Blog

Aktualności, artykuły, opowiadania, bajki i inne twory literackie powiązane z tematyką psychologii

Pogawędki przy kawie

Kawa – to tylko pretekst, aby spotkać wspaniałych ludzi. Kiedy inni oglądają seriale, piją wódkę, pracują bo nie mają dokąd wracać. My spotykamy się w każdy poniedziałek o 19.00 i jesteśmy ze sobą. Rozmawiamy, rysujemy, towarzyszy nam muzyka, sztuka. Omawiamy bieżące wydarzenia ale przede wszystkim sprawiamy, że człowiekowi do człowieka bliżej.

Czytaj dalej

Bohumil Hrabal, Auteczko, przekład Jakub Pacześniak, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.

Opowiadanie rozpada się na dwie części, pierwsza to rozdziały 1 – 6, poświęcone kotom w Kersku i rzezi, jaką urządził bohater, druga – 7 – 9 plus epilog, zawiera opisy doświadczeń i refleksje bohatera z metapoziomu, co częściowo dotyczy zwierząt (kotów), a w istocie jest próbą jakiegoś porządkującego ujęcia tego, co bohater przeżywa, co jest jego moralnym doświadczeniem podstawowym i finał, w którym Hrabal potwierdza, że niczego się nie uczy.

Część pierwsza. Hrabal opisuje swoje miłosno-zbrodnicze związki z kotami. Pełno w nich relacji, wymiany uczuć. Są spojrzenia, dotyk, szeptanki, prawie rozmowy. Ale jest też rozpaczliwe poszukiwanie wyjścia z pułapki, którą bohater sam na siebie zastawia. Nie waha się ujawnić, że nie mógł się napatrzeć na ulubioną kotkę „a ona tak mnie kochała, że prawie mdlała, kiedy brałem ją na ręce, przystawiałem sobie do czoła i szeptałem jej do ucha słodkie miłosne wyznania… a ona na chwilę omdlewała pod naporem uczucia, które płynęło ode mnie i z powrotem od niej do mnie, krztusiłem się tym szczęściem.” (s.19-20).

To bardzo ładne, tylko bardzo niemoralne. Też o tym chyba pisała poetka, kiedy pisała, czego nie nie robi się kotu. Zwierzęta, nawet koty nie mogą być adresatem uczuć, które ludzie przeżywają z ludźmi, do ludzi. Zwierzęta, by mogły stać się takimi obiektami, muszą zostać poddane antropomorfizacji. Trzeba usunąć z nich to, co zwierzęce a na to miejsce wmontować, włożyć to, co ludzkie. Trzeba zwierzętom wpisać ludzkie wartości i ludzkie uczucia oraz, co niezwykle trudne, ludzką zdolność przeżywania tych wartości i uczuć. Pomagają w tym pewne zabiegi magiczne: kot zamiast pyska ma buzię, zamiast czujnych oczu kota ma kocie oczy pełne miłości.

Hrabal zachowuje się tak wobec kotów, jakby nic o nich nie wiedział. Nie wie, że są to zwierzęta. Jest zaskoczony ich fizjologią i chociaż w zasadzie godzi się na nią, to potrafi wykopać kota z domu prosto do lasu, kiedy ten nasra w domu, tuż za drzwiami. Koty panoszą się po całym domu. Srają i szczają wszędzie a on sprząta te brudy ale pewną nutką żalu i rozczarowania, że jego baśniowe koty też są kotami. Koty śpią w łóżku i to jest przyjemne, jest źródłem szczególnie miłych doznań. Odnosi swoje potrzeby do zwierząt, ponieważ, jak sam stwierdza, z ludźmi realizować ich nie potrafi, bo jest łysy i ma zmarszczki. To chyba coś nie tak. Jeśli przyjąć hipotezę, że rozwijający się człowiek uczy się realizować swoje potrzeby związane z innymi ludźmi na coraz wyższym poziomie rozumienia i odczuwania, to tutaj dzieje się jakiś niejasny, niepokojący regres.

Kot domowy zaliczany jest do gatunków silnie inwazyjnych. Zdrowa samica osiąga dojrzałość rozrodczą w pół roku. Wydaje rocznie dwa mioty po dwa, sześć kociąt w każdym miocie. Żyje w warunkach półdzikich około ośmiu lat. W ramach podstawowej opieki zdrowotnej kot musi pozostawać pod opieką lekarza weterynarii. Powinien zostać zaszczepiony na podstawowe choroby, odrobaczony. Dojrzewający kot (zarówno samiec jak i samica) powinien być wysterylizowany w celu uniknięcia niekontrolowanego rozmnażania, zwłaszcza w warunkach, w których koty pozbawione są ciągłego wsparcia i kontroli człowieka. U Hrabala mnożenie się kotów stawia go przed koniecznością zabijania zwierząt, które kochają go do obłędu i które on również obłędnie kocha. Miłość i zbrodnia to rytuał, spójny rytuał, który tworzy na gruncie swej chłopsko-dziecięcej mentalności i którego staje się ofiarą.

Zabijanie zwierząt – bohater co i rusz porównuje zabijanie zwierząt do zabijania ludzi przez ludzi, co jednak nie jest niczym uprawnione – jest trudne. Oglądanie agonii i śmierci jest dla większości ludzi wstrząsające, dotyka bowiem całego kompleksu przeżyć atawistycznych, w warunkach codziennego doświadczenia bardzo obcych. Dlatego ludzie zwracają się, wobec konieczności uśmiercenia zwierzęcia, do fachowców, którzy nie tylko uwalniają ich, ludzi, od konieczności osobistego zadawania śmierci ale przede wszystkim, wyposażeni w odpowiednie narzędzia, zapewniają zwierzęciu minimalizowanie cierpienia.1

Bohater jest w tym zabijaniu równie zmistyfikowany jak w tej miłości. Tak, jak ona jest kierowana nie do kotów ale do zmistyfikowanych obiektów substytutywnych tak i to zabijanie jest zabijaniem ludzi, jest zabijaniem bardzo nieludzko ludzkim. Zarówno w tej miłości jak i w tej zbrodni szkoda kotów, bo, i tu, i tu nie są kotami. Każdy lekarz weterynarii posiada umiejętność humanitarnego zakończenia życia kota. Ale żeby skorzystać z umiejętności lekarza, bohater musiałby uznać, że to, co kocha to zwierzę, to kot, a kot powinien być troskliwie zadbany (zgodnie z gatunkową normą), a nie kochany, tak kochany.2

Koty żyją w Kersku, w letniskowym domu Hrabala. Koty dostają ciepłe mleko, świeże mięso a nawet morską rybę. W chłodne albo zimowe dni bohater pali w piecu, koty są więc zadowolone, najedzone, wyspane w przyjemnym cieple. Ale Hrabal wyjeżdża do Pragi, a koty zostają i choć bohater martwi się a nawet z tego zmartwienia nie może spać, nie rozwiązuje sto problemów pozostawionych sobie kotów. Przejęcie Hrabala losem kotów jest wręcz drażniące w swym sentymentalizmie i budzi zniecierpliwienie. Tam głodne koty na mrozie, tu przejęty ich losem Hrabal… Koty próbują przetrwać i stają się uciążliwe dla otoczenia. Są obcym gatunkiem o dużych zdolnościach przystosowania. Polują na małe ptaki śpiewające: zięby, kosy, drozdy, sikory, a także na młode kuropatwy, bażanty. Polują również na młode króliki i zające. Jakie czynią szkody, trudno oszacować z punktu widzenia ludzi i zwierząt zamieszkujących ten sam obszar, co zawleczone przez nieodpowiedzialnego człowieka koty. Są to szkody niczym nie usprawiedliwione. Trochę zaskakujące jest, dlaczego sąsiedzi Hrabala nie poprosili go o usunięcie kotów. Może to czeska tolerancja i poczucie humoru.

