

W niedzielę wstaliśmy późno. Śniadanie – jaja sadzone – jedno z ulubionych dań Oli (nie lubi jajecznicy! – jak można nie lubić jajecznicy!?) i w ogóle posiłki spożywa zdumiewająco, a mianowicie: osobno najpierw zjada jajka nie popijając, następne zjada wędlinę, smaruje chałkę majonezem i wciąż nie popijając zjada ją, a następnie wypija trzy do pięciu łyków herbaty. Warzyw nie je. Podsunąłem jej pomysł, żeby sobie te składniki w ustach trochę pomieszała – wyciągną się nowe smaki. Odpowiedź zaskakująca: – Tatuś, ja nie mieszam, jak ty mieszasz, to mogę przywieźć mikser i zmieszać ci drugie danie z zupą! Na takie dictum nie miałem argumentów.

No to nad Zalew Sulejowski do Barkowic, na rower wodny. Spokojnie sobie jedziemy autostradą, a tu jak nie brrrum, jak nie frrrum: motory, sto motorów! A więc zlot i przedziwne ewolucje motocyklistów: jadąc na tylnym tylko kole stawali na siedziskach swoich maszyn, jeden nas tak wyprzedził (cały manewr wyprzedzania!). Jechaliśmy tak ze dwadzieścia kilometrów – wśród chmury mechanicznych owadów. Widowiskiem tym byłem zachwycony, Ola zaś skwitowała z ironią: – A potem są wypadki śmiertelne. W Barkowicach pięknie, gorąco (32,5 stopnia), ale burzowo. Czekamy półtorej godziny na rozejście się chmur. Jakie to miłe czekanie. Siedzimy na pomoście przystani, obserwujemy wpływające kajaki, rowery wodne, małe łódeczki. Trochę pomagamy cumować, ja sobie popalam, Ola popija ulubiony sok aloesowy, gawędzimy sobie albo po prostu siedzimy razem, a od czasu do czasu przywiewa do mnie zapach włosów Oli. By bardziej go poczuć muszę się nieco odchylić, więc się wiercę. Pojawia się dyskurs czy wypożyczyć rower dwuosobowy, czy jednak czteroosobowy? Dyskurs ten muszę dość stanowczo przerwać i postawić na swoim: pożyczamy „dwójkę”. Chmury się rozeszły, wypływamy w półtoragodzinny rejs w czasie którego trochę wieje, trochę buja, Ola trochę się boi. Dwuosobowy rower wodny okazuje się straszliwie niewygodny (przestrzegała mnie!). Zgodnie ustalamy, że następnym razem wypożyczymy czteroosobowy.

Nasz wspólny, miły czas dobiega powoli końca. Jeszcze tylko późny obiad. Ja pyszne pierogi z mięsem… i kapustą, Ola botwinka (boże! jak można lubić botwinkę!?). Posiedzenie na restauracyjnej werandzie i popodziwianie panoramy jeziora. Ochłodziło się, zmykamy. Do domu wracaliśmy wśród wichury, piorunów i grzmień burzy, w strugach ulewnego deszczu. Tak rozpoczęliśmy lato tego roku.

Jeden Krzyś – jeden miś. 3

W łóżeczku leży trzymiesięczne niemowlę. Całe śliczne, czyściutkie, najedzone, zadowolone. Nad niemowlęciem rozwieszona cała girlanda zabaweczek. A każda zabaweczka, jak ją się poruszy gra, piszczy, dzwoni, robi puk-puk, bum-bum. A w dodatku każda świeci, błyska i mruga. Dziecko wyciąga rękę i trąca zabawki i zaczyna się koncert. Dziecko znów wyciąga rękę i znów koncert. I tak w kółko. I nie wiadomo tylko, czy dziecko chce uruchomić zabawki ponownie, czy sięga po nie czy może chce je odepchnąć, usunąć. Zabawki są wyrazem troski i dbałości rodziców, więc trzymajmy się pierwszej wersji – dziecku podoba się co i rusz powtarzający się wybuch dźwiękowej i wizualnej bomby.