Całkiem niedobry jest passus o kotach, które trafiają do placówek naukowych. Bohater fantazjuje o kotach, które mają implantowane jakieś aparaty kontrolujące pracę ich mózgów. Takie implanty stosowane są ostrożnie i nie sprawiają żadnych przykrości kotu. Po prostu, kot o tym nie wie. Wszystkie zwierzęta laboratoryjne, od wypławka poczynając a na kotach kończąc, traktowane są z należytą troskliwością. Wynika to z różnych przyczyn a przede wszystkim z reżimów badawczych (minimum koniecznej ingerencji w badane procesy życiowe) i koty kosztują. Nikt nie pozwala sobie na ryzykowną nonszalancję, a że zwierzęta traktowane są bez naiwnej ckliwości, tym lepiej dla nich.

Mistyfikacja miłosna Hrabala szczególnie dotkliwie ujawnia się wówczas, gdy następuje gwałtowna zmiana zachowanie dwóch samic, które w tym samym czasie urodziły kocięta i wspólnie opiekują się nimi. Bohater jest zupełnie bezradny, nie wie, bo nic nie rozumie, co ma zrobić wobec nagłej wrogości samic wobec siebie i wobec niego. Nie ma żadnych pomysłów wyjaśniających zmianę zachowania, nie znajduje żadnych sensownych interwencji i jedyne, co potrafi zrobić, to… zabić obie samice.

Epilog zawiera opis przygody z łabędziem. I po raz kolejny Hrabal zachowuje się w ten sam sposób, jak z kotami. Podziwia piękno zamarzającego ptaka, rozumie grozę sytuacji, wie, że jeżeli ptakowi nie udzieli pomocy, ptak zginie. I co robi? Czynności ratunkowe sprowadzają się do wyciągnięcia ręki z jakąś taką propozycją: „Stary, podaj rękę, już cię wyciągam. No, dawaj.” Ale ptak nie daje ręki, Hrabal, wprawdzie zmartwiony, poszedł spać. Następnego dnia ptak nie żył. Jakże nużące są te poronne próby kontaktu bohatera ze zwierzętami. Każda próba, z kotami, po kolei z każdym, i ta ostatnia, przekonuje, że Hrabal nie uczy się. Bo ma w głowie pewność, że wie wszystko o kotach, o łabędziach. To taka formacja umysłowa, dla której wyprawa do zoo jest bardzo przyjemna, a przyjemność wynika z przekonania, że zwierzęta marzą o pokazywaniu się ludziom przez kraty, na wybiegu wylanym asfaltem.

Część druga dzieła Hrabala wymaga głębokiej analizy psychologicznej, najlepiej z zastosowaniem jałowej, poznawczo pustej frazeologii psychoanalitycznej. Jeżeli nie tak, to po chłopsku wystarczy stwierdzić, że Hrabal kręci się jak gówno w przeręblu. Szczegółowiej można tak: bohater w trudnej sytuacji życiowej spowodowanej chorobą poszukuje związków przyczynowo-skutkowych tam, gdzie ich nie ma. Zabieg ten, przekształcający realny świat w świat magii, jest bardzo użyteczny, bo przenosząc przyczyny w magiczne zaświaty, doznając skutków tajemnych, które trzeba za pomocą wiedzy niezwykłej i mocy dopiero odczytać, zwalnia się bohater z odpowiedzialności za własne życie. Tak robi wielu ludzi.

Są też dramatyczne zaklęcia, wyznania: „jestem winien, lecz nie dlatego, że je zatłukłem, ale że zabiłem miłość.” (s.83) Miłość robią ludzie z ludźmi. To most budowany z dwóch brzegów, konstrukcje winny spotkać się gdzieś pośrodku. Nie można tego mostu zbudować jednoosobowo, za daleko do drugiego brzegu. Musi być na tyle wytrzymały, by mogły po nim przejść uczucia, marzenia, fantazje, doświadczenia. Kot nie umie budować mostów. Nie było miłości a tylko jednoosobowe złudzenia, może i chwilowo przyjemne, ale ciągle złudzenia. Znowu: dla wielu ludzi złudzenia to jedyne, co im jest dostępne, dlatego tak rozpaczliwie ich bronią, powtarzając „to miłość, miłość, miłość.”

1Szczególnym pomnikiem sentymentalizmu i okrucieństwa w Polsce są schroniska dla zwierząt, całe hektary nieszczęścia i niecnych nadużyć. W wielu krajach istnieją schroniska dla zwierząt ale obowiązują w nich czasowe ograniczenia pobytu. Jeżeli zwierzę ne znajdzie opiekuna, zostaje uśpione. Tutaj zwierzę przebywa w schronisku do naturalnej śmierci, bo życie podlega ochronie do naturalnej śmierci (chciałoby się powiedzieć „od poczęcia”). I dlatego, z pozornie słusznego powodu, w istocie z powodu groźnego, zabójczego jak różowa sukieneczka na dorosłej dziewczynce, z powodu sentymentalizmu, schronisko zamienia się w psie Guantanamo, gdzie każda godzina jest wyczekiwaniem na łaskę śmierci. Tę okrutną i kompromitującą praktykę należy jak najszybciej skończyć nie oglądając się na protest ciemnych bab, samotnych panien, których cycki uschły nie dostąpiwszy łaski macierzyństwa, nauczycielek polskiego czytających romantyków, wszystkich miłośników zwierząt, psów, kotów, wszystkich Hrabali.
2Zaczęło się bardzo dawno od animistycznych pomysłów, według których drzewa, trawy, koty, konie, gwiazdy, kamienie i robaki mają duszę i z tej dusznej potrzeby gadają nieustannie a to między sobą, a to, szczególnie chętnie, z ludźmi lub niektórymi z nich – szamanami. Neolit się skończył, pierwotne kultury minęły, powstały następne – mezopotamska, chaldejska, staroegipska, grecka, później Rzym i chrześcijaństwo a magiczny stosunek do zwierząt ciągle przeżywa nowe formy. Współcześnie manifestuje się różnorako: a to przez ostentacyjny wegetarianizm, a to przez namiętną hodowlę ras psów zgodnie z dyktatami mody. Jedni w głupkowatych gettach New Age przytulają drzewa a inni prowadzają swych milusińskich do salonów piękności. O ile jednak przytulanie brzóz brzozom nie szkodzi (chyba, przecież to gatunek pionierski), o tyle upiększanie zwierząt wedle gustu opiekuna jest nadużyciem. Powstał cały system dręczenia zwierząt, który nazywa się kosmetyką, a może kosmetologią zwierząt. Więc panna prowadzi swego yorka do innej panny, która uszkadza zwierzę wedle modelu ustalonego na wielkim targowisku próżności, w internecie. W tym procederze biorą udział absolwenci weterynarii. Smutne.

Autor: Andrzej Kuśmierczyk

Mój, raj tuż za rogiem.