Człowiek dzieli ze zwierzętami odruch orientacyjny. To zachowanie polega na natychmiastowym zwróceniu receptorów w kierunku nagłego bodźca. Jeśli coś huknie, piśnie, krzyknie, to człowiek automatycznie zwraca głowę w kierunku, skąd prawdopodobnie dźwięk pochodzi. Podobnie jest z sygnałem dźwiękowym, nagłym ruchem na granicy pola widzenia i innymi zdarzeniami. Ten odruch ratuje życie. Ale gdyby uruchamiany był za każdym razem, to mógłby być uciążliwy a nawet niekorzystny. Dlatego ewolucja dała nam habituację, to znaczy automatyczne wygaszanie odruchu orientacyjnego, jeśli powtarzający się, nagły bodziec jest przeżywalnościowo nieważny. Jeśli za oknem nieoczekiwanie robotnik uruchomi młot pneumatyczny, człowiek spojrzy w tamtą stronę. Ale jeśli młot pneumatyczny będzie uruchamiany nawet nieregularnie przez cały dzień, to może zdarzyć się tak, że człowiek przestanie zwracać na ten nieprzyjemny odgłos uwagę.

Człowiek jest ciekawy. Prostą manifestacją ciekawości jest odruch badawczy, czasem nazywany odruchem poznawczym. Polega na tym, że jeżeli człowiek spotyka nowy, nieznany obiekt, to aktywnie utrzymuje uwagę na tym obiekcie i podejmuje rozmaite działania, żeby dowiedzieć się, co to jest. Dotyka – twarde, miękkie, ciepłe, zimne. Przesuwa ręką badając fakturę. Ogląda ze wszystkich stron. Wącha a czasem – poliże. Próbuje podnieść i sprawdzić czy ciężkie. Potrząsa i przykłada ucho. Zwykle postępuje w ten sposób tak długo, aż ustali, co to jest albo do jakiej klasy obiektów należy, do czego to nowe jest podobne.

Niemowlę po raz kolejny trąciło kolekcję zabawek nad głową. Czego się uczy? Czy uczy się ciekawości i chęci poznawania otoczenia, czy raczej ćwiczy habituację wobec nieznośnego natłoku bodźców. Czy uczy się identyfikować dźwięk i przypisywać do źródła, czy raczej uczy się żyć w hałasie. A może za kilka lat będzie miało w pokoju włączony telewizor, otwarty laptop z bajką i jeszcze grającą zabawkę, którą będzie walić w podłogę. I będzie przeżywać satysfakcję, że jago walenie jest najgłośniejsze. A może za jeszcze kilka lat nie będzie się śmiać z gagów Monty Pytona, bo one okażą się za długie. Artykuł w gazecie okaże się za długi a książka niedostępna.

Nie byłoby pewnie dobrze, jeśli niemowlę widziałoby białą ścianę i tylko tę ścianę. Ale nie jest też dobrze, jeśli wielość, nadmiar bodźców zaburza rozwój.

Jeden Krzyś – jeden miś to akcja ochrony dzieci przed nadmiarem tego, co opiekunowie uważają za dobre. Dobre jest to, co w miarę.

                                                                                                                                                                                                                                  Andrzej Kuśmierczyk

Jeden Krzyś – jeden miś. Dwa

Jorge Luis Borges powiedział, a słuchało go z uwagą dostojne zgromadzenie, że człowiek ma dwie potężne moce kulturotwórcze: pamięć i wyobraźnię. Pamięć daje to, co wyobraźnia twórczo przetwarza. Wyobraźnia to umiejętność tworzenia takich stanów rzeczy, których w rzeczywistości nie ma lub jeszcze nie ma. Większość tego, co generuje wyobraźnia, to stany ulotne, przywoływane dla potrzeby chwili, dla przyjemności, dla dodania sobie odwagi, dla satysfakcji z wyobrażonej zemsty. Ale wyobraźnia kreuje czasem coś, co warto zrobić – samoloty, łodzie podwodne, lekarstwa, książki.