Kiedy spotkałam Florę Tristan właśnie „[…] wracała do hotelu krętymi, brukowanymi uliczkami Auxerre, zobaczyła na małym placu, na którym rosły cztery topole o bardzo jasnych, świeżych liściach, grupę bawiących się dziewczynek, które bez przerwy ustawiały się w jakieś figury albo sprawiały, że te wcześniejsze przestawały istnieć. Przystanęła, chcąc się temu przyjrzeć. Bawiły się w „raj”, to znaczy w grę, w którą – jak opowiadała Twoja matka – bawiłaś się ty w ogrodzie w Vaugirard z małymi koleżankami z sąsiedztwa, pod czujnym i szczęśliwym okiem don Mariana. Pamiętasz, Florita? „Czy tu jest raj?” „Nie, seňorita, jest tuż za rogiem”. A kiedy dziewczynka biegła od rogu do rogu, pytając o nieosiągalny raj, uradowane koleżanki zmieniały miejsca za jej plecami. Przypomniała sobie pewien dzień w Arequipie w 1833 roku, kiedy w pobliżu kościoła La Merced zobaczyła grupę chłopców i dziewczynek biegających po sieni obszernego domu. ” Czy tu jest raj?” „Tuż za rogiem proszę pana”. Gra, którą miałaś za francuską, okazała się znana także w Peru. Ale co w tym dziwnego, skoro dążenie do raju było przecież celem powszechnym?”1

Bordeaux jesienią 1844 roku było przepiękne. Znalazłaś dla mnie chwilę, usiadłyśmy przy lampce wina. Z uwagą słuchałam gdy wypowiedziałaś zdanie „[..] iż cywilizacja jest wprost proporcjonalna do stopnia niezależności kobiet.”2 Opowiadałaś mi jak pomagałaś zakładać stowarzyszenia robotnicze w całej Francji. Spotykałaś się z robotnikami tłumacząc, że muszą podjąć walkę o swoje prawa. Jeśli się o nie, nie upomną, nikt z własnej woli im ich nie da. Fascynowało mnie jak zdołałaś napisać swoją pierwszą książkę „Wędrówki pariaski”, biegając jednocześnie między sądami, komisariatami. Odpowiadając na wezwania policji i sędziów. Przez tą książkę straciłaś skromną pensyjkę a mąż postanowił się zemścić – strzał w lewe płuco. Do końca walczyłaś o swój raj – równą Francję. Ja po dziesięciu latach beznadziejnych zmagań, podałam się. Nie miałam tyle wytrwałości, energii aby Litzmannstadt zmienić w arkadię.

Paul zaprosiłeś mnie do Polinezji, Papeete. Tam nazywali cię Koke a w trudach dnia codziennego towarzyszyła ci Pahura czternastoletnia Tahitanka, która urodziła ci syna. Pamiętam ciepły, letni wieczór, zapach drzewa sandałowego, a potem znalazłam się w Maison du Jouri (Domu rozkoszy). Noc pozwoliła mi doświadczyć chwili szczęścia i mogłam Cię słuchać. Do tej pory zastanawiam się czy istnieją mahu. Natomiast historia spotkania Jotefa, opowieść o jego miedzianoszarej skórze, pod którą widać było napięte mięśnie, rozbudziła moje zmysły. W takiej atmosferze zastał nas świt. Dostąpiłam zaszczytu obejrzenia twoich rzeźb, tych większych zrobionych z drzewa chlebowego i tych mniejszych, gdzie materiałem było drzewo balsy. Podziwiałam statuetkę Ovri, a Ty dalej mówiłeś. ” – Byłem wolny i szczęśliwy. […] Malowałem normandzkie pejzaże, łodzie i rybaków w porcie. Nieskończenie bezwartościowych obrazów, ma się rozumieć. Ale byłem przekonany, że wkrótce zostanę dobrym malarzem. Byłem tuż za rogiem. Ileż miałem w sobie entuzjazmu.[…]”3

Ależ Paul, ty jesteś wielki malarzem. Hiva Oa to Twój raj. Rozwinąłeś swoje umiejętności, talent, nie widziałam, aby ktoś tak malował. „Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?” – ten obraz zapiera dech w piersiach. To ciekawe, że aby poczuć się naprawdę szczęśliwym musiałeś pokonać czternaście tysięcy czterysta pięć kilometrów. Kiedyś myślałam, że Albion stanie się dla mnie tym, czym jest dla Ciebie Hiva Oa.

Mój raj jest tuż za rogiem. W ręku trzymam trunek z 12 % ekstraktem siedząc U Marků. Po lewej stronie przy stoliku dwie szacowne panie w wieku siedemdziesięciu i siedemdziesięciu pięciu lat spożywają jasny lager Starobrno oraz dolnej fermentacji Pilzner prowadząc niespieszną rozmowę. Na wprost mnie cztery pory roku Alfonsa Muchy. Okrągłe kształty piersi i bioder lata, sprawiają, że mam ochotę śpiewać „Lato, lato, lato ach, to Ty.” Ludzie jakoś tak spokojnie, powoli, płyną w powietrzu. Uśmiechają się do siebie, prowadzą dyskusje o tym, jak kiedyś ich przodkowie obsługiwali angielskiego króla oraz co zrobić z tymi pociągami pod specjalnym nadzorem. Zamykam oczy… otwieram i tuż nade mną jest ogromny krzyż z różowymi „bumbelkami”, a przynajmniej ja je tak nazywam. Nie wiem co jest z tym powietrzem, ale po kolejnym wdechu zaczynam się unosić i powoli płynę ku Hrad Ŝpilberg. Minę czerwone kasztany. Razem usiądziemy na murze, przytulimy się. I tak będziemy trwać w – raju.

1M. V. Llosa, Raj tuż za rogiem, Karków 2010, str. 16 i 17
2M. V. Llosa, Raj tuż za rogiem, Karków 2010, str. 331
3M.V. Llosa, Raj tuż za rogiem, Karków 2010, str. 393
Zdjęcie ze strony:http://samochodem.eu

Sens bez zasad

Dwie rzeczy: jedna przypowiastka; oraz scena w filmie Skazani na Shawhank.

1. Przypowiastka z książki Anthony’ego de Mello o mistrzu i jego uczniu, który udaje się w dalekie strony szukać świadomości/oświecenia:

„Pewien uczeń powiedział swemu guru, że udaje się w jakieś odległe miejsce, by
pomedytować i ma nadzieję, że osiągnie tam oświecenie. Przysyłał więc swemu guru co sześć
miesięcy wiadomości o tym, jakie czyni postępy. Pierwsza informacja brzmiała: „Teraz
rozumiem, co to znaczy zatracić siebie”. Guru podarł kartkę i wyrzucił ją do kosza na śmieci.
Po następnych sześciu miesiącach otrzymał następną relację: „Teraz osiągnąłem wrażliwość
na wszystkie istoty”. Guru podarł i to. Trzecia wiadomość dotyczyła kolejnych postępów:
„Teraz pojąłem tajemnice jedności i wielości”. I ta kartka została podarta. Trwało to tak przez
lata, aż w końcu nie nadeszła żadna wiadomość. Po pewnym czasie guru zainteresował się
ponownie losem ucznia i kiedy jakiś podróżnik udawał się w tamte strony, poprosił go, by
dowiedział się, co stało się z tym człowiekiem. Otrzymał wreszcie informację od ucznia.
Napisał on: „A jakie to ma znaczenie?” Kiedy guru to przeczytał, powiedział:
– Dokonał tego! Udało mu się w końcu! Udało!”*

*Anthony de Mello, Przebudzenie

2. Scena w filmie Skazani na Shawhank, dotycząca ostatniej rozmowy o warunkowe zwolnienie Red’a:

W poprzednich rozmowach Red na pytanie czy jest zrehabilitowany i gotowy dołączyć do społeczeństwa odpowiada gorliwie że tak, że jest innym człowiekiem, że żałuje swoich czynów i że jest gotów. Za każdym razem dostaje odmowę.

W scenie o której mowa Red na to samo pytanie odpowiada, że nie wie co to znaczy być zrehabilitowanym, dla niego to zmyślone słowo które nic nie znaczy. Owszem, żałuje swoich czynów, ale mówi komisji wprost że ma kompletnie gdzieś czy dołączy do społeczeństwa czy nie. Dostaje zgodę.

Paradoks, wszędzie paradoks.

Odnośnie 1. przypowiastki – nie będę się zbytnio rozwodził nad znaczeniem. Dla każdego może mieć inne. Kiedy pierwszy raz ją przeczytałem, tknęła mnie. Myślałem że to ostateczność, że tak właśnie wygląda oświecenie/świadomość. Że kto wie, nie mówi. Że uczeń poznał zasadę, która mówi że nic nie ma znaczenia, zasadę według której mógł mieć wszystko w dupie i przez to osiągnąć spokój.

Teraz uważam, że uczniowi po prostu nie chciało się kontaktować ani martwić się tym co pomyśli o nim mistrz. Czy dostarczy mu potwierdzenia swojej wartości. Nie musiał spełniać żadnych zasad ani warunków, po prostu mu się nie chciało. Nie miało to znaczenia ani sensu, ale dlatego że nie miało to dla niego sensu.

Odnośnie 2. sceny – Red czuł się już tak oszukany przez komisję, że zwątpił w sens tych zasad, które miały dać mu wolność. Przestało mu się chciec tym przejmować i pogodził się z tym, że może nigdy nie wyjść na wolność. Sam dał sobie wolność: od rozczarowania, od grania według zasad, które nie miały dla niego sensu.

Autor: Michał Wyka

Zdjęcie: Foter.com

Noc jest najciemniejsza w nocy

„Noc jest zawsze najciemniejsza tuż przed świtem”. Ciekawe powiedzenie. Pokrzepiające, szczególnie w jakimś trudzie, kiedy wydaje się, że więcej nie można znieść – a przecież to zaraz ustąpi, bo niedługo nadejdzie świt. Czy to nie pocieszające?

Co nie? Można doszukać się wielu analogicznych sytuacji, potwierdzających że niby tak to działa. Uprawiając jakiś sport, wiedomo jak ciężko jest na początku. Albo w trakcie. Na przykład bieganie. Biegniesz, po chwili czujesz że masz kompletnie dosyć. Organizm nie chce „marnować” energii, więc wmawia Ci że zaraz padniesz. Ale znasz to, olewasz i biegniesz dalej. Po chwili jesteś napompowany hormonami, nie czujesz zmęczenia i wszystko spoko. Była ciemność, jest świt. Cud!

Pijak osiąga dno, przestaje pić, ogarnia życie. Ciemność – świt. Cud!

Inny przykład. Depresja. Jest ciemno. Ciemniej. Najciemniej? Aha, czyli będzie świt. Ok, jednak nie. Ciemno. Coś zrobić? Uświadamić się, odrzucić toksyczne przywiązania, odprać mózg. Jest świt? Cud?

Prawda że proste? Raka też tak się leczy. Po śmierci jest raj. Ciemność – świt. Cud.

**

W kontekście, w którym jest używane to powiedzenie noc oznacza coś złego, co przeminie i zostanie pokonane. Coś czego nie powinno być. Coś na co nie ma zgody.

W tym problem. Znajdując się w jakiejś sytuacji do dupy, generalnie nie uznaje się tego za coś normalnego. Trwając w depresji czy będąc przygnieconym jakimiś obowiązkami, które nie mają końca, nie uznaje się tego za normalny stan i nieustannie pożąda stanu idealnego. Wtedy np. czuję się beznadziejnie pokrzywdzony bo nie mogę wydostać się z dupy, i wyrzucam siebie z aktualnej sytuacji.

Jest środek nocy, a ja stwierdzam, że nie powinno być środku nocy, bo to jakaś pomyłka.

Chcę żeby był świt, bo świt jest fajny. Świt rozumiany jako komfortowa, stabilna sytuacja albo pokonanie przeciwności.

Ale kto powiedział że trzeba coś pokonać? Kto powiedział, że powinno się być w komfortowej, stabilnej, pewnej sytuacji?

Co za głupie pytania, prawda? „Nie chciałbym przecież żyć w chaosie i niebezpieczeństwie. Doświadczyłem komfortu i stabilności i wiem, że to jest dobre. Poza tym, oprócz komfortu, chciałbym coś osiągnąć. To ważne. Dlatego będę umierał ze strachu kiedy komfort zostanie mi zabrany i kiedy czegoś nie osiągnę. Nie jestem materialistą, obniżyłem standardy, chcę tylko minimum, chcę żyć jak człowiek. Owszem aktualnie jestem w dupie, i w sumie jestem w tej dupie parę lub kilkanaście lat ale to jakaś pomyłka. Tak nie powinno być.”

A co jeśli całe życie to noc? Może noc i świt to tylko abstrakcja. Moja noc może być dla kogoś innego jego świtem. Może osiągnięcie przeze mnie świtu i komfortu nie jest wcale moją naturalną normalną potrzebą, ale tak zostało mi wmówione a ja tylko myślałem że tak trzeba. Bo przewidywalność unikania niestabilności jest ludziom na rękę. Po pierwsze, bo organizacja, po drugie, bo wszyscy tak mają. Minusem jest brak życia i strach.

Bo czy naprawdę chce mi się umierać ze strachu, że nie jestem taki jaki myślę że powinienem być? Jeśli nie mogę czegoś zmienić, to czy chce mi się czuć niesprawiedliwie pokrzywdzonym albo gorszym? A jeśli mogę coś zmienić, to czy chce mi się bać to zmienić?

Czy mi się chce?

Czyli przejmowanie się to wybór? Co za pierdoły. Prawda? Gdyby tak było to pstryk, już, wybrałbym że jestem szczęśliwy i fajrant. Rzecz w tym że i tak, i nie.

Czasem w pewnych sytuacjach można być na tyle świadomym, że po prostu wybieram, że się nie przejmuję – więc się nie przejmuję. Koniec tematu.

Z drugiej strony – najczęściej – to jest po prostu silniejsze ode mnie. Jestem nauczony się przejmować, nie mogę kontrolować tego że się przejmuję. Ale!

Mogę się nie przejmować tym że się przejmuję. Mózg rozwalony. W ten sposób mam i spokój, i powoli mogę się oduczać tego co nie moje.

Ok. Jest jeszcze jeden problem, czyli: chciałbym się nie przejmować, albo chciałbym się nie przejmować że się przejmuję. Ale nie mogę – bo co się stanie jeśli przestanę się przejmować? Nie przejmowanie się czymś jest mi tak obce, że absolutnie panicznie się tego boję.

Tylko… jeśli jest noc, to na cholerę bać się ciemności? To trochę przeszkadza.

Przyznać, że jest noc, nie odrzucać tego, bo noc zaraz nie odejdzie. Jest najciemniej teraz, w nocy. Nie ma świtu. Ale to przecież bez znaczenia, jeśli przestaję bać się ciemności.

Autor: Michał Wyka

Zdjęcie: Foter.com

Jest w Polsce miasto

Jest w Polsce miasto Ł – Łask, Łomża, Łódź albo Radom, Włocławek, Opoczno albo jeszcze inaczej nazwane, miasto Ł. Na centralnym placu mieszkańcy a może władcy, postawili bramę we współczesnym, minimalistycznym stylu, która, nie wiadomo, jest symbolem triumfu czy może hańby. Cóż, odwoływanie się do symboliki starożytnych, nawet Rzymian, jest zawsze trochę ryzykowne. Wieczorami plac bywa oświetlony lampami w stylu monumentu, nawierzchnia też jest modna a wszystko razem nijak nie pasuje do otaczających plac bud mieszkalnych ze sklepikami od frontu. W Ł zdarzył się wypadek, który zajął na chwilę uwagę mediów. Oto w czasie parafialno-powiatowych uroczystości dożynkowych odbywających się w kościele, w postaci mszy, nieokrzesany drab zaatakował burmistrza gazem pieprzowym. A groźniejszy był jeszcze i z tego powodu, że w drugiej ręce, może lewej, jeśli gaz miał w prawej, trzymał paralizator lub coś takiego. Nim burmistrz zdążył przymknąć rażone pieprzem oczęta, już lud w osobie zawsze dzielnego, choć w cywilu policjanta, ruszył w bój i obezwładnił napastnika. Burmistrz otrzymał, jak podały media, należytą pomoc, a zbój został odwieziony karetką pogotowia do aresztu, do szpitala. Uroczystości były kontynuowane. Itd, itd… Opowiedzmy tę dramatyczną scenę jeszcze raz, a może dwa razy, trzy.

Pewien człowiek, z nieznanych pobudek zaatakował burmistrza miasta Ł gazem pieprzowym w czasie uroczystości dożynkowych w kościele. Burmistrza, w czasie pełnienia obowiązków służbowych. Zacni ludzie rzucili się w obronie burmistrza na napastnika. Został on obezwładniony w ten sposób, że bezprzytomnego, z połamanymi kośćmi twarzy z kałuży krwi podnieśli ratownicy pogotowia medycznego i uwieźli. Uroczystości trwały dalej, aż do podniosłego, zapewne końca. Choć nie ma pewności, czy oślepiony burmistrz odzyskał widzenie czy nie.

W komentarzu pojawiło się oburzenie na człowieka, który dokonał tak brutalnej napaści na urzędnika państwowego i/lub samorządowego. Pochwalono refleks interweniujących obywateli ze szczególnym podkreśleniem zasług policjanta. Podano również, z przedziwną a może tylko mściwą satysfakcją, że sprawcy grozi kara pozbawienia wolności do lat dziesięciu. I to byłby koniec historii, bo przecież dla reporterów i dziennikarzy nie zabraknie innych sensacji w rodzaju samobójcy nastolatka, kradzieży pierogów w markecie czy trochę już ogranych ale zawsze pikantnych gwałtów ze szczególnym okrucieństwem. I nie wszystko musi się zdarzyć w mieście Ł, choć wszystko zdarza się jednak w jakimś mieście … Ł. Jednak rodzą się pytania i wątpliwości. Obejrzyjmy tę scenę jeszcze raz.

Oto w mieście Ł odbywa się dęta, wysilona uroczystość dożynkowa, której celem jest należyte uczczenie wysiłku ł-owskiego chłopa, wysiłku pozornego i daremnego, bo powiat przeżywa narastające problemy ekonomiczne i wyludnia się. Propaganda ledwie nadąża z maskowaniem kłopotów, a codzienność ledwie dowleka się do zmierzchu, gdy miasto zamiera, lud siedzi przed telewizorami i oszczędza prąd. Jakiś zmęczony beznadzieją człowiek postanawia targnąć się na czyn heroiczny, uzbraja się w gaz pieprzowy i jak podpowiada mu wyobraźnia, rzuca się w dzień świąteczny na władzę. Ledwie oddał pierwszy strzał, już został rzucony na posadzkę kościoła, w którym umyślony akt rewolucyjny wprowadzał w czyn i już go nie było, bo opuściła do świadomość na skutek utraty przytomności. Ale byli inni.

W akcji obrony burmistrza brał udział, jak podkreślają media, policjant. Policjant działa zawodowo, profesjonalnie. Wie, jakie środki interwencji są proporcjonalne do zagrożenia. Policjant wie, że przeciętna akcja obezwładnienia trwa kilka sekund. Dlaczego więc napastnik ma połamane kości twarzy. Czy to policjant bił i kopał jak policjant, zawodowo? Czy to bili i kopali inni, a policjant stanął a obronie ofiary? Oto sytuacja linczu, na którą nie może patrzeć burmistrz, ale patrzy kapłan. I nie reaguje. Nie woła: „Bracia, przestańcie!” Świątynia została zbrukana aktem gwałtu, na podłodze jest krew. A kapłan nie biegnie do nieprzytomnego, nie podtrzymuje mu głowy, nie wsiada z rannym do ambulansu? A jeśli nie kapłan, to czemu nikt nie mówi: „Coście zrobili?” i nie wychodzi rzucając za siebie: „Rzygać mi się chce na was i wasze świętowanie.” Krew byle jak starła baba ze szmatą i wszystko potoczyło się ładnie dalej.

Dlatego potrzebny jest wielki zbrodniarz i potwór. Dlatego wszyscy w Ł są wstrząśnięci i zatroskani zdrowiem burmistrza, bo swoją małą, obłudną, strachliwą nędzę mogą ukryć tylko za większą zbrodnią. Media doniosły, że aresztowany, wiejski naprawiacz rowerów, posiadał naboje do broni palnej i… majstrował przy produkcji domowych rakiet balistycznych.

Zamiast postscriptum.

Od kiedy to udział w mszy należy do obowiązków służbowych burmistrza? Czy od czasów, kiedy to zgodnie ze świętym obyczajem król Jagiełło nie mógł zasiąść do śniadania z rodziną, jeśli nie był obecny kanonik? Czy od czasu, kiedy Polska znów jest monarchią, z zasiadającym na tronie Jezusem?

Zdjęcie: Foter.com

Pociąg do władzy

W pociągu relacji miasteczko miasteczko przez miejscowości i wsie jechał chłopiec ze szkoły do domu. Jego bilet był nie w porządku, brakowało zaświadczenia, pieczątki na zaświadczeniu, w zaświadczeniu był błąd. Cokolwiek było źle – nie było dobrze. Miły konduktor pokazał chłopcu, co trzeba poprawić, uśmiechnął się i pożegnał do jutra. A na odchodnym opowiedział śmieszną anegdotę o kolei.

Naprawdę było trochę inaczej. Nie wiedzieć czemu, w prawdziwym życiu, tutaj, musi być inaczej. Biletowy wyrzucił chłopca z pociągu, bo zaświadczenie ze szkoły nie miało właściwej pieczątki. A pieczątki nie było, bo szkoła się reformuje i pieczątek jeszcze nie ma. Chłopiec wysiadł z pociągu i poszedł do domu pieszo pięć i pół kilometra. Jutro pokaże zaświadczenie z właściwą pieczątką, a biletowy upokorzy go raz jeszcze, zezwalając na dalszą jazdę, chyba że coś będzie źle. Póki co, poszedł.

I tak pójdzie zbierając zaświadczenia o szkołach i kursach, szkoleniach i może za kilkanaście lat uskłada się z tego jakaś kariera lub choćby karierka. A strach, że go wysadzą, wyrzucą, wyproszą zamieni na władzę. Cokolwiek będzie robił, zawsze będzie miał jakąś władzę. Czy będzie sprawdzał bilety w pociągu, czy leczył ludzi, czy będzie portierem, czy prezydentem. Codzienny odwecik będzie brał na każdym, kto się nawinie pod rękę, kto będzie choć trochę zależny – żona, dzieci, podwładni, klienci, petenci. Pójdzie dalej, lecz choćby nie wiem jak daleko zaszedł zawsze będzie niepokój, że coś przegapił.

Bo masz się bać, i gromadzić dokumenty, zaświadczenia, poświadczenia, kwity, odcinki, pieczątki, odpisy, kopie i bać się, że jakiś zbir ubrany w mundur lub panienka ubrana w biurko wyciągnie palec zbrojny w potęgę instytucji i wyrzuci cię z pociągu, bo zabrakło ci pieczątki. Masz się nauczyć, chytrusku amatorze, że masz do czynienia z profesjonalnie zorganizowanym terrorem i jeśli jeszcze tutaj jesteś, to nie dlatego, że jesteś taki cwany, przebiegły, uczciwy, tylko z łaski. Więc idź i pilnie zbieraj dowody niewinności lub choćby coś, co daje alibi. I nie martw się przeterminowaną gwarancją na pralkę z nierozpakowaną instrukcją obsługi. Idź i pilnie oglądaj się za siebie, przecież wiesz, że ktoś tam zbiera kwity o tobie.

A kiedy przyjdzie czas by wysiąść z ostatniego pociągu przypomnij sobie, że i ty doświadczyłeś mocy wyrzucając jakiegoś chłopca z powiatowego pociągu.

A skoro mowa o pociągach to – w korespondencji do tekstu Śnieg i mróz – taka anegdota. W pociągu relacji Poznań – Łódź obsługa wyłączyła ogrzewanie, gdzieś za Ostrowem Wielkopolskim. Kiedy zrobiło się zimno ktoś ze skłonnościami samobójczymi zapytał, czemu nie grzeją. Pan z obsługi z należytą wyższością i humorem odpowiedział pytaniem: „A co, zimę mamy?”

Zdjęcie: Foter.com

Śnieg i mróz

Marzę o śniegu i mrozie. Śniegu może być niewiele i mróz też może być skromniutki, tak z trzy, cztery stopnie. Bo to będą oznaki zimy. A jak zima, to trzeba grzać. W mentalności tubylców jest widocznie takie przekonanie i idąca za tym gotowość do działania, że jak zima, czyli śnieg i mróz, to trzeba grzać. Jak nie ma śniegu i mrozu to nie grzać. Jak nie ma zimy, to jest ciepło, czyli – nie grzać. Jednak coś mi podpowiada, że rzecz jest bardziej skomplikowana.

Są u nas cztery pory roku i z grubsza licząc połowa wiosny i połowa jesieni zwiastują lub przypominają lato, a połowa tych pór roku zwiastuje lub żegna z niechęcią zimę. Jakby więc nie kombinować około pół roku jest ciepło a pół roku, aż pół roku jest chłodno, zimno, rześko, mroźno, po prostu – trzeba grzać. Nie marzę jednak o rychłym nadejściu globalnego ocieplenia, bo ono chyba jednak nadejść nie może, co widać nawet w mediach, gdzie temat się ograł/ogrzał, zgrał/zgrzał i przepadł. Marzę o ogrzanym, choć trochę ogrzanym mieszkaniu. I spełniam to marzenie za pomocą piecyka elektrycznego patrząc nienawistnie na zimne, martwe kaloryfery. Marzę też o śniegu i mrozie.

Jak co roku zastanawiam się, jak to możliwe, że gdzieś tam w świecie, jeśli tylko zechcę, w środku upalnego lipca czy sierpnia, jak tylko przyjdzie mi do głowy tak fantazja, włączam ogrzewanie mieszkania i chociaż za oknem jest trzydzieści pięć, to u mnie jest czterdzieści pięć i siedzę sobie i pocę się. Tubylcy ustalają terminy włączenia ogrzewania w domach mieszkalnych, po spełnieniu konkretnych warunków specjalną dyspozycję wydaje, podobno, jakiś ważniejszy biurokrata. A może jest zupełnie inaczej, bo przepisy tubylcy zmieniają równie często jak rozkłady jazdy wszystkiego, co jeździ według rozkładu. Zastanawiam się, skąd u tubylców przekonanie, że jak na zewnątrz jest piętnaście stopni, czyli świetna pogoda na spacer w jesiennym parku… i to przeskakiwanie przez kałuże…, i to wdeptywanie w kałuże…, i to szuranie opadłymi liśćmi, szur…, szur…, i Ty w żółtych płonieniach liści…, ach!… trzeba było wziąć to w nawias…, to w mieszkaniu też jest ciepło. Nie, wówczas w mieszkaniu jest bardzo zimno i … marzę o śniegu i mrozie.

Mógłbym zadzwonić do zarządcy budynku i załatwić sprawę włączenia ogrzewania. Należałoby powiedzieć coś takiego: Dzień dobry, nazywam się – personalia, mieszkam – tu adres, proszę o włączenie ogrzewania. Ale to nie jest takie proste. Po pierwsze „dzień dobry” wykluczone, ponieważ żadnemu tubylczemu urzędnikowi nie życzę dobrego dnia. Po drugie, nie „proszę”. Więc jak? „Żądam” albo „włączyć ogrzewanie, to jest polecenie”. Domyślam się, że urzędnik, też człowiek, mógłby powiedzieć: A „dzień dobry” to szanowny pan zapomniał? I rozpętuje się piekło. Podobnie, domyślam się, „żądam” lub „polecenie” może wywołać komentarz, a nawet sprzeciw i znów – piekło. Więc siedzę i marzę i śniegu i mrozie.

Rozwijam w wyobraźni z masochistyczną lubością i taką wizję, która ma dwie, a nawet trzy, wersje. W jednej zarząd budynku oszczędza ciepło, za które mieszkańcy i tak zapłacili, więc tak sobie zarząd zarabia, podkradając trochę. Ale, co tam, kto wśród tubylców nie kradnie. W drugiej mieszkańcy przeczekują jesienne bądź wiosenne chłody grzejąc się razem w cieple swoich niedomytych ciał, ubierając dodatkowe swetry, bluzy, owijając się w koce, wdychając cieplutki opar gotującej się kartoflanki albo jeszcze lepiej, kapuśniaku. I tak toczy się to tubylcze życie, które jest pewnie mieszaniną wersji pierwszej i drugiej. Mdłości. Na mdłości i jesienny chłód najlepsze są marzenia. Więc siedzę i marzę…

Zdjęcie: Foter.com

Opole

Gdyby pochylić się nad wydarzeniem Festiwal Piosenki w Opolu 2017 r., to zamiast komentarza powinno zapaść krępujące milczenie. Przecież nic przyjemnego w nazywaniu katastrofy. Ale rzecz staje się ciekawa, kiedy czyta się komentarze widzów umieszczone pod publikacjami w mediach internetowych. Oto niektóre, te najgrzeczniejsze: „Komuna w pełnym rozkwicie”, „Komuna bis”, „Jeżeli z tymi statystami to prawda, to mamy rasowy, pełnoprawny PRL-bis a nie żadną IV RP”, „Przychodzi czas komuny”, „Opolski festiwal pod znakiem komucha Pietrzaka i świecącej tłustym tyłkiem Maryli”. I w tym tonie całe fury bredni, które mają być w intencji nie tyle krytyczne, co obelżywe. Można sentencjonalnie rzec, że jaki festiwal, takie komentarze.

Wybór Opola na miejsce tej imprezy nie był przypadkowy, był podyktowany względami politycznymi. Festiwal w Opolu był w PRL wydarzeniem prezentującym muzykę popularną, kabaret i, w odrębnej formule ważniejsze wydarzenia muzyczne w kraju w minionym roku. Wybory tego, co prezentowano na festiwalowej scenie budziły czasem zdziwienie a czasem dyskusje.

Użycie w znaczeniu pogardliwym określenia „komuna” w odniesieniu do niektórych aspektów tegorocznego festiwalu, jak i do innych zdarzeń relacjonowanych przez media, świadczy o zadziwiającym pomieszaniu pojęć i chaosie w głowach tych, którzy tym określeniem się posługują. Trochę więc wyjaśnień, w syntetycznym skrócie.

Problem, Drodzy Państwo w tym, że nie macie nic. Nie chodzi o to, że nie macie szkoły, sądów, szpitali, instytucji państwa, organizacji obywatelskich, wzajemnego zaufania, uczciwości i poszanowania prawdy. Nie macie zdolności, Drodzy Państwo, do sformułowania jakiejkolwiek refleksji osobistej, myśli od siebie i nie macie również języka, za pomocą którego moglibyście się wypowiadać. Wasza mowa jest „wypaloną ziemią stratowaną przez […] niosące przemoc dyskursy: nacjonalistyczny, kapitalistyczny, martyrologiczny, seksistowski, rasistowski…” Wasz język, to „język subalterna, jeśli w ogóle jest możliwy, to tylko jako makabryczny i naznaczony przemocą zlepek ideologii […]” (K. Barańska, K.Snochowska-Gonzales, Wojna chamsko-pańska, 2008). Nie rany przeszłości są przyczyną takiej dewastacji rzeczywistości, w tym kultury a codzienne, uporczywe niszczenie wszystkiego. „Żyjemy wszak […] w kraju, gdzie konstruowanie mitów i pielęgnacja urojeń odgrywają w życiu zbiorowym zasadniczą rolę. […] Uporczywe powracanie do spektakularnych klęsk militarnych i budowanie na nich dziwacznej, wiktymistyczno-mesjanistycznej ideologii, ekshumacja wielkich zmarłych i ponowny pochówek w atmosferze funeralnej fiesty, zajadła walka o symbole odbierająca im w istocie resztki poważnego znaczenia – wszystko to jest nam doskonale znane.”(K. Zajas, Fantazmaty Sarmaty albo historia Polskiej Kompanii Kresowej, 2012)

Był więc festiwal na miarę widowni, a gwiazdy,zgodnie z tradycją, ekshumowane.

A PRL jest niedoścignionym i coraz bardziej odległym wzorem, jeśli chodzi o organizację imprez masowych, czy to festiwal, czy dożynki, czy targi mody czy zjazd partii.

Zdjęcie: Foter.com

Wyłączyć tryb ofiary

Jest takie powiedzenie, jeśli wszędzie gdzie pójdziesz, śmierdzi kupą, zajrzyj w podeszwę. Podobnie i z byciem ofiarą.

Byłem ofiarą. Wszędzie. Zawsze. Ale nie leżałem i nie płakałem, o nie. Zapierniczałem i próbowałem coś zmienić. Podnosiłem się… Brzmi jak przeciwieństwo ofiary? Gorzej.

Byłem heroiczną ofiarą. Jak cudownie można to maskować przed samym sobą. Bo ofiara to płacze i nic nie robi. A jak coś robię to nie jestem ofiarą. Kto wciąż walczy nie przegrał? Może i tak… ale

… ale heroiczna ofiara to wciąż ofiara. Dźwigająca podwójne brzemię. Świat jest do dupy a do tego nikt mnie nie docenia. A powinni doceniać wszyscy, skubani. Czułem się wiecznie odrzucony, przyzwyczajony do odrzucenia, poszukujący odrzucenia – tzn. poszukiwałem akceptacji ale skoro wiedziałem że i tak mnie odrzucą to zachowywałem się tak, że nie dało się mnie zaakceptować. Częściowo, bo to silniejsze ode mnie, częściowo żeby mieć to już za sobą. Ciągle byłem ofiarą.

Jeśli wszędzie startuję z pozycji ofiary, to po prostu wszędzie będę ofiarą. Bo ofiara jest ofiarą. Czasem ktoś czy coś mi dowali i jestem „prawdziwą” ofiarą. Okej. Ale to coś innego. To założenie, że zawsze jestem ofiarą, że bycie ofiarą to stan domyślny, widzenie wszystkiego negatywnie.

To ciągłe słuchanie tego krytycznego głosu, który mówi że coś jest nie tak. Ciągle i ciągle. Na pewno słyszałeś o krytyku wewnętrznym, że sam jesteś swoim największym krytykiem itd. Nie ważne ile mi się udało, ile dokonałem, ile olśnień doznałem, on wciąż gadał, a mi nie udało mi się zlokalizować tego krytyka. Nie skupiałem się nawet specjalnie na jego znalezieniu, tylko na zadowalaniu go, byle się odczepił. Było różnie.

Ale po go znalazłem? I czym jest ten krytyk? Czy to nie ja sam?

Żeby mu się postawić, móc powiedzieć mu NIE, przestać być jego ofiarą. Ofiarą wewnętrznego krytyka, ofiarą samego siebie. Czym jest krytyk? W sumie nie wiem, jakimś zlepkiem zasad narzuconych przez rodziców, własnych interpretacji wydarzeń i wniosków, co robić a co nie, zapamiętanego poczucia krzywdy. Jakieś superego. Coś w ten deseń. W każdym razie, wiem, że to nie JA, a przez to mogę się temu postawić.

Mogę powiedzieć NIE! Mam wybór! Czy to nie piękne?

Ale żeby powiedzieć NIE, to trzeba być absolutnie pewnym że mam prawo, nie mieć wątpliwości. Do tego właściwie wystarczy zaakceptować siebie. Brzmi debilnie wiem. Kończę ten ten artykuł taką szmirą. „Zaakceptuj siebie” jest tak suche że masakra. Ale podam przykład który mnie oświecił.

Pracuję w usługach. Codziennie przychodzi do mnie masa klientów, z całą masą głupich pytań. Całe stosy głupich pytań i tłumaczeń. Lubię im pomagać, ale masa głupoty czasem jest niesamowita. Ale to jest fajne.

Po pierwsze, daje mi perspektywę na to, jak niedoskonali i debilni mogą ludzie. Widzę, że nie jestem sam.

Po drugie, kiedy widzę klienta który zachowuje się jak debil, to nie odrzucam go. Chcę mu pomóc. I teraz najlepsze: skoro nie odrzucam takiego gościa… to dlaczego miałbym odrzucać siebie

Autor: Michał Wyka

Zdjęcie: Foter.com

Otoczenie fizyczne a moje życie – miejskie migawki z „kosmitami” w rolach głównych

Po raz pierwszy na otaczającą mnie przestrzeń zwróciłam uwagę jadąc autobusem. Zawsze siedziałam (taki ze mnie cham!), aż tu pewnego razu nie było wolnego miejsca. W autobusie skwar niczym w piekarniku – gorący lipcowy dzień 2012 roku, godziny tzw. popołudniowego szczytu. Wsiadłam i wstrzymałam oddech (na ile to możliwe). Nagle na wysokości mojego wzroku mignęła jedna ruina, za chwilę ukazała się następna, i kolejna, i kolejna… I to wszystko w mieście, które ominęły wojenne zniszczenia – więc skąd te ruiny? Zresztą wojna skończyła się ponad pół wieku temu…

Wówczas, tego upalnego lipcowego dnia w dusznym, zatłoczonym autobusie dobitnie uświadomiłam sobie, jak bardzo otoczenie fizyczne wokół mnie wpływ na moje życie; jak bardzo przestrzeń – zrujnowana, zaniedbana, śmierdząca i brudna – w której się na co dzień poruszam wpływa nie tylko na moje samopoczucie, ale także na moje relacje z innymi ludźmi, w domu, w pracy czy na ulicy.

Teraz z perspektywy pięciu lat oraz przeprowadzki z Łodzi do Poznania zrodziły się w mojej głowie pytania: Dlaczego w Poznaniu ustępowanie miejsca starszym czy chorym postrzegam jako naturalny odruch ludzkiej życzliwości i czynię to z ochotą, a w Łodzi – nie? Dlaczego w Poznaniu idąc ulicą w tłumie mieszkańców i turystów z nikim się nie zderzam; nikt mnie nie potrąca, ani ja na nikogo nie wpadam? I dlaczego w Łodzi, gdy szłam niemal pustą ulicą musiałam niemal zderzyć się z kimś nadchodzącym z naprzeciwka, by ostatecznie się wyminąć? (Być może dlatego, że chodnik był krzywy i zbyt wąski, do tego przynajmniej w połowie zastawiony przez zaparkowane samochody – w odróżnieniu od Poznania.)

To wszystko dlatego, że w Poznaniu przestrzeń i ludzie, których doświadczam są bardziej „dla ludzi”, tzn. bardziej przyjaźni w odbiorze niż w Łodzi. – Czy w Poznaniu nie ma w ogóle ruin? Są, ale stanowią znikomy procent zabudowy, zwłaszcza w centrum (poza centrum praktycznie niespotykane). Czy w Poznaniu nie ma żuli, meneli? – Są, ale stanowią znikomy procent populacji. I tak można by wymieniać pewnie jeszcze długo. Rzecz w tym, że nie jest konieczny absolutny brak pewnych niepożądanych zjawisk czy sytuacji, aby mówić o przyjaznej dla człowieka przestrzeni. Chodzi o skalę natężenia występowania tych zjawisk; im jest ich mniej, tym lepiej się nam żyje. Czy możliwa jest całkowita ich eliminacja? W Polsce z pewnością nie (z wielu powodów, ale to oddzielny temat), w Europie i świecie – całkowita być może również nie, ale bliska 100%.

Na potwierdzenie kilka obrazów z życia Poznania (pierwszego miasta, w którym mieszkam, choć urodziłam się i przez ponad 30 lat mieszkałam w Łodzi):

OBRAZ 1. Pochmurny, choć niedeszczowy dzień; sobotnie popołudnie. Jadę rowerem przez park nad małą rzeczką. Z oddali pośrodku łąki dostrzegam pod drzewem ludzi siedzących na kocu – piknik. Podjeżdżam bliżej i spostrzegam, że jest to zapewne rodzina, rodzice z kilkuletnią córką. W końcu jestem całkiem blisko i widzę kartkę z napisem: Witaj przechodniu! Mam na imię Zuzia i dziś kończę 8 lat. Zaprosiłam rodziców na piknik. Jeśli masz ochotę, proszę, przyłącz się. Zapraszam! – A na kocu pyszne babcine wypieki oraz owoce. – „No kosmici, normalnie kosmitów spotkałam, takie rzeczy się nie zdarzają” – pomyślałam sobie, odjeżdżając po krótkiej pogawędce i pysznym poczęstunku.

OBRAZ 2. Bimba (czyt. tramwaj) w popołudniowym szczycie powrotów z pracy; dość przewiewny, jednak upał daje się wszystkim we znaki. Nagle miarowy stukot kół przekrzykuje niemowlak w wózku. Cóż robi matka? Rozmawia przez telefon – niby nic nadzwyczajnego. Ale co ja słyszę?! – „Przepraszam, muszę kończyć, mały znowu się drze; nie wiem, kiedy dojadę.” – I do współpasażerów: – „Bardzo przepraszam, już, już wysiadam. Bardzo Państwa przepraszam za ten krzyk”. I wysiadła. A ja pozostałam ze swoim oniemieniem. – Znowu kosmici?

OBRAZ 3. Ruchliwe duże skrzyżowanie w centrum miasta (przy Moście Teatralnym), z torowiskiem po środku. Nieuważna kierująca wjeżdża na tzw. „zielonej strzałce” pod rozpędzonych rowerzystów, jadących przejazdem rowerowym. Ostre hamowanie obydwu stron; na szczęście nikomu nic się nie stało. Ale cóż to?! Żadnego trąbienia, żadnych klaksonów, żadnych wyzwisk? Uprzejmy przepraszający gest kierującej, na który rowerzyści odpowiedzieli życzliwym uśmiechem? Po chwili każdy pojechał w swoją stronę; ja również, tylko znów miałam przeświadczenie, że takie rzeczy się nie zdarzają…

OBRAZ 4… Nie, nie, dość wystarczy (na początek)! Dla równowagi psychicznej Czytelnika może kiedyś opiszę migawki z Łodzi – tylko nie wiem, czy chcę do tego wracać…

Na koniec przypomnę słowa prezesa TWP START, psychologa Andrzeja Kuśmierczyka (Apel Umarłych Kamienic, 6.10.2012, Piotrkowska 58 – Pomnik Wyburzonej Kamienicy): Na co dzień spotykamy się z obojętnością wobec tego, co dzieje się w naszym mieście – nikogo nie obchodzą krzywe chodniki, kałuże na ulicach po deszczu, nikogo nie obchodzą dziury w asfalcie… Nie bierzemy odpowiedzialności za nasze miasto. A będziemy żyć w takim miejscu, w jaki sposób potrafimy o to miejsce zadbać. To miejsce nie będzie inne, bo nikt za nas tego nie zrobi; my decydujemy o tym, jak ono wygląda.

I postawię pytanie bez odpowiedzi: Jak to jest, że w tej samej Polsce – w Poznaniu (i wielu innych miastach) da się żyć, a w Łodzi nie…? Tej samej, ale nie takiej samej…

Autor:

Dorota Skrobska (Skrobek)

Bohumil Hrabal, Auteczko, przekład Jakub Pacześniak, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.

Opowiadanie rozpada się na dwie części, pierwsza to rozdziały 1 – 6, poświęcone kotom w Kersku i rzezi, jaką urządził …

Mój, raj tuż za rogiem.

Kiedy spotkałam Florę Tristan właśnie „[…] wracała do hotelu krętymi, brukowanymi uliczkami Auxerre, zobaczyła …

Sens bez zasad

Dwie rzeczy: jedna przypowiastka; oraz scena w filmie Skazani na Shawhank. 1. Przypowiastka z książki Anthony’ego …